13:46:00

Montessori od narodzin

 Montessori od narodzin

Kilka lat temu dużo mówiło się o metodach wychowawczych Montessori. Wręcz na gwałt powstawały szkoły, publikowano poradniki, zakładano grupy internetowe dla rodziców, wychowawców i nauczycieli. I po trochu chyba wylano dziecko z kąpielą.

Tytuł: Montessori od narodzin
Tytuł oryginału: The Montessori Baby

Autor: Simone Davies, Junnifa Uzodike
Tłumacz: Ewa Pater-Podgórna

Rok: 2021 
Wydawnictwo: Bukowy Las
ISBN: 978-83-8074-367-0

Maria Montessori opracowała metodę, gdzie rodzice dają dziecku jak największą swobodę na rozwój. Po takim zdaniu wszyscy możemy odpowiedzieć, że przecież wręcz o to chodzi! Czasy, gdy uznawano, że dzieci i ryby głosu nie mają już się skończyły, a bycie rodzicem nie oznacza terroru i zamordyzmu. 

Tylko że w obecnych czasach większość jej teorii sprowadza się do komentarza, że to po prostu zdrowy rozsądek i może nie ma co udziwniać niektórych spraw na siłę.

 

Jak wspomniałam wcześniej, metoda Montessori stała się bardzo popularna w przedszkolach i szkołach, ale niektórzy rodzice i pedagodzy czuli potrzebę wprowadzenia jej zdecydowanie wcześniej. Stąd też pomysł na recenzowaną książkę, która podpowiada, jak traktować dziecko ze swobodą i szacunkiem już od pierwszych chwil po porodzie i we własnym domu. 

Podczas lektury skrupulatnie wypisywałam racjonalne podpowiedzi, jak i absolutne brednie, które w moim przekonaniu nie mają racji bytu i zaczynają graniczyć z absurdem. Ale od plusów zacznijmy!

Według szkoły Montessori:

  • rodzice powinni obserwować dziecko i jego potrzeby (na tyle, na ile noworodek czy niemowlak umie je komunikować - nawet płaczem);
  • najbliżsi nie powinni mówić do dziecka piskami, infantylnym lub wręcz wymyślonym językiem - dziecko uczy się przez powtarzanie, więc od początku powinniśmy zwracać się do niego pięknym i poprawnym językiem;
  • dziecko powinno dorastać w 'odgraconym' otoczeniu - im mniej, tym lepiej;
  • rodzic powinien wspierać naturalny rozwój samodzielności dziecka (pozwalać np. wybierać zabawki, którymi maluch chce się bawić);
  • zabawki powinny być proste - kreatywność nie wymaga ton plastiku i głośnych, wrzaskliwych melodyjek;
  • nie tresujemy dziecka i traktujemy je z szacunkiem - czyli w końcu odchodzimy od znienawidzonych poleceń w stylu "daj cioci całusa", "pokaż babci, jak klaszczesz", "uśmiechnij się do pana" - dziecko może o sobie decydować, nie jest małpą w cyrku, może odmawiać, a pochwali się nową umiejętnością, gdy będzie na to gotowe! 

Ale według szkoły Montessori również:

  • powinniśmy noworodka/niemowlaka poprosić o zgodę na zmianę pieluszki lub wzięcie na ręce (tak, nawet przez lekarza na porodówce) - rozumiem traktować dziecko z szacunkiem, ale to trąca tym samym absurdem co fryzjer, który pyta, czy może dotknąć włosów klienta;
  • nadal promuje się konserwatywne podejście, gdzie opiekunką jest tylko matka - wprawdzie autorki próbują odejść od tej narracji, ale idzie im to średnio. Osobiście nie znoszę podejścia, że ojciec pomaga przy dziecku - nie! Nie "pomaga", tylko zajmuje się i wychowuje własne dziecko. Pomóc to może przy odkręcaniu słoika, jak ktoś inny gotuje obiad. Jak słyszę te piski zachwytu, że ojciec zostaje sam z własnym dzieckiem na godzinę, to mam ochotę użyć przemocy! I to w stosunku do kobiet!
  • cała przestrzeń w domu powinna być dostosowana do noworodka - nocnik wstawić już po kilku tygodniach do łazienki, stolik przy którym ma jadać zamiast przy krzesełku ustawić jeszcze zanim zacznie raczkować, materac na podłodze zamiast łóżeczka. Pozdro dla rodziców i ich kręgosłupów, gdy kilkanaście razy dziennie mają podnosić dziecko z podłogi. Pomijając sam przykład z książki, gdzie jak dziecko spadnie z materaca i zmarznie, to nic, tak ma być. A! I sztućce mamy przenieść do najniższej szuflady w kuchni, żeby brzdąc miał zabawę. No łaskawie pozwolą noże trzymać wyżej. Ale widelcem niech już się dziabnie w oko! Brak autorytarnej kontroli coś za bardzo mi tu ociera się o zwykły brak opieki.

Plusy brzmią dla mnie po prostu jak zdrowy rozsądek i bycie świadomym, nietoksycznym rodzicem. Wynotowane minusy tego podejścia wskazują mi na skrajność, która sprowadza rodzica do biernego obserwatora, a nie wychowawcy. Wolność i swoboda to jedno, ale uczenie i troska nie muszą być tak radykalnie wykreślane z rodzicielstwa. 

Wiadomo, trendy (nawet w wychowywaniu dzieci) się zmieniają. Montessori na pewno była odzewem na zbyt kontrolujące nawyki pozbawione szacunku do małego człowieka. Ale zbyt szybko stała się synonimem bezstresowego wychowania, które bardzo często właśnie wygląda jak brak kontroli rodzicielskiej i pozwalanie dziecku na wszystko (łącznie z biciem rodzica czy darciem się jak nieboskie stworzenie w miejscach publicznych). 

Wychodzę z założenia, że Twoje dziecko, jest Twoim problemem i odpowiedzialnością. Więc takie swobodne puszczenie go samopas i niereagowanie na zachowania złe i szkodliwe (dla niego i otoczenia) to przejaw zwykłej nieodpowiedzialności i niedojrzałości rodziców, a nie innowacyjnej metody wychowawczej. Ale cóż... czekam na lincz w komentarzach, bo to temat bardzo kontrowersyjny. Ale przy okazji daję znać, że kontynuacji tej książki (czyli Montessori w twoim domu) nawet nie mam zamiaru przekartkować. 😆 

15:29:00

Moby Dick

Moby Dick

Oj, ciągnie w tym roku do klasyki! W tamtym roku zaniedbałam trochę moją listę 100 tytułów BBC, ale nadrabiam jak mogę. Nawet tytuły, po które obawiałam się sięgnąć. 

Tytuł: Moby Dick
Tytuł oryginału: Moby Dick; The Whale

Autor: Herman Melville 
Rok: 1851
Wydawnictwo: Aleksandria
Format: audiobook

Klasyka literatury amerykańskiej, o której słyszeli wszyscy i doprawdy, chyba trudno powiedzieć o tej książce coś nowego. Choć narracja jest prowadzona przez Izmaela, który postanawia przez ciekawość wyruszyć na wyprawę wielorybniczą, to tak naprawdę kapitan Ahab najbardziej przyciąga uwagę czytelnika. Tajemniczy, na wpół obłąkany dowódca szybko pokazuje, że głównym celem jego podróży jest chęć zemsty na tytułowym białym kaszalocie, który go okaleczył. 

 

Moby Dick, choć dość upiorny postrach mórz i nieuchwytny stwór, to nie tylko zwierzę, ale przede wszystkim ucieleśnienie pogoni za przeznaczeniem, personifikacja zemsty, a także odniesienie do Biblii. Chociaż powieść może się wydawać po prostu przyrodniczą przygodą, dokładnie opisującą polowania na wieloryby i dość pokaźną wiedzę na ich temat, to znajdziemy w tekście wiele filozoficznych dywagacji o ludzkiej kondycji. 

Bohaterowie przedstawiają różne charaktery i doświadczenia, mają różne priorytety i manieryzmy. I choć większość akcji dzieje się na jednym statku, nie czujemy się przygnębieni monotonią i ograniczoną konstrukcją fabuły - pomiędzy szaleńczymi akcjami harpunników dostajemy też głęboką warstwę psychologiczną. 

Obawiałam się, że książka będzie męcząca w odbiorze, o monotonnej akcji i sztampowym opisie rozwoju szaleństwa. A słuchało się jej bardzo dobrze - na tyle dobrze, że nagłe (choć nie zaskakujące zakończenie) aż wydało mi się za krótkie. 

Jeśli się wahacie, to nie ma się co bać tej lektury. A co klasyka, to klasyka! 

 

 

21:57:00

Zaufanie

Zaufanie

Tak jak pisałam na Instagramie - książkę wybraliśmy dla mamy na święta i okazała się prezentem trafionym. A że sama byłam ciekawa fabuły... 

Tytuł: Zaufanie
Tytuł oryginału: Trust

Autor: Hernan Diaz
Tłumacz: Agnieszka Walulik

Rok: 2022 / 2025
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-8425-752-4 

Lata 20' ubiegłego wieku wszystkim kojarzą się z Wielkim Gatsby'm i czarnym czwartkiem 1929, prohibicją, flapperkami, jazzem i tymi pięknymi kieliszkami do szampana, którymi Leonardo wznosi w naszym kierunku toast. Diaz nie wpada w pułapkę skojarzeń i tworzy powieść oryginalną a jednocześnie świetnie wpisaną w wybrany okres. 

 

Cztery różne perspektywy, wszystkie skupiają się na tym samym wpływowym małżeństwie, ale to czytelnik musi rozszyfrować, która opowieść jest najbliżej prawdy. Na samym początku dostajemy powieść w powieści - pisaną surowym, ale dziwnie skondensowanym językiem. Fikcyjny finansista odludek spotyka niezwykle inteligentną i dużo młodszą od siebie kobietę. Ich nietuzinkowy związek, opierający się na szacunku własnej wolności i swobody, staje się pożywką dla socjety i dziennikarzy. 

Druga część to szkice prawdziwego (w książce) finansisty, który ma na celu odeprzeć kalumnie i narrację pierwszej części. Widać, że historia dotyczy tej samej pary, ale jest pełna luk, notatek do uzupełnienia, niepowiązanych myśli lub szkiców poszczególnych rozdziałów. 

Trzecia część to opowieść młodej dziewczyny o włoskich korzeniach, której ojciec anarchista i chłopak cwaniak nie mogą znieść myśli o jej emancypacji. Gdy Ida szuka pracy na Wall Street raczej aspiruje do roli podrzędnej sekretarki. Nigdy nie przychodzi jej do głowy, że będzie pracować dla największego finansisty tamtych czasów i pomagać mu w pisaniu autobiografii, która ma przedstawić jego żonę w jak najlepszym świetle. 

A czwarta część to dziennik samej żony. Tutaj nie zdradzę Wam już żadnych szczegółów, ale jest to wspaniałe uzupełnienie wcześniejszych punktów widzenia, gdzie fikcja mierzy się z fikcją!

Autor rewelacyjnie żongluje stylami. Jedna część jest pozbawiona dialogów i pełna finansowych niuansów, podczas gdy w drugiej rozmowy występują naturalnie i nie głowimy się nad giełdowymi transakcjami. Raz pisze chaotycznie, wręcz bez kontekstu, a raz prowadzi metodyczne notatki, które wskazują na zupełnie inny rodzaj bohatera. 

No i samo tytułowe Zaufanie możemy różnorako interpretować - tyle razy jest nadszarpnięte pomiędzy postaciami, ale przede wszystkim to czytelnik nie wie, komu uwierzyć! Kto jest tym wiarygodnym narratorem, ile prawdy jest w każdej z opowieści? Cudowna rozgrywka, która czyni lekturę tak bogatym doświadczeniem! 

Bardzo się cieszę, że takie powieści cały czas powstają - złożone, bogate, zmuszające do myślenia, podważające sympatie czytelnika i bawiące się stylem literackim. Przypominające nam o istnieniu postmodernizmu, nakazujące wątpić we wszystko, o czym czytamy, bawiące się formą i konstrukcją. I podwójnie cieszy, gdy właśnie takie tytuły dostają Pulitzera! 

Polecam bardzo! 

12:13:00

Sztuka obsługi penisa 2. Nowe wyzwania

Sztuka obsługi penisa 2. Nowe wyzwania

Przyszedł czas na drugi tom! Jeśli pamiętacie recenzję pierwszej części (klik!), to wiecie, że byłam pozytywnie zaskoczona - zarówno podejściem autorów, jak i lekkością potraktowania ważnego tematu. Sięgając po poniższy tytuł spodziewałam się czegoś podobnego, ale...

Tytuł: Sztuka obsługi penisa 2. Nowe wyzwania
Autor: Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski 

Rok: 2024 / 2025
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08666-7

Jak sugeruje podtytuł, rzeczywiście mamy tu do czynienia z nowymi wyzwaniami. Autorzy nie skupiają się już tak bardzo na podstawowej obsłudze własnych emocji czy tworzeniu intymności. Nie wyjaśniają (wręcz łopatologicznie), że aby wieść prawidłowe pożycie, warto zacząć od głowy, a nie od części intymnych. 

Ale na początek dostajemy bardzo mocną dawkę faktów, ciekawostek i problemów, co do których nie umiem ocenić, jak bardzo są powszechne. I mam tu problem jako kobieta i osoba spoza warszawskiej śmietanki towarzyskiej. 

 

Autorzy zaczynają od chemseksu - czyli wspomagania erekcji nie tylko preparatami ogólnodostępnymi w aptekach, ale też tymi mniej legalnymi. Bardzo poważnie podchodzą do konsekwencji, jakie może mieć dłuższe stosowanie tego typu wspomagaczy - i mowa tu zarówno o stanie zdrowia, jak i o relacjach z partnerami. 

Potem wskakujemy w temat swingowania i rozwodzimy się nad nim bardzo długo. Może żyję pod kamieniem, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tego typu rozrywki stanowią tak wielki odsetek problemów małżeńskich. 

Dostajemy wprawdzie też rzetelną rozmowę z urologiem, ale drugim biegunem narracji jest dla mnie etykieta wysyłania dick-picków. Jest tu też ważny rozdział o incelach (czyli mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet za to, że nie pozwalają się źle traktować i nie obniżają swoich standardów na poziom jądra ziemi, żeby chłopcy mogli się rozprawiczyć z hasłami Konfederacji na ustach). Ale też ważny rozdział o tym, co się wyprawia w polskim kościele i dlaczego brak pociągu do kobiet nie równa się powołaniu duchowemu (tak, tej ciemnej masie trzeba to wyjaśniać jak dzieciom). 

No i dostajemy też zgodnie z tytułem kilka wskazówek jak krok po kroku tego penisa prawidłowo obsłużyć. Czyli jak autorzy zaznaczają, jest to odzew na frustracje związane z brakiem takich instrukcji w pierwszej części. 

Książka nadal pisana jest lekko, czyta się ją szybko, tematy się nie powielają, ale czuję, że więcej na lekturze skorzystają mężczyźni uprawiający seks z mężczyznami (nie tylko homoseksualiści) i pary w otwartych związkach rządne przygód z nieznajomymi niż pary heteroseksualne. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.  

12:10:00

Anna Karenina

Anna Karenina

Kolejna klasyka zaliczona i to znów tytuł z listy BBC (klik!). Tutaj miałam jakiś niepohamowany głód i chociaż objętościowo książka wydaje się onieśmielająca, to przeczytałam ją błyskawicznie. No i jak ja lubię sięgać po takie stare wydania (tutaj z 1956) - wiem wtedy, że książka była czytana przez masę osób i że dołączam do grona moich dziadków i mamy, którzy też trzymali ją w rękach!

Tytuł: Anna Karenina
Tytuł oryginału: Anna Karenina

Autor: Lew Tołstoj
Tłumacz: Kazimiera Iłłakowiczówna

Rok:1875–1877 / 1956
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
ISBN: 83-05-11780-4

Historię kobiety upadłej, odrzuconej przez towarzystwo, targanej uczuciami, obawami i konwenansami wszyscy znamy. Anna - chociaż jest 8 lat w związku małżeńskim z Kareninem, z którym ma zresztą ukochanego synka - wdaje się romans z przystojnym Wrońskim - robiącym karierę wojskową bawidamkiem i lekkoduchem. 

I owszem, tak można skrócić całą fabułę. Ale jest to obraz uproszczony, wręcz ugrzeczniony i powielany w licznych adaptacjach filmowych, które cóż... wygląda na to, że za dużo z oryginału nie czerpały. 

 

Owszem, Anna wdaje się w romans - ale jakoś dziwnie łatwo przychodzi jej rozstanie z synem, którego na początku książki wręcz obsesyjnie wielbi. Jak na kobietę podziwianą i szanowaną, nawet powiedzmy to wprost, że nie zakochaną we własnym mężu, naprawdę błyskawicznie ulega Wrońskiemu. 

Na przestrzeni setek stron nie prezentuje się wcale jak kobieta upadła, ale raczej zepsuta i podła. Nic ją nie obchodzi socjeta, dopóki nie zaczyna dostrzegać, że wszyscy radzą sobie doskonale bez niej i pogardzają jej zachowaniem. Mimo że chorobliwie zazdrosna o Wrońskiego, sama z premedytacją flirtuje z innymi mężczyznami, do tego stopnia że z pełną świadomością chce rozkochać w sobie męża znajomej. I (spoiler? można tak zepsuć komuś klasykę?) nie rzuca się pod pociąg, bo zostaje wykluczona przez społeczeństwo, ale po to, żeby zrobić Wrońskiemu na złość.

A sam Wroński? Owszem, to amant, któremu nie zależy na ustatkowaniu się. Ale im dalej wdaje się w romans z Anną, im bardziej ich uczucie się rozwija, tym bardziej zależy mu na pewnych normach i standardach. Jest gotów wziąć z nią ślub, ale ona nie chce się rozwieźć. Rzuca karierę w wojsku i z sukcesem prowadzi posiadłość na wsi, żeby nie martwić się o to, że Anny nikt w mieście nie przyjmuje. Znosi jej napady zazdrości, złych humorów, dominacji i chorobliwego wręcz uczucia. Ale jest to bohater z krwi i kości, który musi czasem wyjść z domu, pełnić obowiązki zawodowe, odetchnąć! A po jej śmierci jest prawdziwie zdruzgotany!

Zatem jeśli chodzi o tę parę, to przeczytanie książki było dla mnie wywrotowe! To nie jest opowieść o wykorzystanej kobiecie, tylko o toksycznej relacji, niedojrzałości emocjonalnej i o dziwo! przemianie wewnętrznej Wrońskiego.

Ale wbrew pozorom to wcale nie jest najciekawszy wątek. Bałam się zabrać za Tołstoja, bo spodziewałam się tekstu ciężkiego i przegadanego. Ale autor z rozmachem zabiera się za omówienie ogromu zagadnień społecznych i politycznych - dla nas obecnie historycznych. Kwestia podziału dóbr, rozbieżności między arystokracją a chłopstwem, rozwoju Rosji w porównaniu z Europą, sama prezentacja stylu życia obywateli - to wszystko czytałam z zaciekawieniem!

Jak wspomniałam, postacie Anny i Wrońskiego wbrew tytułowi nie stanowią głównego wątku. Przyznaję, że mocno kibicowałam Lewinowi - chociaż palnął kilka głupot po drodze, mocno mnie zirytował i skupiał się na filozofowaniu wtedy, kiedy było to najmniej wskazane. Ale moja reakcja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że bohaterowie Tołstoja są do bólu ludzcy i dopracowani literacko w swoich niedoskonałościach: Obłoński jest błaznem, Kitty się ogarnia, Dolly sama nie wie, czego chce, a Karenin rzeczywiście, im dalej w las, tym bardziej jest odpychający!

Czy polecam? Z całego serca! Wiem, że to nie jest lektura dla każdego i na każde okoliczności. Ale naprawdę zmienia wyobrażenie o tytułowej bohaterce, wprowadza nas we wspaniały i miniony czas oraz w obszerny sposób przedstawia realia epoki, która dawno przeminęła. No złoto! 

Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger