21:57:00

Zaufanie

Zaufanie

Tak jak pisałam na Instagramie - książkę wybraliśmy dla mamy na święta i okazała się prezentem trafionym. A że sama byłam ciekawa fabuły... 

Tytuł: Zaufanie
Tytuł oryginału: Trust

Autor: Hernan Diaz
Tłumacz: Agnieszka Walulik

Rok: 2022 / 2025
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-8425-752-4 

Lata 20' ubiegłego wieku wszystkim kojarzą się z Wielkim Gatsby'm i czarnym czwartkiem 1929, prohibicją, flapperkami, jazzem i tymi pięknymi kieliszkami do szampana, którymi Leonardo wznosi w naszym kierunku toast. Diaz nie wpada w pułapkę skojarzeń i tworzy powieść oryginalną a jednocześnie świetnie wpisaną w wybrany okres. 

 

Cztery różne perspektywy, wszystkie skupiają się na tym samym wpływowym małżeństwie, ale to czytelnik musi rozszyfrować, która opowieść jest najbliżej prawdy. Na samym początku dostajemy powieść w powieści - pisaną surowym, ale dziwnie skondensowanym językiem. Fikcyjny finansista odludek spotyka niezwykle inteligentną i dużo młodszą od siebie kobietę. Ich nietuzinkowy związek, opierający się na szacunku własnej wolności i swobody, staje się pożywką dla socjety i dziennikarzy. 

Druga część to szkice prawdziwego (w książce) finansisty, który ma na celu odeprzeć kalumnie i narrację pierwszej części. Widać, że historia dotyczy tej samej pary, ale jest pełna luk, notatek do uzupełnienia, niepowiązanych myśli lub szkiców poszczególnych rozdziałów. 

Trzecia część to opowieść młodej dziewczyny o włoskich korzeniach, której ojciec anarchista i chłopak cwaniak nie mogą znieść myśli o jej emancypacji. Gdy Ida szuka pracy na Wall Street raczej aspiruje do roli podrzędnej sekretarki. Nigdy nie przychodzi jej do głowy, że będzie pracować dla największego finansisty tamtych czasów i pomagać mu w pisaniu autobiografii, która ma przedstawić jego żonę w jak najlepszym świetle. 

A czwarta część to dziennik samej żony. Tutaj nie zdradzę Wam już żadnych szczegółów, ale jest to wspaniałe uzupełnienie wcześniejszych punktów widzenia, gdzie fikcja mierzy się z fikcją!

Autor rewelacyjnie żongluje stylami. Jedna część jest pozbawiona dialogów i pełna finansowych niuansów, podczas gdy w drugiej rozmowy występują naturalnie i nie głowimy się nad giełdowymi transakcjami. Raz pisze chaotycznie, wręcz bez kontekstu, a raz prowadzi metodyczne notatki, które wskazują na zupełnie inny rodzaj bohatera. 

No i samo tytułowe Zaufanie możemy różnorako interpretować - tyle razy jest nadszarpnięte pomiędzy postaciami, ale przede wszystkim to czytelnik nie wie, komu uwierzyć! Kto jest tym wiarygodnym narratorem, ile prawdy jest w każdej z opowieści? Cudowna rozgrywka, która czyni lekturę tak bogatym doświadczeniem! 

Bardzo się cieszę, że takie powieści cały czas powstają - złożone, bogate, zmuszające do myślenia, podważające sympatie czytelnika i bawiące się stylem literackim. Przypominające nam o istnieniu postmodernizmu, nakazujące wątpić we wszystko, o czym czytamy, bawiące się formą i konstrukcją. I podwójnie cieszy, gdy właśnie takie tytuły dostają Pulitzera! 

Polecam bardzo! 

12:13:00

Sztuka obsługi penisa 2. Nowe wyzwania

Sztuka obsługi penisa 2. Nowe wyzwania

Przyszedł czas na drugi tom! Jeśli pamiętacie recenzję pierwszej części (klik!), to wiecie, że byłam pozytywnie zaskoczona - zarówno podejściem autorów, jak i lekkością potraktowania ważnego tematu. Sięgając po poniższy tytuł spodziewałam się czegoś podobnego, ale...

Tytuł: Sztuka obsługi penisa 2. Nowe wyzwania
Autor: Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski 

Rok: 2024 / 2025
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08666-7

Jak sugeruje podtytuł, rzeczywiście mamy tu do czynienia z nowymi wyzwaniami. Autorzy nie skupiają się już tak bardzo na podstawowej obsłudze własnych emocji czy tworzeniu intymności. Nie wyjaśniają (wręcz łopatologicznie), że aby wieść prawidłowe pożycie, warto zacząć od głowy, a nie od części intymnych. 

Ale na początek dostajemy bardzo mocną dawkę faktów, ciekawostek i problemów, co do których nie umiem ocenić, jak bardzo są powszechne. I mam tu problem jako kobieta i osoba spoza warszawskiej śmietanki towarzyskiej. 

 

Autorzy zaczynają od chemseksu - czyli wspomagania erekcji nie tylko preparatami ogólnodostępnymi w aptekach, ale też tymi mniej legalnymi. Bardzo poważnie podchodzą do konsekwencji, jakie może mieć dłuższe stosowanie tego typu wspomagaczy - i mowa tu zarówno o stanie zdrowia, jak i o relacjach z partnerami. 

Potem wskakujemy w temat swingowania i rozwodzimy się nad nim bardzo długo. Może żyję pod kamieniem, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tego typu rozrywki stanowią tak wielki odsetek problemów małżeńskich. 

Dostajemy wprawdzie też rzetelną rozmowę z urologiem, ale drugim biegunem narracji jest dla mnie etykieta wysyłania dick-picków. Jest tu też ważny rozdział o incelach (czyli mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet za to, że nie pozwalają się źle traktować i nie obniżają swoich standardów na poziom jądra ziemi, żeby chłopcy mogli się rozprawiczyć z hasłami Konfederacji na ustach). Ale też ważny rozdział o tym, co się wyprawia w polskim kościele i dlaczego brak pociągu do kobiet nie równa się powołaniu duchowemu (tak, tej ciemnej masie trzeba to wyjaśniać jak dzieciom). 

No i dostajemy też zgodnie z tytułem kilka wskazówek jak krok po kroku tego penisa prawidłowo obsłużyć. Czyli jak autorzy zaznaczają, jest to odzew na frustracje związane z brakiem takich instrukcji w pierwszej części. 

Książka nadal pisana jest lekko, czyta się ją szybko, tematy się nie powielają, ale czuję, że więcej na lekturze skorzystają mężczyźni uprawiający seks z mężczyznami (nie tylko homoseksualiści) i pary w otwartych związkach rządne przygód z nieznajomymi niż pary heteroseksualne. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.  

12:10:00

Anna Karenina

Anna Karenina

Kolejna klasyka zaliczona i to znów tytuł z listy BBC (klik!). Tutaj miałam jakiś niepohamowany głód i chociaż objętościowo książka wydaje się onieśmielająca, to przeczytałam ją błyskawicznie. No i jak ja lubię sięgać po takie stare wydania (tutaj z 1956) - wiem wtedy, że książka była czytana przez masę osób i że dołączam do grona moich dziadków i mamy, którzy też trzymali ją w rękach!

Tytuł: Anna Karenina
Tytuł oryginału: Anna Karenina

Autor: Lew Tołstoj
Tłumacz: Kazimiera Iłłakowiczówna

Rok:1875–1877 / 1956
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
ISBN: 83-05-11780-4

Historię kobiety upadłej, odrzuconej przez towarzystwo, targanej uczuciami, obawami i konwenansami wszyscy znamy. Anna - chociaż jest 8 lat w związku małżeńskim z Kareninem, z którym ma zresztą ukochanego synka - wdaje się romans z przystojnym Wrońskim - robiącym karierę wojskową bawidamkiem i lekkoduchem. 

I owszem, tak można skrócić całą fabułę. Ale jest to obraz uproszczony, wręcz ugrzeczniony i powielany w licznych adaptacjach filmowych, które cóż... wygląda na to, że za dużo z oryginału nie czerpały. 

 

Owszem, Anna wdaje się w romans - ale jakoś dziwnie łatwo przychodzi jej rozstanie z synem, którego na początku książki wręcz obsesyjnie wielbi. Jak na kobietę podziwianą i szanowaną, nawet powiedzmy to wprost, że nie zakochaną we własnym mężu, naprawdę błyskawicznie ulega Wrońskiemu. 

Na przestrzeni setek stron nie prezentuje się wcale jak kobieta upadła, ale raczej zepsuta i podła. Nic ją nie obchodzi socjeta, dopóki nie zaczyna dostrzegać, że wszyscy radzą sobie doskonale bez niej i pogardzają jej zachowaniem. Mimo że chorobliwie zazdrosna o Wrońskiego, sama z premedytacją flirtuje z innymi mężczyznami, do tego stopnia że z pełną świadomością chce rozkochać w sobie męża znajomej. I (spoiler? można tak zepsuć komuś klasykę?) nie rzuca się pod pociąg, bo zostaje wykluczona przez społeczeństwo, ale po to, żeby zrobić Wrońskiemu na złość.

A sam Wroński? Owszem, to amant, któremu nie zależy na ustatkowaniu się. Ale im dalej wdaje się w romans z Anną, im bardziej ich uczucie się rozwija, tym bardziej zależy mu na pewnych normach i standardach. Jest gotów wziąć z nią ślub, ale ona nie chce się rozwieźć. Rzuca karierę w wojsku i z sukcesem prowadzi posiadłość na wsi, żeby nie martwić się o to, że Anny nikt w mieście nie przyjmuje. Znosi jej napady zazdrości, złych humorów, dominacji i chorobliwego wręcz uczucia. Ale jest to bohater z krwi i kości, który musi czasem wyjść z domu, pełnić obowiązki zawodowe, odetchnąć! A po jej śmierci jest prawdziwie zdruzgotany!

Zatem jeśli chodzi o tę parę, to przeczytanie książki było dla mnie wywrotowe! To nie jest opowieść o wykorzystanej kobiecie, tylko o toksycznej relacji, niedojrzałości emocjonalnej i o dziwo! przemianie wewnętrznej Wrońskiego.

Ale wbrew pozorom to wcale nie jest najciekawszy wątek. Bałam się zabrać za Tołstoja, bo spodziewałam się tekstu ciężkiego i przegadanego. Ale autor z rozmachem zabiera się za omówienie ogromu zagadnień społecznych i politycznych - dla nas obecnie historycznych. Kwestia podziału dóbr, rozbieżności między arystokracją a chłopstwem, rozwoju Rosji w porównaniu z Europą, sama prezentacja stylu życia obywateli - to wszystko czytałam z zaciekawieniem!

Jak wspomniałam, postacie Anny i Wrońskiego wbrew tytułowi nie stanowią głównego wątku. Przyznaję, że mocno kibicowałam Lewinowi - chociaż palnął kilka głupot po drodze, mocno mnie zirytował i skupiał się na filozofowaniu wtedy, kiedy było to najmniej wskazane. Ale moja reakcja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że bohaterowie Tołstoja są do bólu ludzcy i dopracowani literacko w swoich niedoskonałościach: Obłoński jest błaznem, Kitty się ogarnia, Dolly sama nie wie, czego chce, a Karenin rzeczywiście, im dalej w las, tym bardziej jest odpychający!

Czy polecam? Z całego serca! Wiem, że to nie jest lektura dla każdego i na każde okoliczności. Ale naprawdę zmienia wyobrażenie o tytułowej bohaterce, wprowadza nas we wspaniały i miniony czas oraz w obszerny sposób przedstawia realia epoki, która dawno przeminęła. No złoto! 

13:46:00

Ludzie, których spotykamy na wakacjach

Ludzie, których spotykamy na wakacjach

To miała być przyjemna odskocznia po klasyce literatury, lekki przerywnik, który nie przytłoczy treścią, rozbawi, poprawi poziom romantyzmu we krwi. Ale w skrócie: nie było treści, nie było zabawnie, nie było romantycznie. 

Tytuł: Ludzie, których spotykamy na wakacjach
Tytuł oryginału: People We Meet on Vacation

Autor: Emily Henry
Tłumacz: Aleksandra Weksej

Wydawnictwo: Kobiece
Rok: 2022
Format: audiobook 

Aleks i Poppy nie mogą się od siebie bardziej różnić! On zaczytany w klasyce literatury, zdyscyplinowany, zadbany, poukładany, marzący o ustatkowanym życiu i gromadce dzieci. Ona roztrzepana, żywiołowa, spontaniczna i nieokiełznana, niezdolna do utrzymania przy życiu nawet jednej roślinki. 

Poznają się na studiach, gdzie okazuje się, że pochodzą z jednego miasteczka w Ohio. Traf chciał, że dzieląc się kosztami podróży, spędzają ze sobą całą drogę do domu i o dziwo jakoś bardzo się nie drażnią. Z przypadkowego wspólnego przejazdu tworzy się przyjaźń - o tyle naturalna z początku, ponieważ obojgu zdaje się, że w ogóle nie są w swoim typie. 

Od wspólnych wypadów z uczelni do domu, po czas spędzony na przygotowaniach się do egzaminów, szybko wpadają na pomysł, żeby spędzać razem również wakacje. Pomysł początkowo rewelacyjny, później się komplikuje, gdy są w różnych związkach i umówmy się - nie wszyscy partnerzy są zachwyceni pomysłem, żeby nasz chłopak/dziewczyna jechali ze swoją przyjaciółką/przyjacielem na jakiś samotny wypad. 

Lata później, choć Poppy pracuje w magazynie podróżniczym, nadal okazuje się, że wspólne wyjazdy z Aleksem to po prostu szwendanie się od baru do baru i zabijanie czasu jakimiś durnymi atrakcjami w stylu przydrożnych muzeów, o których nikt nie pamięta. No i jeżdżą ciągle na te wakacje, wbrew tytułowi wcale nie spotykają aż tak wielu ludzi, no i oczywiście oszukują się sami, że nic do siebie nie czują (trzymam stronę tych partnerów, którzy zostają w domu i zastanawiają się, czy druga połówka właśnie nie fantazjuje o tym, żeby dobrać się swojej przyjaciółce ze studiów do majtek na wakacjach, na których są sami). 

Oczywiście namiętność bierze górę, moralnie szczęśliwie, gdy i Aleks i Poppy są singlami, ale nieporozumienia, odległość no i oczywiście różnice charakterów robią swoje. 

Książka przewidywalna, nudna, udowadniająca, że nie ma czegoś takiego jak przyjaźń między kobietą a mężczyzną, bo zawsze pojawi się nawet 5% podtekstu seksualnego lub ciekawości "a co by było gdyby?". 

Poppy jak na dziennikarkę podróżniczą szwenda się tylko po knajpach, Aleks jako oczytany fan siłowni jest ucieleśnieniem maślanego ideału i człowiek czeka na coś ciekawego w tej fabule, tylko po to, żeby doczekać się jedynie podziękowań od wydawnictwa za wysłuchanie audiobooka. Żenada - nawet przy założeniu, że to lektura na leżak. 

Biję się z myślami, czy oglądać film - wbrew pozorom może być lepszy niż książka, bo poprzeczka leży na ziemi. Widzieliście? Czytaliście? Co sądzicie? 

12:17:00

La Mamma

La Mamma

Ostatni ze świątecznych prezentów przeczytany! Stosik hańby oczywiście nadal jest imponujący, ale staram się być na bieżąco ze wszystkim, co trafia na moją półkę! 

Tytuł: La Mamma
Autor: Joanna Stopyra-Fiedorowicz

Rok: 2020
Wydawnictwo: Women Power Media 
ISBN: 978-83-958007-0-2

Sama książka reklamuje się jako "najczulsza przewodniczka na drodze do stawania się mamą". Bo umówmy się, że jest to trudny czas, wszystko jest nowe, kobiety stają przed niespodziewanymi wyzwaniami, a społeczeństwo i najbliżsi nie odpuszczają. Nieproszone komentarze, głaskanie po brzuchu bez pozwolenia, ocenianie i cała masa przestarzałych lub niechcianych rad potrafią wkurzyć bardziej niż realizacja, że mamy problem z założeniem skarpetek! 


Autorka patrzy zatem na okres ciąży, połogu i pierwszych miesięcy bycia mamą z perspektywy indywidualnej kobiety, a nie wszystkowiedzącego stereotypu matki Polki (lepiej - nawiedzonej madki, którą można spotkać na forach i grupach internetowych!). 

Dostajemy zatem bardzo osobistą perspektywę, jak to było u niej - z czego się cieszyła, co ją irytowało, kiedy sama kopała się w kostkę za komentarz, który wygłosiła bez refleksji. Nie skupia się na fizyczności i ciele jako takim, ale np. na języku, jakim się posługujemy, podmiotowości dziecka, konieczności dbania o związek z partnerem, ale też na małych tęsknotach, gdy dziecko zaczyna dorastać. 

Osobiście w pełni się zgadzam, że kobieta, która staje się matką nie powinna tracić swojej osobowości. Dziecko nas dopełnia, ale nie wymazuje nas jako osoby (teksty w stylu "mama zrobi..., mama poda..." mogą działać irytująco!). Tak samo w moim słowniku nie ma wyrazu "cyc" i wszelkich pochodnych. Jest to dla mnie wyraz prostacki i wulgarny, a w odniesieniu do kobiety karmiącej brzydkich określeń mamy jeszcze więcej ("dojarka", "chodząca mleczarnia"). Fuj! 

Zatem książka wyraża ogromny szacunek dla kobiet w ciąży i świeżo upieczonych mam. Zmusza do zastanowienia się, czy każdy komentarz trzeba wygłosić na głos oraz podkreśla intymność macierzyństwa. 

Z rzeczy na minus - autorka ewidentnie kochała być w ciąży i epatuje miłością do własnego dziecka z co drugiej kartki. I nie ma w tym nic złego, ale nie każda kobieta musi wielbić ciążę. Nie każda przyszła mama kocha wszystkie dzieci świata. Nie wszystko co związane z pojawieniem się dziecka musi być przelukrowane i "ububione" jak to zwykło się u mnie mawiać.

Ale niewątpliwie będzie to książka, która podniesie na duchu, wywoła wiele refleksji, zada ważne pytania i uspokoi w wielu kwestiach, bo stawia kobietę na pierwszym miejscu. 

Dziękuję Mamo! 

Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger