17:41:00

Kto pisze naszą historię?

Kto pisze naszą historię?

Książka przeleżała nietknięta przez rok, bo rozmowa otwierająca całą dyskusję o historii była tak fatalna, że wręcz trzeba było się zmusić do dalszej lektury. A później, no cóż, wszystko zależy od rozmówcy!

Tytuł: Kto pisze naszą historię? Rozmowy polskie wiosną XXI wieku
Autor: Andrzej Nowak

Rok: 2024
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-8308-08503-5

Zawsze lubiłam historię jako przedmiot - anegdotyczność wydarzeń, ciągi przyczynowo-skutkowe, schematyczność niektórych decyzji i poznawanie przeszłości - z całym dziedzictwem kulturowym, społecznym i obyczajowym. Dlatego skusiłam się na ten tytuł, bo dobór osób, z którymi Nowak przeprowadził rozmowy jest na tyle szeroki, że perspektywy muszą się różnić. No i przede wszystkim, jak rozmawiać o historii poza podręcznikiem szkolnym? Jak potraktować tę naukę, która nie ma końca, rozwija się i powstaje na naszych oczach. Byłam zaintrygowana! 

Ale rozmowa z Ernestem Bryllem stanowiła tak ogromne zniechęcenie i niesmak, że zaczęłam się zastanawiać, czy warto brnąć dalej. Chociaż autor jest zachwycony rozmówcą, to trudno to nazwać dialogiem - to jakiś zlepek anegdot, które kotłują się w głowie człowieka z demencją. Nie przepraszam, że obrażam czyjś autorytet, każdy ma swoich bohaterów, ale nudne, niepowiązane lub z kolei przeintelektualizowane wypowiedzi sprawiły, że odłożyłam tę książkę na bardzo długo.

Kolejna próba sił z lekturą o niczym? Na szczęście drugi w kolejce był Jacek Dukaj - nie czytałam jego książek, ale z samej rozmowy z nim wynika, jaki to oczytany i inteligentny człowiek (mówię to szczerze, bez przekąsu!). Prawie od niechcenia dzieli się tym, jak zgłębiał filozofie i historie różnych cywilizacji, ale też widać, że trzyma rękę na pulsie jeśli chodzi o czasy współczesne. I chciałoby się go słychać dalej, gdyby nie to, że Nowak ma jakąś swoją agendę tej rozmowy i albo wtrąca się w pół zdania, albo próbuje być mądry na siłę (a za cholerę nie jest precyzyjny w tych swoich teoriach i to Dukaj musi wyjaśniać o co chodziło pytającemu). Szczytem impertynencji jest też to, że Nowak na siłę próbuje zmusić pisarza do autoanalizy, której ten otwarcie i wprost nie chce dokonywać, żeby nie powtarzać w swojej twórczości zidentyfikowanych schematów. Nie wiem, w jakiej atmosferze przebiegała rozmowa, ale Nowak wychodzi na frustrata, który jest zły, że rozmawia z mądrzejszym. 


 

Rozmowa z Ewą Domańską zaczęła się od uwielbienia nauczycieli i profesorów, którzy ukształtowali jej zapał i naukowe podejście. Ale co ciekawe, pojawia się tu fascynujący opis spotkania z Haydenem Whitem, który zaproponował, że zrobi jej - młodej doktorantce - kawę lub herbatę. W 1993 uderzyło ją to, że została potraktowana na równi z tak wybitnym umysłem, bo przecież kobiety, a zwłaszcza doktorantki są od parzenia kawy. Co ciekawe, niewiele się tu zmienia, bo sama pamiętam ze swojego doktoratu sytuację, gdy po zebraniu zakładu, w którym uczestniczyłam, podeszła do mnie jedna pani profesor ze słowami, że jak ona była na moim miejscu, to myła szklanki po takich spotkaniach, a nie zabierała na nich głos! Więc 30 lat później nadal mamy ten sam toksyczny problem w środowisku akademickim! 

Antoni Libera natomiast mówi o Becketcie takie rzeczy, których ja na studiach filologicznych nie słyszałam, ale jednocześnie wyznaje pogląd, że jak jesteśmy w UE, to jako państwo działamy pod dyktando Berlina. Wacław Holewiński natomiast dużo mówi o latach '70 i '80, ale w ogóle nie ma perspektywy na przyszłość. 

Adam Leszczyński daje się poznać jako kolejne wybitne dziecko, które nauczyło się czytać w wieku 4 lat i to na poczcie królów polskich (przewracam oczami tak mocno, że można to usłyszeć). Ale muszę przyznać, że świetnie się czyta o poglądach, które prezentuje. Nie skupia się na czynnikach zewnętrznych polskiej państwowości i ma dosyć narracji z perspektywy ofiary. Owszem, jako naród dostaliśmy w kość, ale nie szukajmy win tylko poza granicami. Nowak oczywiście widać, że jest fanem martyrologii narodu niezależnie od stulecia i próbuje forsować swoje poglądy. Ale Leszczyński dostaje kolejnego plusa za to, że otwarcie nie jest fanem tradycji insurekcyjnej, która nakazuje porywać się z szabelką na czołgi. Rzadko widzi się krytykę powstań, bo nie każdy historyk ma odwagę mówić o ogromie ofiar, które poległy za ideę, ale nie były w żaden sposób gotowe do konfliktu zbrojnego. N

Nowak oczywiście wchodzi w słowo jak pijany wujas na imprezie i pieprzy o tym, że daliśmy przykład Europie. U nas młodzież czy inteligencja ginęła wcale nie na marne. A Leszczyński podaje złoty przykład Czech, gdzie państwowość, gospodarka i społeczeństwo rozwijały się po cichu, nie przelewając bezmyślnie krwi w romantycznych zrywach. 

A jak Nowak się pluje, że ten nie mówi o wartości kultury (Mickiewicze, Sienkiewicze itd.), to Leszczyński sprawnie ripostuje, że może za dużo już o tym romantyzmie? Chłopa oczarowali, cudownie, poszedł ginąć, ale nikt mu już nie wytłumaczył różnic ekonomicznych, nie tłumaczył władzy, pieniędzy i zależności materialnych. Pomijając już, że wspomniani wielcy wieszcze (ale to już moja opinia) pierdolili swoje kocopoły w Paryżu lub sanatoriach w Montreux. Trylogia jest taka długa, bo Henio musiał z czegoś spłacać szwajcarskie spa dla żony!

Podchodzenie pospólstwa pod włos na zasadzie 'wszyscy jesteśmy Polakami, bo czytaliśmy Kordiana w szkole' działa zresztą nadal we współczesnej polityce - bo jak jesteśmy rodziną, to lepiej się nie wykłócać o swoje. No tutaj rozmowa złoto!

Kolejny na warsztat idzie Szczepan Twardoch - być może jeden z najbardziej kulturalnych rozmówców. Pisarz mówi o swoich korzeniach intrygujące rzeczy, które niewątpliwie rzucają światło dzienne na pewne negatywne komentarze dotyczące jego osoby. Ciekawie zauważa, że rycerz potrzebuje dezertera i na odwrót! To nieprzeintelektualizowana rozmowa, gdzie można swobodnie wrzucić rumuńskiego filozofa w rozmowę (Mircea Eliade), nie oczekując poklasku i nie chełpiąc się swoją zajebistością. 

Rozmowę z Małgorzatą Musierowicz charakteryzowało to uczucie, gdy nie spodziewasz się niczego, a i tak jesteś rozczarowany. Trochę wspomnień o Poznaniu '56 i rozwodzenia się nad tym, że jej ulubionymi książkami są najbardziej sztampowe lektury szkolne, jakie tylko można wygrzebać z kanonu. Jedyna słuszna refleksja, ale absolutnie nie własna, to taka, że współczesna młodzież ma mniejszy zakres słownictwa, bo więcej przebywa w świecie cyfrowym niż literackim. A na koniec dostajemy ślinienie pierścienia, czyli jak ważna była dla niej pielgrzymka papieża do Polski... Nie czytałam żadnej z jej książek, bo w domu nie były podsuwane, ale nie żałuję. Wisienką na torcie jest jeszcze wielkie zdziwienie, że jak masz podpisaną umowę z wydawnictwem, to nie możesz jej olać... ojej!). 

Jeśli chodzi o rozmowę z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, to jest to kolejna laurka Nowaka dla swojego PRL-owskiego idola, który uważa (cytując Słowackiego), że Polska jest "siostrą ukrzyżowanego". Czyli dostajemy kolejny skostniały bełkot o wielkości mitu Mickiewicza i Słowackiego oraz oburzenie, że współczesny czytelnik nie kupuje tego patosu i narodowowyzwoleńczego biadolenia, że nie każdy Polak czuje się Polakiem, a raczej że za mało go interesuje patetyczny, romantyczny patriotyzm. Ciekawe, że Rymkiewicz próbuje stwierdzić, że w sumie to nic go nie obchodzi, że nie robisz sobie dobrze do Pana Tadeusza lub że nie pląsasz sobie trzy razy w tygodniu do Chopina, ale na jednym oddechu wyzwie Cię od "głuchego kretyna" (cytat!), że jednak tak nie robisz. No piękny i tolerancyjny człowiek, pogrzebany żywcem we własnej manii i paranojach - Europa umiera, Rosja jest pusta kulturowo, niech żyje Polska - ale znów tylko ta opisywana z Paryża XIX w. 

Jeszcze na koniec słów uwielbienia kilka na temat promotorki i przyjaciółki Nowaka, która w sumie jest po prostu spisem bibliograficznym jej publikacji - czyli o Wiktorii Śliwowskiej w skrócie. Może to być cenny spis źródeł dla studentów rusycystyki lub miły gest dla najbliższych. 

Po skończonej lekturze mam wrażenie, że najciekawsze rozmowy to właśnie te, w których Nowak wychodził na sfrustrowanego impertynenta, który jak ten wspomniany wcześniej obleśny wujas na imprezie, opowiada te same anegdoty, czeka na reakcję i wychodzi z niego tak zwany "chuj Schrödingera" - w zależności od Twojej reakcji na obleśny żart okazuje się, czy powinien dostać w ryj, czy zasłużył na kolejnego kielona w ramach uznania. Nowak w ten sposób prowokuje wielu rozmówców teorią Francisa Fukuyamy o tym, że historia już się skończyła i sprawdza, jak bardzo zapalą się do jej obrony.

Powiem tak - przebrnęłam przez tę lekturę i robiłam notatki z każdej rozmowy trochę po to, żebyście Wy już nie musieli! Ale zwróćcie uwagę chociaż na niektóre nazwiska, bo mogą one być ciekawym odkryciem i pokusicie się, żeby zapoznać się z nimi bliżej. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.  

 

13:46:00

Montessori od narodzin

 Montessori od narodzin

Kilka lat temu dużo mówiło się o metodach wychowawczych Montessori. Wręcz na gwałt powstawały szkoły, publikowano poradniki, zakładano grupy internetowe dla rodziców, wychowawców i nauczycieli. I po trochu chyba wylano dziecko z kąpielą.

Tytuł: Montessori od narodzin
Tytuł oryginału: The Montessori Baby

Autor: Simone Davies, Junnifa Uzodike
Tłumacz: Ewa Pater-Podgórna

Rok: 2021 
Wydawnictwo: Bukowy Las
ISBN: 978-83-8074-367-0

Maria Montessori opracowała metodę, gdzie rodzice dają dziecku jak największą swobodę na rozwój. Po takim zdaniu wszyscy możemy odpowiedzieć, że przecież wręcz o to chodzi! Czasy, gdy uznawano, że dzieci i ryby głosu nie mają już się skończyły, a bycie rodzicem nie oznacza terroru i zamordyzmu. 

Tylko że w obecnych czasach większość jej teorii sprowadza się do komentarza, że to po prostu zdrowy rozsądek i może nie ma co udziwniać niektórych spraw na siłę.

 

Jak wspomniałam wcześniej, metoda Montessori stała się bardzo popularna w przedszkolach i szkołach, ale niektórzy rodzice i pedagodzy czuli potrzebę wprowadzenia jej zdecydowanie wcześniej. Stąd też pomysł na recenzowaną książkę, która podpowiada, jak traktować dziecko ze swobodą i szacunkiem już od pierwszych chwil po porodzie i we własnym domu. 

Podczas lektury skrupulatnie wypisywałam racjonalne podpowiedzi, jak i absolutne brednie, które w moim przekonaniu nie mają racji bytu i zaczynają graniczyć z absurdem. Ale od plusów zacznijmy!

Według szkoły Montessori:

  • rodzice powinni obserwować dziecko i jego potrzeby (na tyle, na ile noworodek czy niemowlak umie je komunikować - nawet płaczem);
  • najbliżsi nie powinni mówić do dziecka piskami, infantylnym lub wręcz wymyślonym językiem - dziecko uczy się przez powtarzanie, więc od początku powinniśmy zwracać się do niego pięknym i poprawnym językiem;
  • dziecko powinno dorastać w 'odgraconym' otoczeniu - im mniej, tym lepiej;
  • rodzic powinien wspierać naturalny rozwój samodzielności dziecka (pozwalać np. wybierać zabawki, którymi maluch chce się bawić);
  • zabawki powinny być proste - kreatywność nie wymaga ton plastiku i głośnych, wrzaskliwych melodyjek;
  • nie tresujemy dziecka i traktujemy je z szacunkiem - czyli w końcu odchodzimy od znienawidzonych poleceń w stylu "daj cioci całusa", "pokaż babci, jak klaszczesz", "uśmiechnij się do pana" - dziecko może o sobie decydować, nie jest małpą w cyrku, może odmawiać, a pochwali się nową umiejętnością, gdy będzie na to gotowe! 

Ale według szkoły Montessori również:

  • powinniśmy noworodka/niemowlaka poprosić o zgodę na zmianę pieluszki lub wzięcie na ręce (tak, nawet przez lekarza na porodówce) - rozumiem traktować dziecko z szacunkiem, ale to trąca tym samym absurdem co fryzjer, który pyta, czy może dotknąć włosów klienta;
  • nadal promuje się konserwatywne podejście, gdzie opiekunką jest tylko matka - wprawdzie autorki próbują odejść od tej narracji, ale idzie im to średnio. Osobiście nie znoszę podejścia, że ojciec pomaga przy dziecku - nie! Nie "pomaga", tylko zajmuje się i wychowuje własne dziecko. Pomóc to może przy odkręcaniu słoika, jak ktoś inny gotuje obiad. Jak słyszę te piski zachwytu, że ojciec zostaje sam z własnym dzieckiem na godzinę, to mam ochotę użyć przemocy! I to w stosunku do kobiet!
  • cała przestrzeń w domu powinna być dostosowana do noworodka - nocnik wstawić już po kilku tygodniach do łazienki, stolik przy którym ma jadać zamiast przy krzesełku ustawić jeszcze zanim zacznie raczkować, materac na podłodze zamiast łóżeczka. Pozdro dla rodziców i ich kręgosłupów, gdy kilkanaście razy dziennie mają podnosić dziecko z podłogi. Pomijając sam przykład z książki, gdzie jak dziecko spadnie z materaca i zmarznie, to nic, tak ma być. A! I sztućce mamy przenieść do najniższej szuflady w kuchni, żeby brzdąc miał zabawę. No łaskawie pozwolą noże trzymać wyżej. Ale widelcem niech już się dziabnie w oko! Brak autorytarnej kontroli coś za bardzo mi tu ociera się o zwykły brak opieki.

Plusy brzmią dla mnie po prostu jak zdrowy rozsądek i bycie świadomym, nietoksycznym rodzicem. Wynotowane minusy tego podejścia wskazują mi na skrajność, która sprowadza rodzica do biernego obserwatora, a nie wychowawcy. Wolność i swoboda to jedno, ale uczenie i troska nie muszą być tak radykalnie wykreślane z rodzicielstwa. 

Wiadomo, trendy (nawet w wychowywaniu dzieci) się zmieniają. Montessori na pewno była odzewem na zbyt kontrolujące nawyki pozbawione szacunku do małego człowieka. Ale zbyt szybko stała się synonimem bezstresowego wychowania, które bardzo często właśnie wygląda jak brak kontroli rodzicielskiej i pozwalanie dziecku na wszystko (łącznie z biciem rodzica czy darciem się jak nieboskie stworzenie w miejscach publicznych). 

Wychodzę z założenia, że Twoje dziecko, jest Twoim problemem i odpowiedzialnością. Więc takie swobodne puszczenie go samopas i niereagowanie na zachowania złe i szkodliwe (dla niego i otoczenia) to przejaw zwykłej nieodpowiedzialności i niedojrzałości rodziców, a nie innowacyjnej metody wychowawczej. Ale cóż... czekam na lincz w komentarzach, bo to temat bardzo kontrowersyjny. Ale przy okazji daję znać, że kontynuacji tej książki (czyli Montessori w twoim domu) nawet nie mam zamiaru przekartkować. 😆 

15:29:00

Moby Dick

Moby Dick

Oj, ciągnie w tym roku do klasyki! W tamtym roku zaniedbałam trochę moją listę 100 tytułów BBC, ale nadrabiam jak mogę. Nawet tytuły, po które obawiałam się sięgnąć. 

Tytuł: Moby Dick
Tytuł oryginału: Moby Dick; The Whale

Autor: Herman Melville 
Rok: 1851
Wydawnictwo: Aleksandria
Format: audiobook

Klasyka literatury amerykańskiej, o której słyszeli wszyscy i doprawdy, chyba trudno powiedzieć o tej książce coś nowego. Choć narracja jest prowadzona przez Izmaela, który postanawia przez ciekawość wyruszyć na wyprawę wielorybniczą, to tak naprawdę kapitan Ahab najbardziej przyciąga uwagę czytelnika. Tajemniczy, na wpół obłąkany dowódca szybko pokazuje, że głównym celem jego podróży jest chęć zemsty na tytułowym białym kaszalocie, który go okaleczył. 

 

Moby Dick, choć dość upiorny postrach mórz i nieuchwytny stwór, to nie tylko zwierzę, ale przede wszystkim ucieleśnienie pogoni za przeznaczeniem, personifikacja zemsty, a także odniesienie do Biblii. Chociaż powieść może się wydawać po prostu przyrodniczą przygodą, dokładnie opisującą polowania na wieloryby i dość pokaźną wiedzę na ich temat, to znajdziemy w tekście wiele filozoficznych dywagacji o ludzkiej kondycji. 

Bohaterowie przedstawiają różne charaktery i doświadczenia, mają różne priorytety i manieryzmy. I choć większość akcji dzieje się na jednym statku, nie czujemy się przygnębieni monotonią i ograniczoną konstrukcją fabuły - pomiędzy szaleńczymi akcjami harpunników dostajemy też głęboką warstwę psychologiczną. 

Obawiałam się, że książka będzie męcząca w odbiorze, o monotonnej akcji i sztampowym opisie rozwoju szaleństwa. A słuchało się jej bardzo dobrze - na tyle dobrze, że nagłe (choć nie zaskakujące zakończenie) aż wydało mi się za krótkie. 

Jeśli się wahacie, to nie ma się co bać tej lektury. A co klasyka, to klasyka! 

 

 

21:57:00

Zaufanie

Zaufanie

Tak jak pisałam na Instagramie - książkę wybraliśmy dla mamy na święta i okazała się prezentem trafionym. A że sama byłam ciekawa fabuły... 

Tytuł: Zaufanie
Tytuł oryginału: Trust

Autor: Hernan Diaz
Tłumacz: Agnieszka Walulik

Rok: 2022 / 2025
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-8425-752-4 

Lata 20' ubiegłego wieku wszystkim kojarzą się z Wielkim Gatsby'm i czarnym czwartkiem 1929, prohibicją, flapperkami, jazzem i tymi pięknymi kieliszkami do szampana, którymi Leonardo wznosi w naszym kierunku toast. Diaz nie wpada w pułapkę skojarzeń i tworzy powieść oryginalną a jednocześnie świetnie wpisaną w wybrany okres. 

 

Cztery różne perspektywy, wszystkie skupiają się na tym samym wpływowym małżeństwie, ale to czytelnik musi rozszyfrować, która opowieść jest najbliżej prawdy. Na samym początku dostajemy powieść w powieści - pisaną surowym, ale dziwnie skondensowanym językiem. Fikcyjny finansista odludek spotyka niezwykle inteligentną i dużo młodszą od siebie kobietę. Ich nietuzinkowy związek, opierający się na szacunku własnej wolności i swobody, staje się pożywką dla socjety i dziennikarzy. 

Druga część to szkice prawdziwego (w książce) finansisty, który ma na celu odeprzeć kalumnie i narrację pierwszej części. Widać, że historia dotyczy tej samej pary, ale jest pełna luk, notatek do uzupełnienia, niepowiązanych myśli lub szkiców poszczególnych rozdziałów. 

Trzecia część to opowieść młodej dziewczyny o włoskich korzeniach, której ojciec anarchista i chłopak cwaniak nie mogą znieść myśli o jej emancypacji. Gdy Ida szuka pracy na Wall Street raczej aspiruje do roli podrzędnej sekretarki. Nigdy nie przychodzi jej do głowy, że będzie pracować dla największego finansisty tamtych czasów i pomagać mu w pisaniu autobiografii, która ma przedstawić jego żonę w jak najlepszym świetle. 

A czwarta część to dziennik samej żony. Tutaj nie zdradzę Wam już żadnych szczegółów, ale jest to wspaniałe uzupełnienie wcześniejszych punktów widzenia, gdzie fikcja mierzy się z fikcją!

Autor rewelacyjnie żongluje stylami. Jedna część jest pozbawiona dialogów i pełna finansowych niuansów, podczas gdy w drugiej rozmowy występują naturalnie i nie głowimy się nad giełdowymi transakcjami. Raz pisze chaotycznie, wręcz bez kontekstu, a raz prowadzi metodyczne notatki, które wskazują na zupełnie inny rodzaj bohatera. 

No i samo tytułowe Zaufanie możemy różnorako interpretować - tyle razy jest nadszarpnięte pomiędzy postaciami, ale przede wszystkim to czytelnik nie wie, komu uwierzyć! Kto jest tym wiarygodnym narratorem, ile prawdy jest w każdej z opowieści? Cudowna rozgrywka, która czyni lekturę tak bogatym doświadczeniem! 

Bardzo się cieszę, że takie powieści cały czas powstają - złożone, bogate, zmuszające do myślenia, podważające sympatie czytelnika i bawiące się stylem literackim. Przypominające nam o istnieniu postmodernizmu, nakazujące wątpić we wszystko, o czym czytamy, bawiące się formą i konstrukcją. I podwójnie cieszy, gdy właśnie takie tytuły dostają Pulitzera! 

Polecam bardzo! 

12:13:00

Sztuka obsługi penisa 2. Nowe wyzwania

Sztuka obsługi penisa 2. Nowe wyzwania

Przyszedł czas na drugi tom! Jeśli pamiętacie recenzję pierwszej części (klik!), to wiecie, że byłam pozytywnie zaskoczona - zarówno podejściem autorów, jak i lekkością potraktowania ważnego tematu. Sięgając po poniższy tytuł spodziewałam się czegoś podobnego, ale...

Tytuł: Sztuka obsługi penisa 2. Nowe wyzwania
Autor: Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski 

Rok: 2024 / 2025
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08666-7

Jak sugeruje podtytuł, rzeczywiście mamy tu do czynienia z nowymi wyzwaniami. Autorzy nie skupiają się już tak bardzo na podstawowej obsłudze własnych emocji czy tworzeniu intymności. Nie wyjaśniają (wręcz łopatologicznie), że aby wieść prawidłowe pożycie, warto zacząć od głowy, a nie od części intymnych. 

Ale na początek dostajemy bardzo mocną dawkę faktów, ciekawostek i problemów, co do których nie umiem ocenić, jak bardzo są powszechne. I mam tu problem jako kobieta i osoba spoza warszawskiej śmietanki towarzyskiej. 

 

Autorzy zaczynają od chemseksu - czyli wspomagania erekcji nie tylko preparatami ogólnodostępnymi w aptekach, ale też tymi mniej legalnymi. Bardzo poważnie podchodzą do konsekwencji, jakie może mieć dłuższe stosowanie tego typu wspomagaczy - i mowa tu zarówno o stanie zdrowia, jak i o relacjach z partnerami. 

Potem wskakujemy w temat swingowania i rozwodzimy się nad nim bardzo długo. Może żyję pod kamieniem, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tego typu rozrywki stanowią tak wielki odsetek problemów małżeńskich. 

Dostajemy wprawdzie też rzetelną rozmowę z urologiem, ale drugim biegunem narracji jest dla mnie etykieta wysyłania dick-picków. Jest tu też ważny rozdział o incelach (czyli mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet za to, że nie pozwalają się źle traktować i nie obniżają swoich standardów na poziom jądra ziemi, żeby chłopcy mogli się rozprawiczyć z hasłami Konfederacji na ustach). Ale też ważny rozdział o tym, co się wyprawia w polskim kościele i dlaczego brak pociągu do kobiet nie równa się powołaniu duchowemu (tak, tej ciemnej masie trzeba to wyjaśniać jak dzieciom). 

No i dostajemy też zgodnie z tytułem kilka wskazówek jak krok po kroku tego penisa prawidłowo obsłużyć. Czyli jak autorzy zaznaczają, jest to odzew na frustracje związane z brakiem takich instrukcji w pierwszej części. 

Książka nadal pisana jest lekko, czyta się ją szybko, tematy się nie powielają, ale czuję, że więcej na lekturze skorzystają mężczyźni uprawiający seks z mężczyznami (nie tylko homoseksualiści) i pary w otwartych związkach rządne przygód z nieznajomymi niż pary heteroseksualne. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.  

Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger