Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DEBIUT LITERACKI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DEBIUT LITERACKI. Pokaż wszystkie posty

10:06:00

Mówiąc inaczej

Mówiąc inaczej

Wyczytywanie własnej biblioteczki trwa! Tym razem sięgnęłam po książkę, którą kupiłam 10 lat temu! Czekała na lepsze czasy, chociaż niepotrzebnie odkładałam lekturę. Głównie dlatego, że w 2016 roku pewnie zrobiłaby na mnie lepsze wrażenie!

Tytuł: Mówiąc inaczej
Autor: Paulina Mikuła

Rok: 2016
Wydawnictwo: Flow books
ISBN: 978-83-240-3622-6

Paulina Mikuła jest polonistką, którą znamy z serwisu YouTube (chociaż teraz częściej widzę ją na TikToku). Z miłości i szacunku do ojczystego języka zaczęła nagrywać filmy, w których objaśnia popularne błędy językowe, ale też zwraca uwagę na gramatykę i fonetykę, która często jest w szkole pomijana. 


 

Jej lekko buńczuczny ton i luźne podejście do tematu sprawiały, że z chęcią oglądałam jej filmy, nawet jeśli z niektórymi zagadnieniami nie miałam problemu. A gdy ukazała się książka Mikuły, to szybko ją kupiłam. Niestety nie przeczytałam jej od razu, kiedy youtuberka była wysoko w moich notowaniach twórców internetowych - może wtedy trochę przychylniej bym spojrzała na ten wybryk literacki...

Książka omawia najbardziej popularne błędy językowe - czyli podobnie jak treści internetowe autorki. Mamy czarno na białym wypisane nieprawidłowe i prawidłowe zdania. Teorii jest tu niewiele, głównie skupiamy się na przykładach - co może być plusem, jeśli chcemy mówić poprawnie, a nie utknąć w nudnych wywodach językoznawczych. 

Jednak po latach mam wrażenie, że niektóre zagadnienia potraktowane są nieco zbyt kumpelsko i wulgarnie, co odbiło się również na autorce. Połowa książki bowiem to żal i płacz, że ktoś jej nie zrozumiał w takim filmiku, że ktoś ją obraził w komentarzu pod innym, że ona chciała dobrze, ale internauci nie słuchają ze zrozumieniem i matko, matko! jak trudno tworzyć w internecie. 

No cóż, witamy w dorosłym świecie. Ktoś po specjalizacji medialnej mógłby się jednak spodziewać, że odbiorcy bywają bezlitośni. I pewnie czasem mają rację, bo jeśli schodzą nam trzy strony tekstu na wyjaśnienie jednego zdania, które wygłosiła w internecie, a nie zostało ono zrozumiane... to chyba jednak nie zostało ono wyrażone w tak jasny sposób, jak wydaje się autorce. 

Pomijając lamenty i wracając do merytorycznej wartości książki - miałam na studiach przedmiot z kultury języka polskiego, gdzie omawiane błędy te same błędy. Czyli czemu nocny marek nie jest Markiem, czemu bierzemy coś na tapet, a nie na tapetę i czemu gruszki zasypiamy w popiele, a nie zasypujemy. Plus podstawy (pisownia na pewno i naprawdę itp.). Nie są to zatem bardzo odkrywcze zagadnienia, chociaż dla czytelnika kończącego szkołę podstawową mogą być przydatne... 

Trudno mi zatem polecić tę pozycję z czystym sercem. Chociaż dla kogoś, kto zmaga się z podstawami języka polskiego, może to być przyjemna lektura.  

 

11:29:00

Dom pogrzebowy Cottona

Dom pogrzebowy Cottona

Już nie pamiętam, gdzie ten tytuł wpadł mi w oko, że dopisałam go sobie do listy książek oczekujących w bibliotece. Miał tu się pojawić czarny humor, to miała być powieść gotycka, obraz współczesnego amerykańskiego południa, gdzie ciemnoskórym dziewczynom nadal wiedzie się źle. I tylko ten ostatni punkt się sprawdził. 

Tytuł: Dom pogrzebowy Cottona
Tytuł oryginału: House of Cotton

Autor: Monica Brashears
Tłumacz: Urszula Gradner

Rok: 2023 / 2024
Wydawnictwo: Mova
ISBN: 978-83-8371-225-3

Magnolia ma tylko dziewiętnaście lat, gdy babcia - jej jedyna opiekunka i przyjaciółka - umiera. Świat, który dotychczas znała nie tyle się zawalił, ile po prostu musi się zmienić. Główna bohaterka, która do tej pory nie podejmowała żadnych rozsądnych decyzji, musi stać się dorosła. 

Pogrążona w smutku dziewczyna nie reprezentuje żadnych szczególnych cech charakteru. Wiemy o niej tylko tyle, że ma głęboko zakorzenione pretensje do ludzi o jaśniejszym kolorze skóry i bogaczy. Jednego takiego człowieka poznaje podczas nocnej zmiany na stacji benzynowej. Mężczyzna proponuje jej pracę modelki, ale nie wyjaśnia szczegółów. 


 

Ponieważ Magnolia szybko pada ofiarą molestowania właściciela domu, w którym mieszkała z babką, postanawia skorzystać z oferty nieznajomego, bo przecież co gorszego może ją spotkać? Poza tym potrzebuje pieniędzy, żeby pozbyć się niechcianej ciąży, a na koncie ma jakieś 19$. 

Szybko okazuje się, że Cotton chce zarabiać na wkręcaniu zrozpaczonym rodzinom, że odpowiednio ucharakteryzowana Magnolia to ich dawno zmarła lub zaginiona córka, żona lub kochanka. Przy czym te rodziny o tym wiedzą, więc to chyba jedyne uczciwe zagranie w książce. 

Magnolia się zgadza, nawet przeprowadza się do domu pogrzebowego, ale szybko okazuje się, że Cotton i jego ciotka nie są idealni. On coś nadmiernie lubi zwłoki, a ona to pijaczka-hazardzistka. Magnolii jednak przez większość książki nie wadzi brak moralności, a rozwiązłość ma wpisaną w genotyp. 

Generalnie córka ćpunki, wnuczka ladacznicy, sama co pięć minut umawia się przez aplikację randkową na przygodny seks. I o ile wydaje jej się, że dominuje w tych relacjach, to prezentuje po prostu obraz zagubionej dziewczyny, która dawno straciła kontrolę nad własnym ciałem i stacza się jak wszystkie kobiety w jej życiu. Pojawiające się dookoła zjawy to nic innego jak wyrzuty sumienia, a żywe postacie są paskudnie przerysowane. 

Książka nie ma punkt kulminacyjnego, w połowie tracimy całkowicie zainteresowanie - ostatnie 100 stron męczyłam tydzień i w zasadzie zmusiłam się do dokończenia tej historii tylko dlatego, że zabrnęłam tak daleko. 

Nie polecam tego tytułu, nawet jeśli chcecie poczytać o doświadczanej życiowo dziewczynce, która wszystko chce podciągnąć pod rasizm i gospodarczo-społeczne uprzywilejowane. Nie ma przekazu, nie ma morału i nie jest to współczesna baśń, jak wmawiają niektóre opisy. Dajcie sobie spokój. 

20:05:00

W dobrych rękach

W dobrych rękach

Jestem prostą dziewczyną, jak widzę shortlistę Bookera i zwycięstwo w konkursie Women's Prize to nie trzeba mnie długo namawiać. I chociaż zaczynało się mgliście i tajemniczo, to skończyło się rozczarowaniem. 

Tytuł: W dobrych rękach
Tytuł oryginału: The Safekeep

Autor: Yael Van Der Wouden
Tłumacz: Justyna Hunia

Rok: 2024 / 2025
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-8367-245-8

Isabel mieszka samotnie na holenderskiej prowincji (co ostatecznie sprowadza się tylko do tego, że mieszka poza Amsterdamem). Ma dwóch braci: Louisa, który co pięć minut przyprowadza nową dziewczynę i Hendrika, który jest czarną owcą rodziny, bo ma partnera. 

Isabel jest rozgoryczona i sfrustrowana, to stereotypowa stara panna z syndromem niedopchnięcia, która nienawidzi całego świata, ale sama nawet nie wie dlaczego. Jak wchodzi do pokoju, to więdną kwiaty, kiśnie mleko, a niemowlęta zaczynają płakać. 


 

Pewnego dnia Louis stwierdza, że musi wyjechać służbowo, ale nie ma co począć ze swoją nową zdobyczą, więc jego dziewczyna Eva ma zamieszkać z naszą główną bohaterką. Isabel nie ma za dużo do gadania, ponieważ dom, w którym mieszka oficjalnie i prawnie należy się Louisowi (chociaż to ona zajmowała się schorowaną matką, która w nim zmarła i to ona mieszkała w nim większość życia). Ale mamy lata 60., kobieta jednak za dużo nie może, a patriarchat wiedzie prym. 

Eva oczywiście nie jest mile widzianym gościem, Isabel nie ukrywa swojej kwaśnej miny, ale jednak między kobietami pojawia się coś więcej. 

Uwaga, dalej mogę trochę przyspoilerować fabułę!  

Dawałam tej książce szansę, bo rozpalona seksualność, nagłe ataki pożądania, psychologiczna głębia i samoakceptacja to dobre motywy na literacką perełkę. Okazało się jednak, że to raczej prosta obyczajówka o dzikim pożądaniu, postać Isabel (jak już odkryła, co ją pociąga), przemienia się w seksualnego predatora, Eva wprawdzie ma ukryty plan, który stanowi całkiem znośny punkt zwrotny, ale też się jakoś rozmywa w ogólnym obrazie. 

Mocno też stawiałam na postawę powojennej Holandii wobec Żydów powracających z obozów i temat był tutaj ledwie draśnięty. Język niezwykle prosty, a nie poetycki, narracja dość chaotyczna i nieadekwatna do problematycznych momentów. Cała fabuła przewidywalna od 50 strony. Jedyne, do czego mnie książka prowokuje, to do wyrzucenia jej przez okno. Nie rozumiem zachwytów, nagród i ogólnego szału. 

To dobrze poprowadzona marketingowo sprzedaż, ale nie dobra książka. A moje refleksje tym bardziej mnie przerażają, że autorka prowadzi zajęcia z kreatywnego pisania. Może lepiej niech się trzyma krótkiej formy... Nie polecam.

15:09:00

Jak wychować zająca

Jak wychować zająca

Mam problem z tą książką, ponieważ bardzo chciałam, żeby mi przypadła do gustu, ale jest tam za dużo elementów, które powodują przewracanie oczami. 

Tytuł: Jak wychować zająca
Tytuł oryginału: Raising Hare

Autor: Chloe Dalton 
Tłumacz: Tomasz Bieroń

Rok: 2024 / 2025
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08688-9 

Autorka podczas pandemii przeniosła się do odosobnionego domu na brytyjskiej wsi. Z dala od zagrożenia tłumami i wirusami próbuje zwolnić tempo. Jako doradca ds. polityki zagranicznej, która do tej pory miała stały kontakt z ludźmi i żyła na najwyższych obrotach, przestawienie się na pracę zdalną, ale też ciszę i kontakt z naturą przychodzi jako pewnego rodzaju szok.

Pewnego dnia na spacerze znajduje małego zająca - zdając sobie sprawę, że nawet najmniejszy kontakt ze zwierzątkiem może je narazić na odrzucenie przez matkę i ryzyko nie przetrwania w środowisku naturalnym, zostawia go tam, gdzie znalazła. Po paru godzinach, wracając z wyprawy, znajduje go jednak w tym samym miejscu - ani śladu dorosłego osobnika w pobliżu. 


 

I tak zaczyna się piękna przygoda o pomocy, zwiększaniu świadomości i uwrażliwieniu na potrzeby innych - nie tylko ludzi. Autorka jak tylko może, próbuje utrzymać zwierzątko przy życiu, ale stara się nie udomowić go za bardzo - oferuje jedzenie i azyl, ale narzuca ludzkiego przywiązania lub nawet imienia. 

Przez kolejne rozdziały czytamy, jak zając się rozwija, jakie ma zwyczaje i jakie zagrożenia na niego czekają. Autorka szuka pomocnych źródeł, opowiada o metodach prób i błędów, ale przede wszystkim opisuje troskę o małego towarzysza. 

I ogólnie jest to podnosząca na duchu opowieść o uwrażliwieniu na dobro innych istot, na naukę przewartościowania swojego życia. Jako wielka fanka zwierzaków, która dałaby się poćwiartować za moich własnych pupili, rozumiem wiele jej płaszczyzn. Ale autorka bardzo często wychodzi na naiwną hipokrytkę, której często nie da się słuchać. 

Jak martwi się o małego zająca, na którego może polować gronostaj, nie ma problemu, żeby drapieżnik zjadł pisklęta bażantów, które wykluły się w drugim końcu ogrodu. Ma problem ze zrozumieniem, czemu zające są uznane za szkodniki i ma pretensje o rozwój technologii rolniczych. Też nie podoba mi się, że ekspansja człowieka niszczy środowisko naturalne wielu stworzeń lub że okresy łowieckie ledwo są traktowane jako wskazówki dla myśliwych. Ale autorka nie jest obiektywna w swoich obserwacjach - tak jak w przypadku zdań, że zające niczego jej nie zniszczyły, więc w czym problem, że chodzą tu i tam. Ale doskonale pamiętamy opisy przegryzionych kabli lub wybebeszonych kanap z dosłownie kilku rozdziałów wcześniej. 

Naprawdę starałam się brać ogólny przekaz z jak najlepszą intencją, ale co innego chęć zmian, a co innego powrót do pługa doczepionego do pleców chłopki, która nie rozjedzie zająca na polu. Co innego uświadamianie ludziom, że nie jesteśmy na tej planecie sami, a co innego podwójne standardy i pretensje do sowy, która też chce się najeść w naturalnym kręgu życia. 

Musicie sami ocenić, czy książka jest ciepłą próbą przedstawienia przyrodniczego doznania i wzrostu świadomości, czy lekko fałszywą próbą wejścia na rynek wydawniczy, bo Angelina Jolie powiedziała, że umiem pisać. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu, ponieważ bądź co bądź, książka jest wydana przepięknie! 


09:28:00

Światłoczułość

Światłoczułość

Po zmianach w Bibliotece Miejskiej w Łodzi musiałam popędzić do ulubionej filii, żeby zorientować się w nowych zasadach funkcjonowania. Chociaż niby mamy mieć dostęp do lepszego katalogu, to czuję cofnięcie w rozwoju. Nie ma już wygodnej appki, przez którą mogłam rezerwować i wypożyczać. Teraz wszędzie muszę chodzić z plastikową kartą biblioteczną, a wspomniany katalog wygląda jak myśl innowacyjna wczesnych lat '90. Czyli w sumie jak USOS i logowanie do BUŁy. Nie dziwcie się, że czułam zniechęcenie, więc musiałam się poratować dwoma nowymi wypożyczeniami. 

Tytuł: Światłoczułość
Autor: Jakub Jarno

Rok: 2024
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08508-0 

Czuję, że ten wytwór grafomanii jest jakimś eksperymentem sprzedażowym szanowanego wydawnictwa. Dlatego, że pseudo-wzruszający bełkot nie niesie żadnej wartości dla czytelnika. 


 

Mamy chłopaka ze wsi zabitej dechami, który poznaje dziewczynę z drugiej wsi zabitej dechami. On czuje instynktowno-hormonalną fascynację. Ona jest kłamczuchą w pewnym spektrum, utrudniającym jej prawidłowe relacje z otoczeniem. 

Trwa wojna, więc wojska wchodzą do wiosek, plądrują, zabijają, rozbijają rodziny. Nasz Witek szybko traci rodziców, którym poświęcone są dwa zdania i trafia do innej rodziny, która dba o niego, jak o własnego syna i nagle okazuje się, że to wielcy intelektualiści, umiejący czytać, pisać, mający kontakty z partyzantką, chociaż w sumie ich codzienność polega tylko na zarzucaniu krowom ogonów na zakrętach. 

Tak romantyczna i szlachetna wizja prostego chłopa w ogóle nie wygląda wiarygodnie, więc żenada atakuje co rozdział. Ale spokojnie, Witek jednak jest wiejskim idiotą, bo co widzi wojsko, to gubi się, oddala, wpieprza się pod buty i pięści i idzie ślepo jak na rzeź za każdym, kto na niego kiwnie palcem. 

Wplątuje się w kłopoty, jest bierny, naiwny i co gorsza, na wszystkich dookoła również sprowadza nieszczęścia swoim zachowaniem. Nie da się sympatyzować z taką postacią, a kunszt literacki też woła o pomstę do nieba. 

Opowieść o dziecku wplątanym w trudy wojenne z założenia powinna trącać czułe struny w sercu czytelnika, a jest to płytka, momentami przyspieszona opowieść o niczym. Trudno tu o głębokie wnioski czy refleksje, oprócz tego, że wojna jest zła, a wszyscy mieli przechlapane. 

Dialogi nieogarniętego chłopaka, który ma problem z utrzymaniem kóz pod kontrolą, są nagle przesycone trudnymi zwrotami i słownictwem, których nawet po latach byśmy nie usłyszeli z ust takiego prostaczka. Sztampowa tyrada o tym, że bóg nie jest wszechmogący, skoro nie może nam pomóc w obliczu takiego okrucieństwa, wklejona pompatycznie w usta powiedzmy trzynastolatka, który śpi w piwnicy i ma problem z doniesieniem talerza do stołu, wygląda na kiczowatą próbę uwznioślenia głębokich przemyśleń postaci, która jest po prosty skretyniałym parobkiem.  

Rozumiem próbę zróżnicowania tekstu listami, fragmentami książki, którą Witek napisał po latach, dialogiem z czytelnikiem lub jakąś inną nienazwaną postacią, która ma słuchać z zapartym tchem. Ale książka jest po prostu kiepskim bełkotem, który za wszelką cenę próbuje przedstawić głębię i uczuciowość prozy Jakuba Małeckiego (przysięgam, miałam wrażenie, że sporo ściągnięte jest z Saturnina, który zrobił na mnie ogromne wrażenie - zerknijcie na recenzję tutaj!).

Naprawdę zaczynam wierzyć, że pod pseudonimem kryje się Mróz, bo tak kiepskiej książki aspirującej do bycia poruszającą opowieścią o tęsknocie i wrażliwości w czasach wojny, stworzonej za pomocą oklepanych tropów i sztampowych zabiegów, to dawno nie czytałam. 

13:03:00

Gdy powrócą kanarki

Gdy powrócą kanarki

To miała być idealna książka na urlop, ciepła, o siostrzanej miłości, tajemnicach z przeszłości, w stylu Gdzie śpiewają raki. Ale nie udało się. Lubię od czasu do czasu sięgnąć po przyzwoitą obyczajówkę, ale to było ogromne rozczarowanie. 

Tytuł: Gdy powrócą kanarki
Tytuł oryginału: Call the Canaries Home

Autor: Laura Barrow
Tłumacz: Agnieszka Sobolewska

Rok: 2023 / 2025
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08620-9

Trzy siostry zakopują przed przeprowadzką kapsułę czasu. Wrzucają do niej rzeczy, które mają stanowić odzwierciedlenie ich życia i przysięgają wykopać ją za 25 lat, kiedy już będą dorosłe. Nieobecny ojciec, zmarła matka i zaginiona siostra bliźniaczka. Rodzina targana żalem, nierozwiązaną tragedią z przeszłości i niewyartykułowaną potrzebą ciepła i miłości.  


 

Po latach jednak okazuje się, że tylko przysięga z dzieciństwa stanowi jakąkolwiek więź między dorosłymi już kobietami. Savannah nie umie utrzymać posady kelnerki, spędza lata w związku z nieudacznikiem i mieszka w przyczepie. 

Sue Ellen wprawdzie wyrwała się z wiochy, którą nazywa domem, zdobyła wykształcenie, tytuł i etat profesora w Nowym Jorku, ale wstydzi się swoich korzeni. 

Rayanne wżeniła się w niewiarygodnie bogatą rodzinę, urodziła dwójkę dzieci i praktycznie odcięła od rodziny, chociaż mieszka jakieś 40 minut drogi od Buni. 

No i w końcu Bunia - toksyczna stara purchawa, która ma obsesyjną potrzebę kontroli nad wnuczkami, syndrom zbieractwa i przygarnia do i tak już syfiastego domu świnię.

Kobiety zbierają się w rodzinnej miejscowości, wykopują kapsułę i nagle im się przypomina, że chciałyby poświęcić więcej czasu na rozwiązanie sprawy zaginionej siostry i przyjrzeć się nieudanemu małżeństwu rodziców. Mają na to tylko weekend, bo przecież dwie starsze siostry muszą wracać do swojego życia i obowiązków. 

Rozdziały są krótkie, każdy zmienia perspektywę i przez większość książki trudno się połapać, która siostra jest która, bo nie angażujemy się w historię żadnej z nich. To spis fochów i błyskawiczne naprawienie relacji w stylu:

- Nigdy nie byłaś dobrą siostrą, bo mnie usunęłaś z obserwowanych na Instagramie!
- A ja nie mogę na ciebie patrzeć, bo wyglądasz jak swoja zaginiona siostra bliźniaczka! 
- Ok, to ma sens. 
- Tak, już się nie kłóćmy. 

I w ten oto sposób paręnaście lat zerowej komunikacji jest załagodzone w czterech linijkach. Wszystkie życiowe decyzje jak zmiana pracy, otoczenia, partnera również dzieją się w jeden weekend. Ale najbardziej obmierzłą postacią jest infantylizowana z nazwy Bunia, która pod pozorną troską wbija szpile wszystkim wnuczkom po kolei. Szczytem obrzydlistwa jest nagonka na Sue Ellen, której sukces intelektualny i naukowy jest wyśmiewany, bo przecież liczy się rodzina i trzeba emocjonalnym szantażem i upodleniem przywiązać ostatnie niesubordynowane ogniowo do siebie. 

Intryga z przeszłości w ogóle nie wciąga, z żadną z postaci nie da się utożsamiać, bo są płytkie i opierają się tylko na pojedynczej cesze charakteru. Styl nie jest prosty, jest prostacki. W wieku 15 lat pisałam lepsze fanfiki, ale ta pochwała niezdrowych relacji rodzinnych i romantyzowanie amerykańskiej białej hołoty to jakiś dramat. Nigdy nie ufajcie hasłom w stylu 'bestseller Amazona'! Niektórych wypocin zdecydowanie nie powinno się wydawać. 

I żeby nie było wątpliwości - motywy przypominają Gdzie śpiewają raki, ale chociaż tamta książka nie zachwyciła na początku, to z czasem zaczęłam bardziej doceniać opisy przyrody i determinację głównej bohaterki i pomysł na historię. A ekranizację widziałam już dwa razy. Sami zatem rozumiecie, po co lepiej sięgnąć. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu. 

12:21:00

Śmierć w Breslau

Śmierć w Breslau

Pewnie nie sięgnęłabym zbyt szybko po tę książkę, gdyby autor nie pojawił się w jakiejś telewizji śniadaniowej. Oglądałam wywiad z błyskotliwym wykładowcą, sympatycznym i uśmiechniętym, i przypomniałam sobie, że mam aż cztery jego książki na półce. Tylko, że powierzchowność autora nijak się ma do brutalności i dewiacji, które znajdziemy w jego kryminałach!

Tytuł: Śmierć w Breslau
Autor: Marek Krajewski

Rok: 1999 / 2003
Wydawnictwo: Dolnośląskie
ISBN:978-83-7384-611-1

Pierwsza książka Krajewskiego, a do tego otwierająca cykl o Eberhardzie Mocku. Rok 1933, córka arystokraty zostaje brutalnie zgwałcona i zamordowana. Mord jest rytualny, nietuzinkowy i wstrząsający. Jako że Mock zawdzięcza rodzinie ofiary kilka wątków w swojej karierze, szybko podejmuje się rozwiązania zagadki. Tylko że uwikłania polityczne stają się silniejsze niż moralny kompas bohaterów. W międzywojennym Wrocławiu gestapo zaczyna obwiniać masonów, żydów i wszystkich niewygodnych, ale wpływowych graczy dla wzmocnienia własnej propagandy. Mock sam staje się ofiarą szantażu, a błyskawicznie rozwiązane śledztwo powraca z konsekwencjami.


Do ponownego rozpatrzenia sprawy zostaje zaangażowany berliński śledczy Herbert Anwaldt. Choć młodszy i pokiereszowany przez życie, szybko nawiązuje nić porozumienia z Mockiem, mimo że  Kriminaldirektor staje się pierwszym podejrzanym. 

Duszna atmosfera, brutalne metody śledcze, zagadki sprzed lat, które ku przerażeniu wszystkich zaangażowanych wychodzą na światło dzienne w niebezpiecznych politycznie i społecznie czasach. Krajewski świetnie nakreśla obraz niemieckiego Wrocławia, niepokojów narodowych i nacjonalistycznych, ale także tego, co znaczy być dobrym człowiekiem w złych czasach.

Widać tu też autobiograficzne zamiłowanie do filologii klasycznej, wątek sekt z okresu wypraw krzyżowych, a także odrobinę paranormalnych wpływów, ale do horroru bym tej książki nie klasyfikowała.

Chociaż fabuła jest brutalna, a bieg wydarzeń szybki, autor nakreślił ciężką atmosferę, przez którą raczej się nie gna. To dobry kryminał, przeplatający się chronologicznie i nieoczywisty w zakończeniu. Dajcie mu szansę, mimo że niektóre wątki wyskakują na nas bez uprzedzenia. 

10:46:00

Ja kontra Mózg

Ja kontra Mózg

Natrętne myśli nie dają Wam spokoju? Autorka książki spisała swoje - w różnych sytuacjach życiowych i udowadnia, że to całkiem normalne!

Tytuł: Ja kontra Mózg
Tytuł oryginału: Me vs Brain

Autor: Hayley Morris
Tłumacz: Maria Jaszczurowska

Rok: 2023 / 2025
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-68367-10-2

Jedziecie na wycieczkę i próbujecie oszacować, ile ubrań potrzebujecie. Cokolwiek by się nie działo, par majtek i tak weźmiecie według formuły dni wycieczki x 3. Przecież nigdy nie wiadomo, ile razy się posr*cie w ciągu dnia! Lepiej być gotowym. 

 

Wystąpienia publiczne? Potrzymaj mi piwo, wszystkie lęki wychodzą na środek sceny! Wizyta u lekarza? Na bank będzie to kompromitacja stulecia (kto nie czuł się nieodpowiednio ubrany u ginekologa, niech pierwszy rzuci kamieniem!). Wchodzicie do restauracji, na pewno wszyscy się na Was gapią i w duchu wyśmiewają! Seks i niekontrolowane odgłosy z pochwy? Autorka też to przerabiała.  

Chociaż Morris znam z TikToka z komicznych i niezwykle prawdziwych w życiu kobiety tematów, to nie cała książka jest zabawna. Dziewczyna pisze o tym, jak przeżyła chorobę i śmierć ojca, jak czuła się po rozstaniu, gdzie intuicja wzięła górę lub o tym, jak zdecydowała się na terapię. 


I choć nasza mózgownica nie jest naszym wrogiem, to tak ogromne stany lękowe utrudniają życie i nie pozwalają swobodnie korzystać z życia. Nie uznaję książki za poradnik, bo nie dostaniemy tutaj konkretnych porad. Raczej czytamy o osobistych i przezabawnych doświadczeniach autorki i dzięki temu możemy spojrzeć z dystansu na zachowania, które znamy z własnego doświadczenia.

Jeśli nie boicie się pokręconego poczucia humoru i nie brzydzi Was kobiece ciało, to nie raz parskniecie śmiechem nad książką i poszukacie filmików autorki w internecie. Jeśli czujecie zgorszenie po samej recenzji, to nie znęcajcie się nad sobą dalej. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Marginesy!

17:29:00

Niebezpieczne związki

Niebezpieczne związki

Powieść w całości składająca się z listów. Debiut, arcydzieło, a jednocześnie jedyna książka napisana przez autora. Słynne ekranizacje, zepsucie, zagrywki psychologiczne i żądze cielesne. To tak w kilku zdaniach! A o co dokładnie się rozchodzi?

Tytuł: Niebezpieczne związki
Tytuł oryginału: Les Liaisons dangereuses 

Autor: Pierre Choderlos de Laclos
Tłumacz: Tadeusz Boy-Żeleński

Rok: 1782
format: audiobook

Ile wokół tej książki krzyków niezadowolenia - że nudna, że same listy, że niemoralna i gorsząca. I wyobraźcie sobie, że takie same opinie pojawiają się u nas od mniej więcej stu lat (książkę po raz pierwszy wydano w Polsce w 1912 r.). Oznacza to chyba, że ciągle budzi emocje, bo treść jest wyborna!

 

To książka o manipulacji, pokusach i żądzach, obraz francuskiej arystokracji, która jest jednocześnie znudzona i niezaspokojona oraz naiwna i dewocyjnie pobożna. Wyrachowana sztuka uwodzenia jest przeciwstawiana niewinnej miłości. Intrygi i pożądanie, zaufanie i prawdziwe, głębokie uczucia - wszystko przeplata się na kartach listów wymienianych między bohaterami. 

Literacko jest to zabieg świetny, ponieważ dostajemy żywiołowy opis uczuć każdej z postaci, a wydarzenia są tak jasno relacjonowane, jak w przypadku standardowej narracji. Jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to notka na końcu książki, że nie wszystkie listy zostały przetłumaczone... jakby tłumacz miał prawo wybierać! To jest niesmak na skalę Ireny Tuwim...

Główna rozgrywka toczy się między wicehrabią de Valmont a markizą de Merteuil. Aby wrócić do łask tej ostatniej, de Valmont zgadza się na towarzyską rozgrywkę uwodzenia Cecylii de Volanges i prezydentowej de Tourvel. Obie słyną z cnotliwości i nieskalanej reputacji. Tym bardziej podbicie serc, no i nie tylko (nie oszukujmy się! toż to Francja, libertynizm!) ma stanowić wyzwanie. 

Problemem staje się urażona duma, ambicje, poboczne rozgrywki, wyrafinowanie i to, co najbardziej zgubne - prawdziwe, czyste uczucie. Zakończenie jest odpowiednio dramatyczne i sprawiedliwe (na tyle, na ile czujemy satysfakcję z niektórych wątków). 

Wstyd się przyznać, że nie widziałam najgłośniejszej ekranizacji tej powieści (1988) z całą masą gwiazd: Glenn Close, John Malkovich, Michelle Pfeiffer, Uma Thurman i Keanu Reeves to chyba niemało? Plus 3 Oscary w puli. Do nadrobienia!

Ale film, który zmienił chemię mojego mózgu to oczywiście bardziej współczesna wersja tej opowieści, czyli Szkoła uwodzenia (1999). Dlatego pisałam na Instagramie, że jeśli ten film nie zniszczył Was w młodości, to nie możemy się przyjaźnić! Kaseta VHS odtwarzana zbyt często, by uznać to za przyzwoite! Nie żałuję niczego i koniecznie muszę obejrzeć teraz oba te filmy! 

A książkę polecam, jeśli jesteście otwarci na coś więcej niż obyczajówki pisane na jedno kopyto i top 10 z empiku!

12:47:00

Towarzystwo Jane Austen

Towarzystwo Jane Austen

Kolejna spontaniczna zdobycz biblioteczna, którą w sumie pomyliłam z innym tytułem! Byłam przekonana, że widziałam w internecie fragment adaptacji, a po lekturze dopiero zorientowałam się, że na podstawie tej książki jeszcze nic nie powstało (chociaż serial jest w planach).

Tytuł: Towarzystwo Jane Austen
Tytuł oryginału: The Jane Austen Society

Autor: Natalie Jenner
Tłumacz: Katarzyna Malita

Rok: 2020/2023
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-659-2818-4


Akcja książki rozgrywa się krótko po II Wojnie Światowej w małej miejscowości, w której słynna pisarka spędziła ostatnie lata życia. Rolnik, który poświęcił wszystko dla rodziny i majątku, młoda i ambitna nauczycielka, ostatnia przedstawicielka rodu spokrewnionego z bratem Jane Austen, adwokat, głodna wiedzy służąca, lokalny doktor i wielka gwiazda Hollywood. Wydaje się, że nic nie może łączyć tak odmiennych osobowości. Nie dość, że różnią się wiekiem, wykształceniem i pochodzeniem, to prezentują całkiem różne temperamenty. Ale ich wspólna miłość do powieści Jane Austen stanowi świetny początek relacji, o których nawiązanie by się nie podejrzewali. Bo w imię ochrony książek, pamięci i dziedzictwa, są w stanie wyjść ze swoich stref komfortu i podjąć dość trudne życiowe decyzje – zwłaszcza, że każdy poniósł już straty – zarówno w obliczu wojny, jak i tragedii życia codziennego.

Może postacie nie są wybitnie głębokie – wiemy, kto jest zły, do jednego czy dwóch pozostałych bohaterów możemy mieć wątpliwości. Ale jednak jest to ciepła opowieść o trosce, przyjaźni i miłości. Jenner może nie stosuje tutaj jasno rozumianego retellingu, ale doskonale widzimy, które postacie powielają schemat relacji z Perswazji czy Dumy i uprzedzenia. Ale nie wydaje mi się, żeby to stanowiło problem dla miłośników oryginałów!

To przyjemny romans, trochę powieść obyczajowa. Nic pompatycznego, ale poprawi Wam humor, jeśli lubicie oba te gatunki. Fabuła na koniec trochę gna, ale posłowie z ciekawostkami historycznymi wynagrodzi pośpiech. Autorka wyjaśnia na przykład, że wszystkie postacie to fikcja, ale miejsca jak najbardziej się zgadzają. A prawdziwy dom w Chawton został kupiony i przerobiony na muzeum i bibliotekę przez założycieli Cisco Systems – myślę, że większość pracowników korporacji wie, co to za ustrojstwo, bo bez niego nie moglibyśmy wykonywać codziennych obowiązków 😃 Więc nawet jeśli jesteście rozważni w pracy, to po godzinach jak najbardziej możecie być romantyczni!

16:48:00

Kleopatra i Frankenstein

Kleopatra i Frankenstein

Miało być zabawnie, niezwykle, może nawet niebezpiecznie. Dostajemy książkę inną niż oczekujemy, ale może to niekoniecznie zła rzecz.

Tytuł: Kleopatra i Frankenstein
Tytuł oryginału: Cleopatra and Frankenstein 

Autor: Coco Mellors
Tłumacz: Teresa Komłosz

Rok: 2022
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-8295-296-4

Cleo jest artystką, ma 24 lata i jej wiza niedługo straci ważność. Na imprezę sylwestrową 2007/2008 przyszła dzięki znajomej, ale nie jest w stanie wytrzymać do północy. W windzie spotyka Franka, którego wysłali do sklepu po lód. Mężczyzna jest jakieś 20 lat starszy od Cleo, ale chemia i błysk zrozumienia sprawiły, że resztę wieczoru spędzają razem. 


Szybko okazuje się, że fascynacja odmiennością, erotyzm i głęboka samotność popychają ich w kierunku sformalizowania związku. Potrzeba bezpieczeństwa, ciepła, seksu, pieniędzy i narkotyków mieszają się w tej dziwnej relacji, która niby tak dobrze się zaczęła. 

Autorka stosuje ciekawy zabieg, gdzie przeskakujemy pomiędzy postaciami z miesiąca na miesiąc. Chronologicznie posuwamy się do przodu, ale soczewka skupia się na innej perspektywie, wzbogacając historię głównych bohaterów. 

Jednak Cleo i Frank nie są ani sympatyczni, ani uzdolnieni, ani wyjątkowi, ani... no właśnie. Są nijacy i nie sposób się z nimi utożsamiać. Nie było mi żal tych postaci i nie robiło mi się przykro na myśl o tym, przez co przechodzą. Kunsztem chyba jest jednak stworzenie postaci tak miałkich, że nawet mnie nie irytowały. 

Tematy depresji, uzależnień, samotności i tożsamości są widoczne, na koniec nawet autorce przypomina się, że Cleo jest artystką i próbuje to ubrać w jakieś cierpienie wyższego stopnia, ale nadal nie czujemy nic, żadnych emocji związanych z lekturą. Nie męczymy się jednak z czytaniem - czcionka jest duża, dialogi całkiem bystre, ale to raczej opowieść o przeciętnych ludziach tylko w jakiejś odrealnionej rzeczywistości (no chyba tylko w Stanach dygają do sklepu po lód na domówkę, a wszyscy Wasi znajomi mają poważne problemy z narkotykami i przygodnym seksem).

Bo niby są problemy z pieniędzmi, ale jednak na magiczne białe kreski zawsze się znajdą. Nie mówimy o pracoholizmie, tylko o wysoko funkcjonującym alkoholizmie. Depresja przedstawiona jest jako odstawione leki i nieumyte włosy, ale nie zagłębiamy się aż tak bardzo w sam stan psychiczny. 

Możecie więc potraktować tę książkę jako obyczajówkę, która nic nie wniesie w Wasze życie, jako książkę na leżak, o której zapomnicie po powrocie do domu. I nie dajcie się omamić opisom na okładce - książka nie złamie Wam serca, możecie co najwyżej złamać jej grzbiet. Debiut nie może być wyczekiwanym tytułem, skoro nikt nie zna autorki. I nie porównujcie tej fabuły do Mojego roku relaksu i odpoczynku, bo tam chociaż ćpanie piguł doprowadziło mnie do szewskiej pasji. Recenzja wisi tutaj, o, klik! Poczytajcie jak się tak naprawdę pieklę!

13:24:00

Jak wysoko zajdziemy w ciemnościach

Jak wysoko zajdziemy w ciemnościach

 Wychodzimy ze strefy komfortu. Znowu! Ale tym razem jest dobrze!

Tytuł: Jak wysoko zajdziemy w ciemnościach
Tytuł oryginału: How High We Go in the Dark

Autor: Sequoia Nagamatsu
Tłumacz: Agnieszka Walulik

Rok: 2022/2024
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08491-5

Opowieść zaczyna się w 2030 roku, czyli nie w aż tak odległej przyszłości. Syberia, grupa badaczy analizuje skutki topnienia wiecznej zmarzliny. Przy oszałamiającym tempie zmian klimatycznych muszą przygotować się na wszelkie nowe zagrożenia. Po odnalezieniu zwłok prehistorycznej dziewczynki są w stanie zidentyfikować pewne komórki, które budzą ich niepokój. 

Nie mijają lata, a świat opanowuje niebezpieczny wirus. Nie dość, że atakuje najmłodszych, to odpowiada za przedziwne mutacje komórek. Przeszczepy, eksperymentalne terapie, nic nie ratuje życia. Rzeczywistość, którą znamy ulega rozpadowi - kulturowo, gospodarczo, społecznie. 

 

I właśnie te zmiany pokazuje nam autor - z rozdziału na rozdział przeskakujemy kilka lat do przodu i poznajemy perspektywę nowych bohaterów. W jednym będzie to pracownik eutanazyjnego parku rozrywki, gdzie rodzice skracają męki swoich pociech. W innym naukowiec, próbujący wynaleźć napęd kosmiczny, który ułatwi podróże międzygalaktyczne. W jeszcze innym to nastolatek próbujący nawiązać jakąkolwiek bliską relację z kimś żywym lub patolog, która zakochała się w swoim umierającym pacjencie. 

Wszystkie rozdziały w jakimś stopniu do siebie nawiązują - mamy wzmiankę o jakiejś postaci, która prowadziła narrację trzydzieści stron wcześniej. To angażujący zabieg, ponieważ czytamy uważnie, szukamy tych relacji pomiędzy bohaterami. 

Ale nie miejmy złudzeń - postapokaliptyczna wizja świata po pandemii jest bardzo bliska naszym współczesnym przeżyciom. I chociaż nam udało pokonać się kryzys, autor pokazuje, jak może zmienić się nasz świat w obliczu podobnego zagrożenia - brak możliwości medycznych, rozwój usług pogrzebowych, coraz większa alienacja i odosobnienie jednostek, zalane półwyspy i ogromne połacie kontynentów. 

A to wszystko jednak napisane lekko, płynnie, niektóre rozdziały są wręcz oniryczne, inne uderzają w nas emocjonalnie. To naprawdę dobry debiut, nieprzekombinowany pod względem gatunku sci-fi, oszałamiający w swojej delikatności refleksji i wizji świata. 

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu. 


22:04:00

Foxglove

Foxglove

Pamiętacie, jak pisałam o Belladonnie (no jak nie, jak tak? tutaj link do recenzji!)? Moje zamiłowanie do trujących roślin i gotyckich powieści znalazło ujście w tej powieści. Ale czy drugi tom trzyma poziom?

Tytuł: Foxglove
Tytuł oryginału: Foxglove

Autor: Adalyn Grace
Tłumacz: Danuta Górska

Rok: 2023
Wydawnictwo: Uroboros
ISBN: 978-83-8319447-9

Pierwszy tom zakończyliśmy chwilą napięcia i fabuła kontynuacji nie zwalnia ani na chwilę. Nowe intrygi, nowe postacie, nowe zdolności! Chociaż Signa odkryła swoje przeznaczenie, zagadkowa postać Losu nagle robi wszystko, by pokrzyżować jej plany i odzyskać dawno utraconą miłość. 

Śmierć - czuły kochanek - nagle może stracić swoje szczęście, rodzina głównej bohaterki może uszczuplić się o kolejnego członka, tym razem skazanego na stryczek, a sama dziewczyna musi wybierać między relacjami, które łączą ją z otoczeniem. 

Suknie balowe, tajemnicze cienie wypełzające z kątów, nadprzyrodzone zjawy i konflikty bardzo bliskie ludzkiej naturze. 

Jak na kontynuację, czyta się tę pozycję bardzo dobrze, ale wiele wątków wymagałoby dopracowania. Zakończenie książki chyba pozostawiło więcej pytań niż odpowiedzi, niektóre konflikty rozwiązywane są jednym zdaniem, a inne (te mniej wciągające) rozciągają się na całe rozdziały. 

Signa nie nabrała głębi, ale nie dlatego po taką książkę się sięga. Chociaż pikantnych momentów jest tu chyba nawet mniej niż w pierwszym tomie. 

Nie złoszczę się nawet na pozostawienie oryginalnego tytułu, bo jako nazwa posiadłości Foxglove brzmi lepiej niż polska naparstnica. 

Zatem jeśli urzekła Was Belladonna, ten tytuł na pewno jest na liście obowiązkowej. W pewnym stopniu trzyma poziom, ale chciałoby się więcej - lepszego dopracowania fabuły i postaci. 

16:57:00

Pieśń o Achillesie

Pieśń o Achillesie

Ile razy można opowiedzieć historię wojny trojańskiej? Tyle, ile znajdziemy perspektyw! Chociaż większość z nas nie sięgnie po oryginał i pięknego Achillesa kojarzy w wersji Brada Pitta (uważam, że świetnie pasował do tej roli), to warto zapoznać się z historią opowiedzianą przez drugoplanową postać. 

Tytuł: Pieśń o Achillesie
Tytuł oryginału: The Song of Achilles

Autor: Madeline Miller
Tłumacz: Urszula Szczepańska

Rok: 2012/2021
Wydawnictwo: Albatros
ISBN: 978-83-8215-688-1

Patroklos został wygnany i wydziedziczony przez zbrodnię, która była przypadkiem. Trafia na dwór ojca Achillesa, Peleusa, gdzie poznaje tego urodziwego i dzielnego młodzieńca. Zawsze pogardzany i wyszydzany, odnajduje zaufanie i szacunek uzdolnionego herosa, który wybiera go na swojego towarzysza. 

Z czasem chłopcy stają się nierozłączni, a im bardziej dojrzewają, dociera do nich, że zrozumienie, serdeczność i przyjaźń przerodziły się w dużo silniejsze uczucie. 

Młodym bohaterom towarzyszymy podczas młodzieńczych nauk u centaura, ale także i podczas wojny o piękną Helenę, na którą wszyscy młodzi grecy muszą się udać. Pragnienie sławy i nieśmiertelności coraz bardziej dają o sobie znać w usposobieniu Achillesa. Patroklos za to miota się pomiędzy uczuciem a chęcią pomocy, zwłaszcza tym, którzy nic nie zawinili w tej wojnie. 

Niewątpliwie jest to świetny zabieg literacki - oddać głos postaci, która już od epoki klasycznej budziła kontrowersje. Dzięki tej opowieści poznajemy więź, która wykracza poza sferę fizyczną i seksualną. To właśnie na tych dwóch postaciach skupia się autorka, ważniejsze elementy historii są przedstawione dość zdawkowo. 

To druga książka Miller, którą czytałam i chyba mam pewien problem z jej stylem. Pisze dość chłodno, nawet gdy mówi o namiętnościach i lub o największym żalu. Postać Achillesa od początku wydawała mi się dość pusta. Choć jego prostota miała graniczyć z naiwnością, był on ledwo znośny. Patroklos natomiast, który całe życie był miernotą, która nic nie umiała i angażowała się tylko w słuchanie pieśni wygrywanych przez Achillesa i podziwianiu jego ciała, nagle w kluczowej scenie, gdzie przebiera się w zbroję Achillesa, staje się oszałamiającym wojownikiem, który sieje postrach na polu bitwy. Całe życie zahukany przez ojca, rówieśników i matkę swojego wybranka, nagle miota włóczniami jak najlepszy wojownik. Brak mi tu konsekwencji w kreowaniu postaci. 

Książka na pewno spodoba się miłośnikom mitologii. Czyta ją się szybko, choć osobiście znowu nie czułam specjalnej chemii między bohaterami. Jestem zadowolona, że ją przeczytałam, ale jeszcze bardziej ciekawi mnie w takim razie to, czy Kirke, która od dawna czeka na półce, wzbudzi we mnie inne emocje.

08:48:00

Pustki

Pustki

Kolejna książka, którą wypatrzyłam w bibliotece. Znowu okładka rzuciła mi się w oczy, bo napatrzyłam się na nią dawno temu na Instagramie i na półkach księgarni. Miało być groźnie, na okładce rekomendacja Stephena Kinga, po poprzedniej książce potrzebowałam odskoczni w zupełnie inny klimat i gatunek.

Tytuł: Pustki
Tytuł oryginału: The Loney

Autor: Andrew Michael Hurley
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska

Rok: 2016
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-280-2751-0

Informacja medialna o niepokojącym znalezisku w starym domu na klifie, gdzie odbywały się pielgrzymki przywołuje niechciane wspomnienia. Główny bohater wraca pamięcią do czasów, gdy cała rodzina skupiała się na przywróceniu zdrowia i głosu jego upośledzonemu bratu.

Religijny fanatyzm matki wywierał jednak wpływ nie tylko na jej własną rodzinę, ale także na innych zagorzałych parafian. Kobieta bowiem uważa, że co roku powtarzana wielkanocna pielgrzymka do źródełka w końcu uleczy jej syna. Wywiera naciski na wszystkich zaangażowanych, a także wchodzi w konflikt z nowym księdzem, który objął parafię. Śmierć jego poprzednika wzbudza pewne wątpliwości wśród wiernych, a dewotka za punkt honoru przyjęła dostosowanie nowego duszpasterza do jej własnych potrzeb.

Nasz główny bohater z kolei widać, że przejął całą opiekę nad swoim niepełnosprawnym bratem, znosi sztorcowania fanatycznej matki i godzi się na wychowanie w religijnym uwielbieniu. W głębi serca jednak odczuwa wątpliwości, strach, a także niechęć przed pielgrzymką, która ma się odbyć w ponure, opustoszałe miejsce. Tylko że jako dziecko nie może protestować.

Wyprawa idzie nie tak, jak powinna już od pierwszego dnia. Lokalni mieszkańcy nie są przyjaźnie nastawieni, pogoda nie dopisuje, a całe towarzystwo nie potrafi się zgrać i porozumieć. Bohaterowie zaczynają też odnajdywać niepokojące przedmioty.

To bardzo senna i leniwa powieść grozy, która w sumie grozą nie wieje. Debiut literacki, który sięga po powieść gotycką musi być wybitny, dziwnym trafem ta książka okazała się bestsellerem na rodzimym rynku wydawniczym, ale nie jest ona oszałamiająca. Czyta ją się dobrze, mimo objętości posuwamy się sprawnie w fabule, jednak przedstawione wydarzenia częściej skupiają się na atmosferze niż na samym wątku. Pojawiają się tu jakieś postacie, co do których nawet na koniec lektury nie mamy pewności, co w nią wnosili, samo zakończenie jest dość ciekawe, ale pozostawia pewien niedosyt i w końcu głowimy się, skąd tyle szumu wokół tego tytułu.

Jeśli szukacie horroru, to tutaj go raczej nie znajdziecie. Ja nie czułam napięcia i elementy, które miały niepokoić przeczytałam ze stoickim spokojem. Jednak to, co w powieści grozy działa tak dobrze to pragnienia głównych postaci, motywy, które popychają w kierunku zbrodni, szaleństwa lub ryzyka. W ten topos autor wpasował motyw religijności, zwątpienia w bożą obecność, wiary w to, co niemożliwe, a wręcz nadprzyrodzone, a na koniec nawet naiwności i ignorancji. Jeśli interesują Was takie wątki, to to może być dobra lektura.


10:51:00

Utonęła

Utonęła

Książki Wydawnictwa Pauza od samego początku jego istnienia budzą moją ciekawość. Kilka pozycji już za mną, ale teraz sięgnęłam nie po literaturę francuską, ale szwedzką. 

Tytuł: Utonęła
Tytuł oryginału: Den drunknade

Autor: Therese Bohman
Tłumacz: Justyna Czechowska

Rok: 2021
Wydawnictwo: Pauza
ISBN: 978-83-959007-2-3

Duszne szwedzkie lato, Marina odwiedza swoją starszą siostrę Stellę i jej partnera Gabriela. Główna bohaterka patrzy na ich związek z zaskoczeniem i fascynacją, ponieważ relacja z jej własnym chłopakiem przestaje dawać jej satysfakcję. 

O ile na początku Stella prezentuje się jako ta bardziej otwarta, przebojowa i odnosząca sukcesy, to z biegiem czasu okazuje się, że nękają ją problemy i zmartwienia, o których Marina wcześniej nie miała pojęcia. 

Gabriel - dużo starszy od obu sióstr pisarz - wydaje się czarującym ekscentrykiem, któremu trudno się oprzeć. A jednak mroczna strona jego osobowości dość szybko wychodzi na jaw - co ciekawe, jest ona widoczna dla osób postronnych, ale nie dla obu sióstr. 

Fabuła, która wydaje się na początku oniryczna i ospała potrafi zaskoczyć, co przekłada się na nieokreślone poczucie grozy i niepokoju. Skomplikowane relacje między trójką bohaterów szybko prowadzą do tragedii, a toksyczne uwikłania zaskakują czytelnika i nie pozwalają sympatyzować z żadnym z bohaterów. Co nie jest tutaj zabiegiem irytującym! Czujemy się jak obserwator, który nie umie się utożsamić z postaciami, ale który stara się przynajmniej w jakimś stopniu zrozumieć ich zachowanie. 

Stare fotografie ukazujące coś, co niepokoi, roślinność, która nie daje ukojenia, obsesja, która coraz bardziej uzależnia i prawda ukryta pod powierzchnią wody. Dawno nie czytałam tak dobrego debiutu literackiego. 


10:21:00

Wyznania gejszy

Wyznania gejszy

Lista 100 tytułów BBC wraca do łask! (klik!) A tym tytułem wykreślam także kolejną pozycję z plakatu-zdrapki, który dostałam od moich dziewczyn. Najgłośniej o tej historii zrobiło się po przepięknej ekranizacji z 2005 r., która stała się jednym z moich ulubionych filmów. 

Tytuł: Wyznania gejszy
Tytuł oryginału: Memoirs of Geisha     

Autor: Arthur Golden
Tłumacz: Witold Nowakowski

Rok: 1997
Wydawnictwo: Albatros
ISBN: 978-83-7985-504-9

Sayuri zostaje sprzedana przez swojego ojca do renomowanej szkoły gejsz w Kioto. Od tej pory dziewięcioletnia dziewczynka musi wtopić się w świat, którego nie zna, poznać kulturę, o której słyszała jedynie opowieści i walczyć o przetrwanie w świecie wystudiowanych gestów, zawiłych ceremonii i zawistnych spojrzeń. 

Dorastając, dziewczyna uświadamia sobie, że chęć zostania gejszą to nie wszystko - marzy o prawdziwym uczuciu, o miłości, która wypełni pustkę w jej sercu. Wszystkie jej działania będą od tej pory prowadziły do spełnienia tego marzenia. Jednak złośliwość, żal i okrucieństwo otaczających ją ludzi nie będą bohaterce ułatwiały tego zadania. 

 

Autor z wyczuciem wprowadza czytelnika w kulturę japońską, opisując rytuały parzenia herbaty, zakładania kimona, czesania włosów, a nawet makijażu. Szczegółowe opisy nie są nużące, choć wplatane z niezwykłą częstotliwością w fabułę. Pod tym względem książka uchyla przed nami drzwi do innej kultury, do innego świata, który rządzi się całkowicie odmiennymi prawami. 

Książka jest określana mianem jednej z najważniejszych i najpiękniejszych opowieści o miłości. Nie umiem się zgodzić z tym określeniem, ale przyczyny mogą być różne. Z jednej strony może to być warsztat literacki - opowieść, choć długa, przyciąga uwagę i jest wartka. Problem jednak mam z budowaniem emocji pomiędzy bohaterami, którzy są powściągliwi, prowadzą ze sobą dosłownie garść dialogów i brak między nimi napięcia. 

Być może jest to po prostu udana próba osadzenia uczucia w dalekowschodniej kulturze, która cechuje się inną wrażliwością, a także innym kanonem wyrażania emocji. Książki autorów pochodzenia azjatyckiego zazwyczaj wydają mi się właśnie powściągliwe w tej kwestii. Rzadko to przyznaję, ale relacja głównych bohaterów lepiej budowana jest w filmie - sympatyzujemy z nimi, widzimy rodzące się przywiązanie i fascynację, a w końcu także miłość. Podczas lektury o wiele trudniej o takie reakcje. 

Niewątpliwie jest to historia warta poznania, ale sami musicie ocenić, czy na pewno jedna z najpiękniejszych opowieści o miłości.

14:16:00

Gdzie śpiewają raki

Gdzie śpiewają raki

Długo zbierałam się za napisanie tej recenzji, ale obwiniam o to swoje własne założenia, które miałam przed lekturą - książka po prostu okazała się czymś innym, niż się spodziewałam. 

Tytuł: Gdzie śpiewają raki
Tytuł oryginału: Where the Crawdads Sing

Autor: Delia Owens
Tłumacz: Bohdan Maliborski

Rok: 2018/2019
Wydawnictwo: Świat książki
ISBN: 978-83-813-9268-6

W pewnym momencie wszyscy się tą książka zachwycali. Fabuła miała opowiadać o dziewczynce samotnie wychowującej się na bagnach Karoliny Północnej - o istocie, którą odrzuciło społeczeństwo, a która odnalazła swoje miejsce wśród dzikiej przyrody. 

 

I rzeczywiście, książka tak właśnie się zaczyna. Opisy przyrody są urzekające, język prosty, ale obrazowy. Widzimy świat oczami dziecka, które nie rozumie pewnych konfliktów i uprzedzeń dorosłych. Z czasem jednak, gdy główna bohaterka zaczyna dorastać i wchodzić w interakcje ze społeczeństwem, jej naiwna perspektywa wcale się nie zmienia. 

Choć potrzeba ciepła i bliskości jest całkowicie zrozumiała, Kya wplątuje się w relacje z dość irytującą bezradnością. W momencie, gdy fabuła nabiera cech kryminału jest już tylko gorzej. Brak logiki, gnanie przez niektóre sceny, zakończenie, które nie pozostawia poczucia głębi - wszystko to sprawiło, że książka, która zaczęła się jak poetycka opowieść, skończyła się jak tanie wakacyjne czytadło. 

Spodziewałam się opowieści dojrzałej, wartościowej językowo, z głębokim przekazem o uprzedzeniach, emocjach i wartościach, którymi warto się kierować. Niestety autorka nie doskoczyła do poprzeczki, którą sama sobie postawiła. I żadne rekomendacje Reese Witherspoon czy recenzje z New York Timesa nie zmniejszą mojego poczucia rozczarowania. 

Myślę, że szeroki rozdźwięk, który otrzymała książka świadczy o tym, że takie opowieści również są potrzebne - lżejsze, przyjemne i niewymagające. Zatem jeśli szukacie książki do bólu obyczajowej, z elementami kryminału, to możecie śmiało po ten tytuł sięgać.

Mam także nadzieję, że ekranizacja wyciągnie z książki samą esencję! Bo to nie jest zła historia, po prostu inna od tego, czego się spodziewałam.

Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger