18:14:00

Zaklęta w łabędzia

Zaklęta w łabędzia

Ja naprawdę chciałam, żeby to było dobre! Chciałam intrygującej fantastyki wrzuconej w szalone lata '20, inspirację baśniami i romans, który chwyta za serce. A dostałam tylko ładną okładkę...

Tytuł: Zaklęta w łabędzia
Tytuł oryginału: Upon a Frosted Star

Autor: M.A. Kuzniar
Tłumacz: Izabela Matuszewska

Rok: 2023/2024
Wydawnictwo: Albatros 
ISBN: 978-83-8361-280-5

Forster jest odrzuconym przez rodzinę malarzem. Ledwo wiąże koniec z końcem, ale dzięki wsparciu przyjaciół jest w stanie funkcjonować w tętniącym życiem Londynie. I choć jak pomyślimy o wrzasku wspaniałych lat '20, to przenosimy się do Stanów Zjednoczonych, to nie zapominajmy, że na całym świecie lał się szampan, a wystawne przyjęcia przechodziły do historii. 


 

Jednym z takich przyjęć jest też doroczny tematyczny bal w posiadłości poza miastem - wydarzenie o tyle tajemnicze, że organizowane jest wraz z pierwszym śniegiem, a zaproszenia pojawiają się w przedziwnych formach na mieście. Forster, będąc na jednym z takich przyjęć, zostaje oszołomiony przez wybitną baletnicę, która daje tam występ. Nieznajoma dziewczyna szybko staje się jego muzą, a cały kolejny rok upływa mu na twórczej pracy i wyczekiwaniu następnej zimy. 

Odetta, bo tak dziewczyna ma na imię, okazuje się być organizatorką tych wystawnych bali. Jednak tylko biedny malarz odkrywa jej tajemnicę - dziewczyna przybiera postać człowieka tylko wtedy, gdy na ziemi utrzymuje się śnieg. Wraz z nadejściem wiosny, a raczej ze zmianą pogody (nie oszukujmy się, śnieg w okolicach Londynu nie utrzymuje się długo) dziewczyna zamienia się w łabędzia.  

Chciałabym napisać, że wzajemna fascynacja tej pary narasta z czasem, ale ona po prostu od razu się pojawia i nie czujemy ani głębi, ani dramatu ich położenia. Forster oczywiście stara się robić wszystko, żeby klątwę zdjąć, Odetta nie pozwala mu się w sobie zakochać, jest czarnoksiężnik, jest motyw Jeziora łabędzi i to wszystko jakoś tak pozlepiane bez ładu i składu. 

Motyw katastrofy Titanica został wprowadzony tylko po to, żeby uśmiercić zbędnych bohaterów, do powieści gotyckiej tego w ogóle nie da się przyrównać, klimat z Wielkiego Gatsby'ego ściągnięty do tego stopnia, że nawet auta mają te same kolory, a chemii między bohaterami nie czułam w ogóle. 

Nie jest to "piękna i kunsztownie utkana baśń", jak sugeruje okładka, tylko zlepek motywów, które akurat wpadły autorce do głowy. Plusem jest to, że czyta się szybko (bo w sumie nie ma o czym), więc można łatwo przez tę książkę przebrnąć. 

Nie polecam, ale jeśli już koniecznie chcecie, to poszukajcie jej w bibliotece, a nie inwestujcie w książkę tylko dlatego, że to seria butikowa.

12:34:00

Znaki. Spójrz w gwiazdy, odkryj siebie

Znaki. Spójrz w gwiazdy, odkryj siebie

Czy jestem zodiakarą? No jestem! Lubię od czasu do czasu przeczytać horoskop, ale nie determinuje on mojego zachowania w danym miesiącu. Czy zwracam uwagę, jakim znakiem zodiaku jest dana osoba? Tak, ale nie opieram na tym swojej relacji czy znajomości. Jednak wierzę, że astrologii jest ziarno prawdy!

Tytuł: Znaki. Spójrz w gwiazdy, odkryj siebie
Tytuł oryginału: The Signs: Decode the Stars, Reframe Your Life

Autor: Carolyne Faulkner
Tłumacz: Joanna Dziubińska

Rok: 2017 / 2018
Wydawnictwo: Między Słowami
ISBN: 978-83-240-4782-6 

Astrologia dynamiczna zaczyna się od kilku danych - daty, godziny i miejsca urodzenia. To nie tylko określenie, który z dwunastu znaków zodiaków został nam przypisany, ale bardziej szczegółowe zgłębienie tego, jak inne znaki wpływają na nasze życie. 


 

Pomagając sobie stroną autorki (ale takich narzędzi do tworzenia wykresów astrologicznych znajdziecie w internecie mnóstwo) możecie określić, w jakim znaku były poszczególne planety i gwiazdy, gdy przyszliście na świat. Taki kosmogram następnie należy rozszyfrować, analizując cechy szczególne tych znaków oraz to, jakie cechy już w sobie odnajdujemy. 

Książka w przystępny sposób wyjaśnia, jak zacząć posługiwać się swoim kosmogramem, jaki wpływ na nasze cechy mają poszczególne planety i gwiazdy, znaki zodiaku, a także tak zwane domy, w których się na tym wykresie znajdują. 

Jednak książka nie zakłada, że będąc lwem czy wodnikiem, od razu będziemy mieć cały zestaw tych cech! Autorka zwraca uwagę na cechy korzystne i niekorzystne każdego zodiaku i tylko od naszej refleksji zależy, które z nich dostrzeżemy u siebie (oraz nad którymi wypadałoby popracować, jeśli lepiej odnajdujemy się w tych negatywnych). W ogólnym pojęciu wyjaśnia też, jak powinniśmy dbać o zdrowie, nasze relacje i kariery, ponieważ każdy znak, dzięki szczególnym predyspozycjom, może przejawiać pewne zbiorowe zachowania. 

Oczywiście książkę przeczytałam od deski do deski, robiąc notatki i analizując dogłębnie swój kosmogram. Nawet udało mi się przeczytać cały opis skorpiona mojemu Sebastianowi, chociaż on akurat bardzo sceptycznie podszedł do mojej ekscytacji 😀

Jestem pozytywnie zaskoczona, że nie jest to książka, która robi wodę z mózgu, a raczej przyzwoite wprowadzenie do interpretacji i refleksji. Świetnie bawiłam się podczas lektury, gdzie mogłam jak detektyw analizować swój znak zodiaku i znalazłam (aż za) dużo trafnych opisów! 

 Jeśli zatem ciekawi Was temat astrologii, horoskopów, planet i zodiaków, będzie to świetna lektura! 

17:41:00

Kto pisze naszą historię?

Kto pisze naszą historię?

Książka przeleżała nietknięta przez rok, bo rozmowa otwierająca całą dyskusję o historii była tak fatalna, że wręcz trzeba było się zmusić do dalszej lektury. A później, no cóż, wszystko zależy od rozmówcy!

Tytuł: Kto pisze naszą historię? Rozmowy polskie wiosną XXI wieku
Autor: Andrzej Nowak

Rok: 2024
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-8308-08503-5

Zawsze lubiłam historię jako przedmiot - anegdotyczność wydarzeń, ciągi przyczynowo-skutkowe, schematyczność niektórych decyzji i poznawanie przeszłości - z całym dziedzictwem kulturowym, społecznym i obyczajowym. Dlatego skusiłam się na ten tytuł, bo dobór osób, z którymi Nowak przeprowadził rozmowy jest na tyle szeroki, że perspektywy muszą się różnić. No i przede wszystkim, jak rozmawiać o historii poza podręcznikiem szkolnym? Jak potraktować tę naukę, która nie ma końca, rozwija się i powstaje na naszych oczach. Byłam zaintrygowana! 

Ale rozmowa z Ernestem Bryllem stanowiła tak ogromne zniechęcenie i niesmak, że zaczęłam się zastanawiać, czy warto brnąć dalej. Chociaż autor jest zachwycony rozmówcą, to trudno to nazwać dialogiem - to jakiś zlepek anegdot, które kotłują się w głowie człowieka z demencją. Nie przepraszam, że obrażam czyjś autorytet, każdy ma swoich bohaterów, ale nudne, niepowiązane lub z kolei przeintelektualizowane wypowiedzi sprawiły, że odłożyłam tę książkę na bardzo długo.

Kolejna próba sił z lekturą o niczym? Na szczęście drugi w kolejce był Jacek Dukaj - nie czytałam jego książek, ale z samej rozmowy z nim wynika, jaki to oczytany i inteligentny człowiek (mówię to szczerze, bez przekąsu!). Prawie od niechcenia dzieli się tym, jak zgłębiał filozofie i historie różnych cywilizacji, ale też widać, że trzyma rękę na pulsie jeśli chodzi o czasy współczesne. I chciałoby się go słychać dalej, gdyby nie to, że Nowak ma jakąś swoją agendę tej rozmowy i albo wtrąca się w pół zdania, albo próbuje być mądry na siłę (a za cholerę nie jest precyzyjny w tych swoich teoriach i to Dukaj musi wyjaśniać o co chodziło pytającemu). Szczytem impertynencji jest też to, że Nowak na siłę próbuje zmusić pisarza do autoanalizy, której ten otwarcie i wprost nie chce dokonywać, żeby nie powtarzać w swojej twórczości zidentyfikowanych schematów. Nie wiem, w jakiej atmosferze przebiegała rozmowa, ale Nowak wychodzi na frustrata, który jest zły, że rozmawia z mądrzejszym. 


 

Rozmowa z Ewą Domańską zaczęła się od uwielbienia nauczycieli i profesorów, którzy ukształtowali jej zapał i naukowe podejście. Ale co ciekawe, pojawia się tu fascynujący opis spotkania z Haydenem Whitem, który zaproponował, że zrobi jej - młodej doktorantce - kawę lub herbatę. W 1993 uderzyło ją to, że została potraktowana na równi z tak wybitnym umysłem, bo przecież kobiety, a zwłaszcza doktorantki są od parzenia kawy. Co ciekawe, niewiele się tu zmienia, bo sama pamiętam ze swojego doktoratu sytuację, gdy po zebraniu zakładu, w którym uczestniczyłam, podeszła do mnie jedna pani profesor ze słowami, że jak ona była na moim miejscu, to myła szklanki po takich spotkaniach, a nie zabierała na nich głos! Więc 30 lat później nadal mamy ten sam toksyczny problem w środowisku akademickim! 

Antoni Libera natomiast mówi o Becketcie takie rzeczy, których ja na studiach filologicznych nie słyszałam, ale jednocześnie wyznaje pogląd, że jak jesteśmy w UE, to jako państwo działamy pod dyktando Berlina. Wacław Holewiński natomiast dużo mówi o latach '70 i '80, ale w ogóle nie ma perspektywy na przyszłość. 

Adam Leszczyński daje się poznać jako kolejne wybitne dziecko, które nauczyło się czytać w wieku 4 lat i to na poczcie królów polskich (przewracam oczami tak mocno, że można to usłyszeć). Ale muszę przyznać, że świetnie się czyta o poglądach, które prezentuje. Nie skupia się na czynnikach zewnętrznych polskiej państwowości i ma dosyć narracji z perspektywy ofiary. Owszem, jako naród dostaliśmy w kość, ale nie szukajmy win tylko poza granicami. Nowak oczywiście widać, że jest fanem martyrologii narodu niezależnie od stulecia i próbuje forsować swoje poglądy. Ale Leszczyński dostaje kolejnego plusa za to, że otwarcie nie jest fanem tradycji insurekcyjnej, która nakazuje porywać się z szabelką na czołgi. Rzadko widzi się krytykę powstań, bo nie każdy historyk ma odwagę mówić o ogromie ofiar, które poległy za ideę, ale nie były w żaden sposób gotowe do konfliktu zbrojnego. N

Nowak oczywiście wchodzi w słowo jak pijany wujas na imprezie i pieprzy o tym, że daliśmy przykład Europie. U nas młodzież czy inteligencja ginęła wcale nie na marne. A Leszczyński podaje złoty przykład Czech, gdzie państwowość, gospodarka i społeczeństwo rozwijały się po cichu, nie przelewając bezmyślnie krwi w romantycznych zrywach. 

A jak Nowak się pluje, że ten nie mówi o wartości kultury (Mickiewicze, Sienkiewicze itd.), to Leszczyński sprawnie ripostuje, że może za dużo już o tym romantyzmie? Chłopa oczarowali, cudownie, poszedł ginąć, ale nikt mu już nie wytłumaczył różnic ekonomicznych, nie tłumaczył władzy, pieniędzy i zależności materialnych. Pomijając już, że wspomniani wielcy wieszcze (ale to już moja opinia) pierdolili swoje kocopoły w Paryżu lub sanatoriach w Montreux. Trylogia jest taka długa, bo Henio musiał z czegoś spłacać szwajcarskie spa dla żony!

Podchodzenie pospólstwa pod włos na zasadzie 'wszyscy jesteśmy Polakami, bo czytaliśmy Kordiana w szkole' działa zresztą nadal we współczesnej polityce - bo jak jesteśmy rodziną, to lepiej się nie wykłócać o swoje. No tutaj rozmowa złoto!

Kolejny na warsztat idzie Szczepan Twardoch - być może jeden z najbardziej kulturalnych rozmówców. Pisarz mówi o swoich korzeniach intrygujące rzeczy, które niewątpliwie rzucają światło dzienne na pewne negatywne komentarze dotyczące jego osoby. Ciekawie zauważa, że rycerz potrzebuje dezertera i na odwrót! To nieprzeintelektualizowana rozmowa, gdzie można swobodnie wrzucić rumuńskiego filozofa w rozmowę (Mircea Eliade), nie oczekując poklasku i nie chełpiąc się swoją zajebistością. 

Rozmowę z Małgorzatą Musierowicz charakteryzowało to uczucie, gdy nie spodziewasz się niczego, a i tak jesteś rozczarowany. Trochę wspomnień o Poznaniu '56 i rozwodzenia się nad tym, że jej ulubionymi książkami są najbardziej sztampowe lektury szkolne, jakie tylko można wygrzebać z kanonu. Jedyna słuszna refleksja, ale absolutnie nie własna, to taka, że współczesna młodzież ma mniejszy zakres słownictwa, bo więcej przebywa w świecie cyfrowym niż literackim. A na koniec dostajemy ślinienie pierścienia, czyli jak ważna była dla niej pielgrzymka papieża do Polski... Nie czytałam żadnej z jej książek, bo w domu nie były podsuwane, ale nie żałuję. Wisienką na torcie jest jeszcze wielkie zdziwienie, że jak masz podpisaną umowę z wydawnictwem, to nie możesz jej olać... ojej!). 

Jeśli chodzi o rozmowę z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, to jest to kolejna laurka Nowaka dla swojego PRL-owskiego idola, który uważa (cytując Słowackiego), że Polska jest "siostrą ukrzyżowanego". Czyli dostajemy kolejny skostniały bełkot o wielkości mitu Mickiewicza i Słowackiego oraz oburzenie, że współczesny czytelnik nie kupuje tego patosu i narodowowyzwoleńczego biadolenia, że nie każdy Polak czuje się Polakiem, a raczej że za mało go interesuje patetyczny, romantyczny patriotyzm. Ciekawe, że Rymkiewicz próbuje stwierdzić, że w sumie to nic go nie obchodzi, że nie robisz sobie dobrze do Pana Tadeusza lub że nie pląsasz sobie trzy razy w tygodniu do Chopina, ale na jednym oddechu wyzwie Cię od "głuchego kretyna" (cytat!), że jednak tak nie robisz. No piękny i tolerancyjny człowiek, pogrzebany żywcem we własnej manii i paranojach - Europa umiera, Rosja jest pusta kulturowo, niech żyje Polska - ale znów tylko ta opisywana z Paryża XIX w. 

Jeszcze na koniec słów uwielbienia kilka na temat promotorki i przyjaciółki Nowaka, która w sumie jest po prostu spisem bibliograficznym jej publikacji - czyli o Wiktorii Śliwowskiej w skrócie. Może to być cenny spis źródeł dla studentów rusycystyki lub miły gest dla najbliższych. 

Po skończonej lekturze mam wrażenie, że najciekawsze rozmowy to właśnie te, w których Nowak wychodził na sfrustrowanego impertynenta, który jak ten wspomniany wcześniej obleśny wujas na imprezie, opowiada te same anegdoty, czeka na reakcję i wychodzi z niego tak zwany "chuj Schrödingera" - w zależności od Twojej reakcji na obleśny żart okazuje się, czy powinien dostać w ryj, czy zasłużył na kolejnego kielona w ramach uznania. Nowak w ten sposób prowokuje wielu rozmówców teorią Francisa Fukuyamy o tym, że historia już się skończyła i sprawdza, jak bardzo zapalą się do jej obrony.

Powiem tak - przebrnęłam przez tę lekturę i robiłam notatki z każdej rozmowy trochę po to, żebyście Wy już nie musieli! Ale zwróćcie uwagę chociaż na niektóre nazwiska, bo mogą one być ciekawym odkryciem i pokusicie się, żeby zapoznać się z nimi bliżej. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.  

 

13:46:00

Montessori od narodzin

 Montessori od narodzin

Kilka lat temu dużo mówiło się o metodach wychowawczych Montessori. Wręcz na gwałt powstawały szkoły, publikowano poradniki, zakładano grupy internetowe dla rodziców, wychowawców i nauczycieli. I po trochu chyba wylano dziecko z kąpielą.

Tytuł: Montessori od narodzin
Tytuł oryginału: The Montessori Baby

Autor: Simone Davies, Junnifa Uzodike
Tłumacz: Ewa Pater-Podgórna

Rok: 2021 
Wydawnictwo: Bukowy Las
ISBN: 978-83-8074-367-0

Maria Montessori opracowała metodę, gdzie rodzice dają dziecku jak największą swobodę na rozwój. Po takim zdaniu wszyscy możemy odpowiedzieć, że przecież wręcz o to chodzi! Czasy, gdy uznawano, że dzieci i ryby głosu nie mają już się skończyły, a bycie rodzicem nie oznacza terroru i zamordyzmu. 

Tylko że w obecnych czasach większość jej teorii sprowadza się do komentarza, że to po prostu zdrowy rozsądek i może nie ma co udziwniać niektórych spraw na siłę.

 

Jak wspomniałam wcześniej, metoda Montessori stała się bardzo popularna w przedszkolach i szkołach, ale niektórzy rodzice i pedagodzy czuli potrzebę wprowadzenia jej zdecydowanie wcześniej. Stąd też pomysł na recenzowaną książkę, która podpowiada, jak traktować dziecko ze swobodą i szacunkiem już od pierwszych chwil po porodzie i we własnym domu. 

Podczas lektury skrupulatnie wypisywałam racjonalne podpowiedzi, jak i absolutne brednie, które w moim przekonaniu nie mają racji bytu i zaczynają graniczyć z absurdem. Ale od plusów zacznijmy!

Według szkoły Montessori:

  • rodzice powinni obserwować dziecko i jego potrzeby (na tyle, na ile noworodek czy niemowlak umie je komunikować - nawet płaczem);
  • najbliżsi nie powinni mówić do dziecka piskami, infantylnym lub wręcz wymyślonym językiem - dziecko uczy się przez powtarzanie, więc od początku powinniśmy zwracać się do niego pięknym i poprawnym językiem;
  • dziecko powinno dorastać w 'odgraconym' otoczeniu - im mniej, tym lepiej;
  • rodzic powinien wspierać naturalny rozwój samodzielności dziecka (pozwalać np. wybierać zabawki, którymi maluch chce się bawić);
  • zabawki powinny być proste - kreatywność nie wymaga ton plastiku i głośnych, wrzaskliwych melodyjek;
  • nie tresujemy dziecka i traktujemy je z szacunkiem - czyli w końcu odchodzimy od znienawidzonych poleceń w stylu "daj cioci całusa", "pokaż babci, jak klaszczesz", "uśmiechnij się do pana" - dziecko może o sobie decydować, nie jest małpą w cyrku, może odmawiać, a pochwali się nową umiejętnością, gdy będzie na to gotowe! 

Ale według szkoły Montessori również:

  • powinniśmy noworodka/niemowlaka poprosić o zgodę na zmianę pieluszki lub wzięcie na ręce (tak, nawet przez lekarza na porodówce) - rozumiem traktować dziecko z szacunkiem, ale to trąca tym samym absurdem co fryzjer, który pyta, czy może dotknąć włosów klienta;
  • nadal promuje się konserwatywne podejście, gdzie opiekunką jest tylko matka - wprawdzie autorki próbują odejść od tej narracji, ale idzie im to średnio. Osobiście nie znoszę podejścia, że ojciec pomaga przy dziecku - nie! Nie "pomaga", tylko zajmuje się i wychowuje własne dziecko. Pomóc to może przy odkręcaniu słoika, jak ktoś inny gotuje obiad. Jak słyszę te piski zachwytu, że ojciec zostaje sam z własnym dzieckiem na godzinę, to mam ochotę użyć przemocy! I to w stosunku do kobiet!
  • cała przestrzeń w domu powinna być dostosowana do noworodka - nocnik wstawić już po kilku tygodniach do łazienki, stolik przy którym ma jadać zamiast przy krzesełku ustawić jeszcze zanim zacznie raczkować, materac na podłodze zamiast łóżeczka. Pozdro dla rodziców i ich kręgosłupów, gdy kilkanaście razy dziennie mają podnosić dziecko z podłogi. Pomijając sam przykład z książki, gdzie jak dziecko spadnie z materaca i zmarznie, to nic, tak ma być. A! I sztućce mamy przenieść do najniższej szuflady w kuchni, żeby brzdąc miał zabawę. No łaskawie pozwolą noże trzymać wyżej. Ale widelcem niech już się dziabnie w oko! Brak autorytarnej kontroli coś za bardzo mi tu ociera się o zwykły brak opieki.

Plusy brzmią dla mnie po prostu jak zdrowy rozsądek i bycie świadomym, nietoksycznym rodzicem. Wynotowane minusy tego podejścia wskazują mi na skrajność, która sprowadza rodzica do biernego obserwatora, a nie wychowawcy. Wolność i swoboda to jedno, ale uczenie i troska nie muszą być tak radykalnie wykreślane z rodzicielstwa. 

Wiadomo, trendy (nawet w wychowywaniu dzieci) się zmieniają. Montessori na pewno była odzewem na zbyt kontrolujące nawyki pozbawione szacunku do małego człowieka. Ale zbyt szybko stała się synonimem bezstresowego wychowania, które bardzo często właśnie wygląda jak brak kontroli rodzicielskiej i pozwalanie dziecku na wszystko (łącznie z biciem rodzica czy darciem się jak nieboskie stworzenie w miejscach publicznych). 

Wychodzę z założenia, że Twoje dziecko, jest Twoim problemem i odpowiedzialnością. Więc takie swobodne puszczenie go samopas i niereagowanie na zachowania złe i szkodliwe (dla niego i otoczenia) to przejaw zwykłej nieodpowiedzialności i niedojrzałości rodziców, a nie innowacyjnej metody wychowawczej. Ale cóż... czekam na lincz w komentarzach, bo to temat bardzo kontrowersyjny. Ale przy okazji daję znać, że kontynuacji tej książki (czyli Montessori w twoim domu) nawet nie mam zamiaru przekartkować. 😆 

15:29:00

Moby Dick

Moby Dick

Oj, ciągnie w tym roku do klasyki! W tamtym roku zaniedbałam trochę moją listę 100 tytułów BBC, ale nadrabiam jak mogę. Nawet tytuły, po które obawiałam się sięgnąć. 

Tytuł: Moby Dick
Tytuł oryginału: Moby Dick; The Whale

Autor: Herman Melville 
Rok: 1851
Wydawnictwo: Aleksandria
Format: audiobook

Klasyka literatury amerykańskiej, o której słyszeli wszyscy i doprawdy, chyba trudno powiedzieć o tej książce coś nowego. Choć narracja jest prowadzona przez Izmaela, który postanawia przez ciekawość wyruszyć na wyprawę wielorybniczą, to tak naprawdę kapitan Ahab najbardziej przyciąga uwagę czytelnika. Tajemniczy, na wpół obłąkany dowódca szybko pokazuje, że głównym celem jego podróży jest chęć zemsty na tytułowym białym kaszalocie, który go okaleczył. 

 

Moby Dick, choć dość upiorny postrach mórz i nieuchwytny stwór, to nie tylko zwierzę, ale przede wszystkim ucieleśnienie pogoni za przeznaczeniem, personifikacja zemsty, a także odniesienie do Biblii. Chociaż powieść może się wydawać po prostu przyrodniczą przygodą, dokładnie opisującą polowania na wieloryby i dość pokaźną wiedzę na ich temat, to znajdziemy w tekście wiele filozoficznych dywagacji o ludzkiej kondycji. 

Bohaterowie przedstawiają różne charaktery i doświadczenia, mają różne priorytety i manieryzmy. I choć większość akcji dzieje się na jednym statku, nie czujemy się przygnębieni monotonią i ograniczoną konstrukcją fabuły - pomiędzy szaleńczymi akcjami harpunników dostajemy też głęboką warstwę psychologiczną. 

Obawiałam się, że książka będzie męcząca w odbiorze, o monotonnej akcji i sztampowym opisie rozwoju szaleństwa. A słuchało się jej bardzo dobrze - na tyle dobrze, że nagłe (choć nie zaskakujące zakończenie) aż wydało mi się za krótkie. 

Jeśli się wahacie, to nie ma się co bać tej lektury. A co klasyka, to klasyka! 

 

 

Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger