Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LEKTURY AKADEMICKIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LEKTURY AKADEMICKIE. Pokaż wszystkie posty

17:41:00

Kto pisze naszą historię?

Kto pisze naszą historię?

Książka przeleżała nietknięta przez rok, bo rozmowa otwierająca całą dyskusję o historii była tak fatalna, że wręcz trzeba było się zmusić do dalszej lektury. A później, no cóż, wszystko zależy od rozmówcy!

Tytuł: Kto pisze naszą historię? Rozmowy polskie wiosną XXI wieku
Autor: Andrzej Nowak

Rok: 2024
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-8308-08503-5

Zawsze lubiłam historię jako przedmiot - anegdotyczność wydarzeń, ciągi przyczynowo-skutkowe, schematyczność niektórych decyzji i poznawanie przeszłości - z całym dziedzictwem kulturowym, społecznym i obyczajowym. Dlatego skusiłam się na ten tytuł, bo dobór osób, z którymi Nowak przeprowadził rozmowy jest na tyle szeroki, że perspektywy muszą się różnić. No i przede wszystkim, jak rozmawiać o historii poza podręcznikiem szkolnym? Jak potraktować tę naukę, która nie ma końca, rozwija się i powstaje na naszych oczach. Byłam zaintrygowana! 

Ale rozmowa z Ernestem Bryllem stanowiła tak ogromne zniechęcenie i niesmak, że zaczęłam się zastanawiać, czy warto brnąć dalej. Chociaż autor jest zachwycony rozmówcą, to trudno to nazwać dialogiem - to jakiś zlepek anegdot, które kotłują się w głowie człowieka z demencją. Nie przepraszam, że obrażam czyjś autorytet, każdy ma swoich bohaterów, ale nudne, niepowiązane lub z kolei przeintelektualizowane wypowiedzi sprawiły, że odłożyłam tę książkę na bardzo długo.

Kolejna próba sił z lekturą o niczym? Na szczęście drugi w kolejce był Jacek Dukaj - nie czytałam jego książek, ale z samej rozmowy z nim wynika, jaki to oczytany i inteligentny człowiek (mówię to szczerze, bez przekąsu!). Prawie od niechcenia dzieli się tym, jak zgłębiał filozofie i historie różnych cywilizacji, ale też widać, że trzyma rękę na pulsie jeśli chodzi o czasy współczesne. I chciałoby się go słychać dalej, gdyby nie to, że Nowak ma jakąś swoją agendę tej rozmowy i albo wtrąca się w pół zdania, albo próbuje być mądry na siłę (a za cholerę nie jest precyzyjny w tych swoich teoriach i to Dukaj musi wyjaśniać o co chodziło pytającemu). Szczytem impertynencji jest też to, że Nowak na siłę próbuje zmusić pisarza do autoanalizy, której ten otwarcie i wprost nie chce dokonywać, żeby nie powtarzać w swojej twórczości zidentyfikowanych schematów. Nie wiem, w jakiej atmosferze przebiegała rozmowa, ale Nowak wychodzi na frustrata, który jest zły, że rozmawia z mądrzejszym. 


 

Rozmowa z Ewą Domańską zaczęła się od uwielbienia nauczycieli i profesorów, którzy ukształtowali jej zapał i naukowe podejście. Ale co ciekawe, pojawia się tu fascynujący opis spotkania z Haydenem Whitem, który zaproponował, że zrobi jej - młodej doktorantce - kawę lub herbatę. W 1993 uderzyło ją to, że została potraktowana na równi z tak wybitnym umysłem, bo przecież kobiety, a zwłaszcza doktorantki są od parzenia kawy. Co ciekawe, niewiele się tu zmienia, bo sama pamiętam ze swojego doktoratu sytuację, gdy po zebraniu zakładu, w którym uczestniczyłam, podeszła do mnie jedna pani profesor ze słowami, że jak ona była na moim miejscu, to myła szklanki po takich spotkaniach, a nie zabierała na nich głos! Więc 30 lat później nadal mamy ten sam toksyczny problem w środowisku akademickim! 

Antoni Libera natomiast mówi o Becketcie takie rzeczy, których ja na studiach filologicznych nie słyszałam, ale jednocześnie wyznaje pogląd, że jak jesteśmy w UE, to jako państwo działamy pod dyktando Berlina. Wacław Holewiński natomiast dużo mówi o latach '70 i '80, ale w ogóle nie ma perspektywy na przyszłość. 

Adam Leszczyński daje się poznać jako kolejne wybitne dziecko, które nauczyło się czytać w wieku 4 lat i to na poczcie królów polskich (przewracam oczami tak mocno, że można to usłyszeć). Ale muszę przyznać, że świetnie się czyta o poglądach, które prezentuje. Nie skupia się na czynnikach zewnętrznych polskiej państwowości i ma dosyć narracji z perspektywy ofiary. Owszem, jako naród dostaliśmy w kość, ale nie szukajmy win tylko poza granicami. Nowak oczywiście widać, że jest fanem martyrologii narodu niezależnie od stulecia i próbuje forsować swoje poglądy. Ale Leszczyński dostaje kolejnego plusa za to, że otwarcie nie jest fanem tradycji insurekcyjnej, która nakazuje porywać się z szabelką na czołgi. Rzadko widzi się krytykę powstań, bo nie każdy historyk ma odwagę mówić o ogromie ofiar, które poległy za ideę, ale nie były w żaden sposób gotowe do konfliktu zbrojnego. N

Nowak oczywiście wchodzi w słowo jak pijany wujas na imprezie i pieprzy o tym, że daliśmy przykład Europie. U nas młodzież czy inteligencja ginęła wcale nie na marne. A Leszczyński podaje złoty przykład Czech, gdzie państwowość, gospodarka i społeczeństwo rozwijały się po cichu, nie przelewając bezmyślnie krwi w romantycznych zrywach. 

A jak Nowak się pluje, że ten nie mówi o wartości kultury (Mickiewicze, Sienkiewicze itd.), to Leszczyński sprawnie ripostuje, że może za dużo już o tym romantyzmie? Chłopa oczarowali, cudownie, poszedł ginąć, ale nikt mu już nie wytłumaczył różnic ekonomicznych, nie tłumaczył władzy, pieniędzy i zależności materialnych. Pomijając już, że wspomniani wielcy wieszcze (ale to już moja opinia) pierdolili swoje kocopoły w Paryżu lub sanatoriach w Montreux. Trylogia jest taka długa, bo Henio musiał z czegoś spłacać szwajcarskie spa dla żony!

Podchodzenie pospólstwa pod włos na zasadzie 'wszyscy jesteśmy Polakami, bo czytaliśmy Kordiana w szkole' działa zresztą nadal we współczesnej polityce - bo jak jesteśmy rodziną, to lepiej się nie wykłócać o swoje. No tutaj rozmowa złoto!

Kolejny na warsztat idzie Szczepan Twardoch - być może jeden z najbardziej kulturalnych rozmówców. Pisarz mówi o swoich korzeniach intrygujące rzeczy, które niewątpliwie rzucają światło dzienne na pewne negatywne komentarze dotyczące jego osoby. Ciekawie zauważa, że rycerz potrzebuje dezertera i na odwrót! To nieprzeintelektualizowana rozmowa, gdzie można swobodnie wrzucić rumuńskiego filozofa w rozmowę (Mircea Eliade), nie oczekując poklasku i nie chełpiąc się swoją zajebistością. 

Rozmowę z Małgorzatą Musierowicz charakteryzowało to uczucie, gdy nie spodziewasz się niczego, a i tak jesteś rozczarowany. Trochę wspomnień o Poznaniu '56 i rozwodzenia się nad tym, że jej ulubionymi książkami są najbardziej sztampowe lektury szkolne, jakie tylko można wygrzebać z kanonu. Jedyna słuszna refleksja, ale absolutnie nie własna, to taka, że współczesna młodzież ma mniejszy zakres słownictwa, bo więcej przebywa w świecie cyfrowym niż literackim. A na koniec dostajemy ślinienie pierścienia, czyli jak ważna była dla niej pielgrzymka papieża do Polski... Nie czytałam żadnej z jej książek, bo w domu nie były podsuwane, ale nie żałuję. Wisienką na torcie jest jeszcze wielkie zdziwienie, że jak masz podpisaną umowę z wydawnictwem, to nie możesz jej olać... ojej!). 

Jeśli chodzi o rozmowę z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, to jest to kolejna laurka Nowaka dla swojego PRL-owskiego idola, który uważa (cytując Słowackiego), że Polska jest "siostrą ukrzyżowanego". Czyli dostajemy kolejny skostniały bełkot o wielkości mitu Mickiewicza i Słowackiego oraz oburzenie, że współczesny czytelnik nie kupuje tego patosu i narodowowyzwoleńczego biadolenia, że nie każdy Polak czuje się Polakiem, a raczej że za mało go interesuje patetyczny, romantyczny patriotyzm. Ciekawe, że Rymkiewicz próbuje stwierdzić, że w sumie to nic go nie obchodzi, że nie robisz sobie dobrze do Pana Tadeusza lub że nie pląsasz sobie trzy razy w tygodniu do Chopina, ale na jednym oddechu wyzwie Cię od "głuchego kretyna" (cytat!), że jednak tak nie robisz. No piękny i tolerancyjny człowiek, pogrzebany żywcem we własnej manii i paranojach - Europa umiera, Rosja jest pusta kulturowo, niech żyje Polska - ale znów tylko ta opisywana z Paryża XIX w. 

Jeszcze na koniec słów uwielbienia kilka na temat promotorki i przyjaciółki Nowaka, która w sumie jest po prostu spisem bibliograficznym jej publikacji - czyli o Wiktorii Śliwowskiej w skrócie. Może to być cenny spis źródeł dla studentów rusycystyki lub miły gest dla najbliższych. 

Po skończonej lekturze mam wrażenie, że najciekawsze rozmowy to właśnie te, w których Nowak wychodził na sfrustrowanego impertynenta, który jak ten wspomniany wcześniej obleśny wujas na imprezie, opowiada te same anegdoty, czeka na reakcję i wychodzi z niego tak zwany "chuj Schrödingera" - w zależności od Twojej reakcji na obleśny żart okazuje się, czy powinien dostać w ryj, czy zasłużył na kolejnego kielona w ramach uznania. Nowak w ten sposób prowokuje wielu rozmówców teorią Francisa Fukuyamy o tym, że historia już się skończyła i sprawdza, jak bardzo zapalą się do jej obrony.

Powiem tak - przebrnęłam przez tę lekturę i robiłam notatki z każdej rozmowy trochę po to, żebyście Wy już nie musieli! Ale zwróćcie uwagę chociaż na niektóre nazwiska, bo mogą one być ciekawym odkryciem i pokusicie się, żeby zapoznać się z nimi bliżej. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.  

 

15:29:00

Moby Dick

Moby Dick

Oj, ciągnie w tym roku do klasyki! W tamtym roku zaniedbałam trochę moją listę 100 tytułów BBC, ale nadrabiam jak mogę. Nawet tytuły, po które obawiałam się sięgnąć. 

Tytuł: Moby Dick
Tytuł oryginału: Moby Dick; The Whale

Autor: Herman Melville 
Rok: 1851
Wydawnictwo: Aleksandria
Format: audiobook

Klasyka literatury amerykańskiej, o której słyszeli wszyscy i doprawdy, chyba trudno powiedzieć o tej książce coś nowego. Choć narracja jest prowadzona przez Izmaela, który postanawia przez ciekawość wyruszyć na wyprawę wielorybniczą, to tak naprawdę kapitan Ahab najbardziej przyciąga uwagę czytelnika. Tajemniczy, na wpół obłąkany dowódca szybko pokazuje, że głównym celem jego podróży jest chęć zemsty na tytułowym białym kaszalocie, który go okaleczył. 

 

Moby Dick, choć dość upiorny postrach mórz i nieuchwytny stwór, to nie tylko zwierzę, ale przede wszystkim ucieleśnienie pogoni za przeznaczeniem, personifikacja zemsty, a także odniesienie do Biblii. Chociaż powieść może się wydawać po prostu przyrodniczą przygodą, dokładnie opisującą polowania na wieloryby i dość pokaźną wiedzę na ich temat, to znajdziemy w tekście wiele filozoficznych dywagacji o ludzkiej kondycji. 

Bohaterowie przedstawiają różne charaktery i doświadczenia, mają różne priorytety i manieryzmy. I choć większość akcji dzieje się na jednym statku, nie czujemy się przygnębieni monotonią i ograniczoną konstrukcją fabuły - pomiędzy szaleńczymi akcjami harpunników dostajemy też głęboką warstwę psychologiczną. 

Obawiałam się, że książka będzie męcząca w odbiorze, o monotonnej akcji i sztampowym opisie rozwoju szaleństwa. A słuchało się jej bardzo dobrze - na tyle dobrze, że nagłe (choć nie zaskakujące zakończenie) aż wydało mi się za krótkie. 

Jeśli się wahacie, to nie ma się co bać tej lektury. A co klasyka, to klasyka! 

 

 

14:36:00

Franz Kafka. Koszmar rozumu

Franz Kafka. Koszmar rozumu

Widzieliście moje zachwyty na Instagramie, ale przyszedł czas na recenzję, która w pełni odda mój zachwyt. Bo dorosłam już do tego, żeby biografię przeczytać jednym tchem!

Tytuł: Franz Kafka. Koszmar rozumu
Tytuł oryginału: Nightmare of reason

Autor: Ernst Pawel
Tłumacz: Irena Stąpor

Rok: 1984 / 2025
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-68367-97-3

Dzieł Kafki nie trzeba nikomu przedstawiać, chociaż ja nie omawiałam ich w liceum, ale dopiero na studiach. Gdy wracam do recenzji Procesu (klik do 2014 r.!), widzę, że książka wstrząsnęła mną bardzo, chociaż dopiero teraz rozumiem lepiej, co opisywał autor. Zamek natomiast omawiałam na podstawie Waltera Benjamina, więc interpretacja tego dzieła przybrała wybitnie akademicki rozmach. 

 

Ale dopiero po zapoznaniu się z tak dokładną i szczegółową biografią, jestem w stanie lepiej zrozumieć, w jakim świecie żył Kafka, z jakimi problemami się zmagał i co jego znerwicowany umysł przeżywał, że stworzył takie, a nie inne dzieła. Naprawdę trudno tu oderwać dzieło od autora!

Pawel przedstawia dogłębną analizę korespondencji, dzieł literackich, wycinków gazet i dokumentów administracyjnych w sposób dostępny, wręcz gawędziarski. Gargantuiczny (nie bójmy się takiego wyszukanego słowa) wysiłek autora jest widoczny nie tylko w objętości dzieła czy polemice z innymi biografami, ale też w przedstawieniu szerszego kontekstu. 

To coś, czego często brakuje w biografiach - nie da się wyrwać człowieka z jego środowiska, kraju, czy czasów, w jakich żyje. Biograf przedstawia szeroką perspektywę społeczno-historyczno-polityczno-gospodarczą. Nic dziwnego, że dopiero wtedy dociera do nas, że Freud miał podobne pochodzenie, a kryzysy nacjonalistyczne i antysemickie wrzały w monarchii austro-węgierskiej na długo zanim zaczynamy utożsamiać je z II wojną światową. 

Sam Kafka, chociaż przedstawiony z ogromnym zaangażowaniem i dbałością o oddanie mu sprawiedliwości to ewidentnie człowiek zmagający się z wieloma demonami. Od dzieciństwa znerwicowany i przepowiadający swoje własne nieszczęścia. Kulturalny, momentami ciepły, ale zawsze szarmancki, z nikłą pewnością siebie. Pełen lęków, neuroz, dziwnych przyzwyczajeń i traum. Nieszczęśliwy w dzieciństwie, hołubiący osobiste tragedie w życiu dorosłym. Zagubiony pomiędzy nienawiścią do samego siebie a nieuświadomioną chęcią życia!

Choć od początku sympatyzujemy z biednym małym Franzem, im lepiej go poznajemy jako dorosłego człowieka, tym więcej niedoskonałości widzimy. Wręcz tracimy do niego miłość razem z biografem. Obojętność na wiatry historii, toksyczność w relacjach miłosnych, uwielbienie własnej niedoli, aż w końcu śmierć w wyniku choroby, która trawiła go latami pozostawiają na koniec lektury gorzki posmak. 

Co nie zmienia faktu, że skończenie tak doskonałej książki pozostawia ogromną satysfakcję - taką, która towarzyszy lepszemu zrozumieniu i radości z dowiadywania się szalenie ciekawych rzeczy. Tak, to żmudna lektura, ale jeśli jesteście choć odrobinę zaintrygowani tematem, to właśnie książka dla Was!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Marginesy! 

 

 

 

 

 

 

 

09:51:00

Pierwsze 49 opowiadań

Pierwsze 49 opowiadań

Czy znowu skusiłam się na Hemingwaya, bo wykształcenie filologa mnie do tego podkusiło? Tak. Czy po raz kolejny utwierdziłam się, że literatura amerykańska to nie jest moja dziedzina? Tak. 

Tytuł: Pierwsze 49 opowiadań
Tytuł oryginału: The First Forty-Nine Stories

Autor: Ernest Hemingway
Tłumacz: Karolina Wilamowska

Rok: 1938 / 2025
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 987-83-67022-10-1

Jak oprzeć się kanonicznym lekturom? Tak mało czytamy klasyki literatury, że nie mogłam przejść obojętnie nad kolejnym nowym przekładem wydawnictwa Marginesy. W pełni szanuję i serię i koncepcję, ale Hemingway znowu dał mi w kość. 


 

560 stron i 49 opowiadań później uważam, że wszystkie motywy dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Fascynacja toreadorami i corridą, męska brawura, męskie samotne wycieczki na pstrągi, męskie ego, męska głupota, męskie problemy w nawiązywaniu relacji, męskie problemy z ogarnięciem się w życiu i alkohol. Bonusowe punkty, jeśli to wszystko udało się zawrzeć w jednym opowiadaniu. 

Ale to jest po prostu czysty Hemingway - przelewał na papier wszystko to, z czym sam się zmagał i co go gnębiło. Tym bardziej jednak utwierdzam się w przekonaniu, że prywatnie nie trawię gościa i nie jest to postać, z którą chciałabym pójść na kawę.  

Nie zrozumcie mnie jednak źle, niektóre opowiadania przypadły mi do gustu. Na przykład "Krótkie szczęśliwe życie Francisa Macombera", "Hołd dla Szwajcarii" czy "Śniegi Kilimandżaro", ale na tak obszerny zbiór to raczej perełki. Motywy ciągle do nas wracają i mamy wrażenie, że większość opowiadań to ćwiczenie literackie, które mogłoby stanowić szkic lub rozdział jakiejś innej historii, ale jednak nie zostało nigdzie indziej opublikowane. 

Krótka forma u Hemingwaya też przybiera różne aspekty. Niektóre opowiadania mają po kilkadziesiąt stron, inne to raptem pół strony tekstu. Jedno ma formę sztuki teatralnej, inne zaczyna się jak artykuł naukowy, a kończy jak dialog szaleńca w maglinie. Na pewno miłośnicy autora znajdą tu coś dla siebie, a książka, mimo obszerności, czyta się szybko, bo styl jak zwykle jest dziennikarski, a najdłuższe dialogi dotyczą zamawiania kolejnych drinków w restauracji. 

Dla przypomnienia garść moich wcześniejszych recenzji:
Komu bije dzwon - czyli mogło być krócej, chociaż aspekt wojny to podstawa tej książki;
Ruchome święto - które zaskoczyło pozytywnie;
Rajski ogród - który w ogóle nie powinien zostać napisany lub wydany!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Marginesy. Chociaż nadal nie rozumiem, czemu przypisy nie są oznaczone w tekście właściwym. 

 

 

18:02:00

Nie musisz. Od kultu osiągnięć do wypalonych pokoleń

Nie musisz. Od kultu osiągnięć do wypalonych pokoleń

Spodziewałam się książki, która może prześmiewać pokolenie Millenialsów (do którego dumnie należę). W dobie internetu jesteśmy przecież krytykowani przez pokolenie starsze (baby boomers) i młodsze (Gen-Z). Ile w tych komentarzach jest prawdy? Ile złośliwości jednak znajduje odzwierciedlenie tylko za oceanem, bo polskie standardy i realia lat 80. jednak ukształtowały nas zupełnie inaczej?

Tytuł: Nie musisz. Od kultu osiągnięć do wypalonych pokoleń
Autor: Mikołaj Marcela

Rok: 2024
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-6854-8

Już we wstępie okazało się, że nie dostanę książki krytykującej styl życia – tosty z awokado, spodnie-rurki, zamiłowanie do niezrozumiale drogiej kawy w Starbucksie czy brak możliwości finansowych zakupienia własnego mieszkania. Mikołaj Marcela jako wykładowca akademicki podchodzi do tematu bardzo poważnie (poważniej niż chciałam) i prezentuje rozległe badania dotyczące wypalenia – zawodowego, edukacyjnego a nawet emocjonalnego i rodzicielskiego.


Okazuje się, że nasze (i pokolenia Z) wieczne zmęczenie wcale nie wynika z tego, że mamy dostęp do smartfonów i jesteśmy narcyzami. Pęd życia, sytuacja ekonomiczna i wychowanie uwarunkowały nas na ciągłą pracę, stały samorozwój i nie pozwalanie sobie na prawidłowy odpoczynek.

Marcela wykazuje, że przejawy narcyzmu wśród nowych pokoleń były wypominane już w latach 70., a ostatecznie nasza wiara we własne możliwości była od najmłodszych lat wpajana nam przez pokolenie, które teraz najbardziej na nią narzeka. Sami się przecież nie wychowaliśmy!

Jednak chodzi tutaj jeszcze o coś więcej. Poprzednie pokolenia stawiały sobie za cel być lepszymi od swoich rodziców. Nasz podświadomy cel to nie być gorszymi. Ponieważ wszystko jest dla nas dostępne, wszystko jest możliwe, okazuje się, że nie potrafimy już odróżnić samorozwoju od obsesji, hobby od potencjalnych możliwości zarobkowych.

Od najmłodszych lat nasze plany lekcji są przeładowane dodatkowymi zajęciami, bo już wczesna edukacja ma nas przygotować na przyszły sukces – tylko nikt już nie jest w stanie powiedzieć, czym on tak naprawdę jest. Jeśli kiepsko zdamy egzamin centralny na poziomie podstawówki, matury, okaże się przecież, że będziemy rzutować porażkę na całe nasze przyszłe życie. Czy aby na pewno?

Sami zżeramy się ze stresu i co najgorsze – nie potrafimy odpuścić i odpocząć. A czemu tak jest? Bo jeśli siedzimy z nosem w telefonie, oglądamy serial na Netflixie lub spotykamy się ze znajomymi, to nasi rodzice uważają, że marnujemy czas. Tylko że nasi rodzice mieli więcej swobody w decydowaniu o tym, jak chcą odpocząć od obowiązków. Marcela wszystko to popiera badaniami naukowymi z różnych dekad.

Ogólna refleksja po lekturze jest słodko-gorzka. Cieszy fakt, że to, jak się czujemy jako całe pokolenie, nie jest oznaką słabości czy lenistwa. Dorastając w „kulturze zapierdolu” i parcia na sukces od najmłodszych lat, trudno zrelaksować się bez poczucia winy i straty czasu. Problem polega jednak na tym, że nikt nie da nam recepty na uwarunkowania społeczno-ekonomiczne i przed każdym z nas jeszcze długa droga zanim osiągniemy prawidłową równowagę – mentalną, emocjonalną i zdrowotną.


15:44:00

Komu bije dzwon

Komu bije dzwon

Tę książkę po prostu wypadało przeczytać. Na studiach dość szeroko omijałam Hemingwaya, jego życie prywatne też nie bardzo zachęcało mnie do lektury, ale widocznie wiele zmienia się z czasem. Całkiem niedawno recenzowałam przecież Ruchome święto, które mnie zaskoczyło pozytywnie (tutaj przeczytacie recenzję) oraz Rajski ogród, który był irytującym rozczarowaniem (przeczytajcie o co mi chodziło tutaj).

Po eksperymentach literackich i niedokończonych szkicach przyszedł czas na książkę, która jest okrzyknięta jednym z najważniejszych dzieł autora.

Tytuł: Komu bije dzwon
Tytuł oryginału: For Whom the Bell Tolls

Autor: Ernest Hemingway
Tłumacz: Rafał Lisowski

Rok: 1940 / 2024
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-68226-14-0

Opis wydawcy:
Do grupy republikańskich partyzantów działającej w górach na południu Hiszpanii, na terenie kontrolowanym przez faszystów, zostaje wysłany młody amerykański ochotnik. Robert Jordan ma za zadanie wysadzić strategiczny most w określonym czasie, aby ułatwić jednoczesny atak republikanów na miasto Segowia. W ciągu trzech dni spędzonych wysoko w górach Jordan mierzy się z niebezpieczeństwami wojny, ale też zawiązuje braterstwo broni z antyfaszystowskimi partyzantami. I tam spotyka Marię, młodą kobietę, która uciekła przed bojownikami generała Franco…

 


 


Podczas budowania fabuły Noblista dużo czerpał z własnych doświadczeń w Hiszpanii. Jako recenzent wojny domowej z bliska obserwował sytuację polityczną, społeczną, czysto ludzką. Widać w tej powieści ból związany z rozpadającym się światem, niepewność jutra, całą gamę ludzkich emocji – od poczucia obowiązku, fanatyzmu, po rozpacz i wręcz histeryczne próby chwytania nielicznych szczęśliwych chwil. Autor w brutalny sposób pokazuje, jak wygląda fanatyzm na froncie, jakie okrucieństwo może wydobyć ze zwykłych ludzi ideologia, na czym polega lojalność, ale ostatecznie też jak umiera nie tylko żołnierz, ale i ideał, który przyświecał milionom.
 
I to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy. Książka przez ponad 600 stron opisuje 3 dni życia głównego bohatera. Dygresje innych postaci, wspomnienia i przemyślenia uzupełniają tę narrację, ale warstwa językowa Hemingwaya mocno drażni. Miłośnicy nazwą ten styl oszczędnym, dziennikarskim, konkretnym, rzeczowym. I choć rzeczywiście znajdziemy tam zdania złożone (zwłaszcza podczas wewnętrznych monologów), to dialogi brzmią prymitywnie, prostacko, jak szczekanie ujadających psów.

W połowie książki zaczęłam się zastanawiać, czy nie dostaję udaru – mięśnie twarzy nie współgrały z uśmiechem, miałam problem z konstrukcją zdań i czy ktoś czuje zapach spalonych tostów? Na szczęście okazało się, że to celowy zabieg literacki, który wykrzywiał mi twarz. Z radością zatem dobrnęłam do posłowia tłumacza, który ratuje czytelnika z opresji i daje wgląd w to, jak tekst wyglądał w oryginale. Hemingway kiepsko znał hiszpański, ale na tyle dobrze się nim posługiwał, że potrafił zamówić sobie drinka w barze i spytać o drogę na front. Postanowił więc stworzyć pozory komunikacji w tym języku i główny bohater ma się porozumiewać z partyzantami w ich rodzimym dialekcie.

Język przez to się rozsypuje (jak to Lisowski pięknie ujmuje, przestawiając rozsypujący się świat w obliczu wojny), to kubistyczny eksperyment, walka z cenzurą wydawniczą i dla mnie po trochę pijacka buta noblisty, ale to już osobista refleksja. Prostackie zwroty (wygląda na to, że żaden Hiszpan nie potrafi skonstruować zdania bez przekleństwa), dialogi jak serie z karabinu, komunikacja ograniczona tylko do niezbędnych czasowników rzeczywiście przedstawiają w jakimś stopniu brutalność wojennej rzeczywistości i ból bohaterów. Jednak na dłuższą metę tych sześciuset stron jest to zbyt ordynarne, zbyt rozedrganie i chaotyczne. No i dajcie czasem czytelnikowi jakiś przymiotnik!

Czuję, że spełniłam swój literacki obowiązek filologia. Poznałam dzieło, które jest uznawane za jedną z najważniejszych powieści wojennych wszech czasów. I za tę możliwość dziękuję wydawnictwu Marginesy, chociaż wydawniczo duży minus za nie oznaczenie przypisów w tekście. Jednak na razie od Hemingwaya czeka mnie zasłużona przerwa.

13:50:00

Gdy leżę, konając

Gdy leżę, konając

Klasyka literatury amerykańskiej w nowej odsłonie - nie chodzi tylko o piękne wydanie, które zachwyca moimi ulubionymi kolorami i minimalistycznymi motywami, ale o nowy przekład. Czy warto?

Tytuł: Gdy leżę, konając
Tytuł oryginału: As I Lay Dying

Autor: William Faulkner
Tłumacz: Jacek Dehnel

Rok: 1930 / 2024
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-8336-7

Addie umiera. Jej syn szykuje dla niej trumnę, a ona obserwuje ten proces przez okno. Pozostali członkowie rodziny na zmianę odwiedzają ją przy łożu śmierci, ale z nikim nie zamienia słowa. Jej ostatnim życzeniem jest bycie pochowaną w odległej miejscowości, skąd pochodziła. 


Gdy nadchodzi odpowiednia pora, cała rodzina, z Addie zamkniętą w trumnie domowej roboty na wozie, wyrusza w podróż, która okaże się dla nich ogromnym wyzwaniem. Wydaje się, że pech ich nie opuszcza - powódź, pożar, wypadki. Ale najgorszy jest brak komunikacji między rodziną, która zmuszona do przebywania ze sobą tak ściśle podczas podróży, odsłania swoje najgorsze oblicze. Wszystko na tym wozie gnije - wśród żywych i umarłych, dosłownie i w przenośni. Nie ma się co dziwić, że im dalej od domu, tym więcej sępów zaczyna podążać za obscenicznym i przerażającym karawanem.

Faulkner, noblista, modernista, mistrz południowego gotyku amerykańskiego przerzuca narrację między postaciami, które przeżywają odmienne problemy, mają różne style mówienia. Złożoność perspektyw pięknie uwypukla konflikty, brak zrozumienia, kierowanie się własnymi interesami. Książka niedługa, a jakże treściwa. Bawią mnie zdziwione komentarze współczesnych recenzentów, którzy są zaskoczeni mnogością poruszanych tematów w książce, która nie musi mieć tysiąca stron. 

A nowe tłumaczenie? To jest właśnie nowa praca, która ma sens - wypowiedzi nadal są stylizowane, nadal oddają mnogość charakterów i dialogów. Ale to nie jest przekład na język prosty, wręcz prostacki, żeby współczesny czytelnik nie musiał się nad nim wysilać. To nadal piękna przygoda literacka, a Dehnel bardzo dobrze ten proces opisuje w posłowiu. Tak samo, jak zwraca uwagę na podobieństwa między południowym gotykiem a realizmem rosyjskim i przybliża nam postać samego autora. Złoto!


16:04:00

Rajski ogród

Rajski ogród

Wiele osób może dużo dobrego powiedzieć o Hemingwayu. Mnie niestety nigdy nie kupił – ani jako pisarz, ani jako osobowość. Gorzej, im więcej o nim czytałam, tym bardziej byłam zniesmaczona jego życiowymi wyborami. Ale sięgnęłam niedawno po Ruchome święto i coś się zmieniło – dostałam refleksje i obrazy które miały głębię (przeczytajcie tutaj recenzję i sprawdźcie sami!). Może moje podejście do tego pisarza zmienia się kompleksowo? Może warto iść za ciosem?

Tytuł: Rajski ogród
Tytuł oryginału: The Garden of Eden

Autor: Ernest Hemingway
Tłumacz: Ewa Borówka

Rok: 1986 / 2024
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-67996-02-0

Amerykański pisarz i jego bogata żona spędzają miesiąc miodowy we Francji. Nieskrępowani konwenansami ani finansami podróżują z miejscowości do miejscowości, gorsząc swoimi obyczajami lokalnych mieszkańców. Od męskich strojów, po męskie fryzury, okazuje się, że Catherine postanawia dość brawurowo odkrywać swoją seksualność. W opisie pojawia się określenie androgeniczności, czyli występowanie u danej osoby cech psychicznych charakterystycznych zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. W książce jednak przejawia się to kryzysem psychicznym i całkowitym oderwaniem od jakiejkolwiek tożsamości. To despotyzm w czystej postaci, bo dziewczyna zmusza wszystkich, żeby zachowywali się tak jak ona chce, a ostatecznie i tak wyżywa się na otoczeniu.


Spraw nie poprawia znajomość z Maritą, która dołącza do młodego małżeństwa. Szybko przyjmuje rolę kochającej i wspierającej kochanki, gdy David nie znajduje zrozumienia u żony. To Marita zachwyca się jego pracą, śmieje się z jego żartów i jest w stu procentach kobieca.

Konflikty, niesmak i rozdrażnienie narastają. Głównie u czytelnika. Postacie są płaskie, dialogi płytkie, przez połowę książki dostajemy opisy spożywanych w zawrotnych ilościach drinków, kolejna część to przekopiowane opowiadanie Hemingwaya, z którym niby David ma się zmagać w autobiograficznym przebłysku.

Powiem tak: nie jest dobrze, jeśli tłumacz w posłowiu musi bronić autora. Ponieważ książka była wydana po śmierci Hemingwaya, a sama praca nad tekstem zajęła mu 15 lat, wybory redakcyjne pozostawiają podobno wiele do życzenia. Jeśli tłumacz musi czytelnikowi mówić, że to co wycięto z tekstu pogłębia postacie, które w wersji ostatecznej dla każdego czytelnika są po prostu niedopracowane, to daleko nam do rekomendacji.

Ja wiem, że moje zaprzyjaźnione bojówki Hemingwaya zaraz mnie zlinczują, ale ta książka to tak fatalna przeprawa, że ma się ochotę ją wyrzucić przez okno.

Mimo wszystko za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Marginesy, bo utwierdziłam się w przekonaniu, że nadal nie znoszę Hemingwaya 😊


12:04:00

Młot na czarownice

Młot na czarownice

Sięgacie po książki dawne? I nie mam tu na myśli klasyki literatury, tylko dzieła spisane wieki temu? Porwałam się na lekturę o czarownicach, ale nie wiedziałam, że piszę się na takie wyzwanie językowe!

Tytuł: Młot na czarownice
Tytuł oryginału: Malleus Maleficarum

Autor: Jakub Sprenger, Henryk Kraemer
Tłumacz: Stanisław Ząbkowic

Rok: 1487/1614/2023
Wydawnictwo: Drukarnia Szymona Kempiniego / Vis-a-vis Etiuda
ISBN: 978-83-7998-228-8

Originalny katolicki traktat został spisany w XV w. Polskie tłumaczenie, ale tym samym podobno bardziej okrojoną wersję wydano w Polsce w XVII w. I, o mamo! jaki to jest język! Naprawdę trzeba się wczytać, żeby zrozumieć niektóre archaizmy i całkiem odmienny szyk zdania. 


 

Ale jak już przełamiecie opory, dostaniecie przemyślenia, po których można rwać włosy z głowy. Bo chyba i tak nie spodziewaliście się racjonalnego rozumowania u inkwizytorów? Przecież to nic innego jak kieszonkowy podręcznik łowców czarownic, czyli spis zachowań, po których poznać, że ktoś ma diabła za skórą, sprowadza choroby na bydło i impotencję... w sumie też na bydło, lata z diabłami i wykrada niemowlaki. 

Żelazna logika tekstu uświadamia, że jesteś czarownicą, bo nie szanujesz boga, a klątwę też ktoś na ciebie rzucił, bo... nie szanujesz boga. Czyli jeszcze raz: spółkujesz z szatanem, bo nie chodzisz na mszę. Ale jak się za mało gorliwie modlisz do świętego obrazka, to sama jesteś sobie winna, że rzucono na ciebie klątwę, bo jakbyś była gorliwym matołem, który ma tylko pacierz na ustach, to byś sobie biedy nie napytała. 

Pamiętam zajęcia na studiach, podczas których próbowaliśmy przez ten tekst przebrnąć w języku angielskim. Nie poszło gładko. Ale pamiętam też dużo bardziej racjonalne argumenty przemawiające za tym, że w Europie pustoszonej przez wojny i choroby i ogólny brak higieny, w wioskach i mieścinach najczęściej było więcej kobiet. Te, które nie miały męża, brata, ojca, który by się nimi zajął, żeby przeżyć, musiały być rezolutne. A nic tak nie wpienia mężczyzny, jak inteligentna kobieta. 

A kobieta, która na torturach przyzna się w końcu do wszystkiego, byle tylko zakończyć swoje cierpienie, to już w ogóle miód na serce psychopatów i mizoginów, którymi zostawali inkwizytorzy. 

Z książką warto się zapoznać przez czystą ciekawość. Jeśli choć raz w życiu zaintrygowały Was polowania na czarownice i sytuacja kobiet, to Wasze wewnętrzne demony będą miały ubaw podczas lektury. Zwłaszcza, że to żadna fantastyka, tylko autentyczny tekst katolicki, kompendium wiedzy o czarach, które wywierało wpływ na nasze społeczeństwa przez stulecia! Bo nic tak nie mrozi krwi, jak prawdziwe historie. 


13:12:00

Orlando

Orlando

"Błyskotliwa i pełna humoru powieść rozpoczęta jako „żart” oraz „pisarskie wakacje” okazała się jednym z najważniejszych tekstów ruchu feministycznego. To hymn ku wewnętrznej wolności kobiety i jej twórczej ekspresji." Tak głosi opis wydawcy. Czy aby na pewno do wszystkich to przemawia na takim samym poziomie? I czy wszystkich nas bawią te same żarty? Jak starzeją się książki, które 100 lat temu szokowały?

Tytuł: Orlando
Tytuł oryginału: Orlando: A Biography
Autor: Virginia Woolf
Tłumacz: Tomasz Bieroń
 
Rok: 1928 / 2023
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-07692-7

Młody szlachcic z epoki elżbietańskiej nie posiada zbyt wiele gracji, nie jest też nadmiernie inteligentny, ale ma na tyle zgrabne łydki, że wpada w oko ludziom z wyższych sfer. Wiedzie żywot rozpuszczonego paniczyka, któremu zachciewa się pisywać poematy. Udaje mu się dożyć trzydziestki, chociaż skandal goni skandal. Miotając się między życiem poety, ambasadora, nomada i dandysa, pewnego dnia Orlando budzi się jako kobieta. 

 

Nie staje się przez to ani trochę mądrzejszy, ani zabawniejszy. Z idiotycznym wyrazem twarzy i imbecylizmem zaczyna zauważać różnice między jedną płcią a drugą. Na nieszczęście czytelnika Orlanda nie starzejąc się zbytnio, żyje ponad 300 lat.

Wprawdzie spotyka się na przestrzeni dziejów z najsławniejszymi poetami i twórcami literatury, dzięki czemu autorka ironicznie przedstawia gryzące ich problemy, to nie jest to na tyle ważny element książki, żeby przyjrzeć mu się na dłużej. 

Przez całą dość bełkotliwą książkę - strumień świadomości nigdy nie zostanie moim ulubionym stylem pisarskim - mamy do czynienia z niemożliwością uchwycenia... cóż, czegokolwiek, o czym pomyśli Orlando/-a. Nie jest w stanie uchwycić piękna innej istoty, a nawet zachodu słońca, nie umie w pełni opisać doświadczeń kobiety lub własnych emocji. Na dłuższą metę staje się to zatem lektura męcząca. Nawet alegoryczność tej opowieści (ponieważ w latach 20stych poprzedniego stulecia nadal nie można było otwarcie mówić o miłości dwóch kobiet) staje się absurdalna i nie bawi współczesnego czytelnika. 

Cały motyw przekraczania granic płciowości został brutalnie postrzelony w oba kolana już we wstępie. Wydawnictwo promocję książki oparło właśnie na słowach Doroty Kotas, która w wulgarny i prymitywny sposób zastanawia się, co autorka odpisałaby jej na Messengerze, gdyby żyła we współczesnych czasach i jakie to przełomowe, że zgolenie głowy i chodzenie w ogrodniczkach ma świadczyć o wyzwoleniu danej osoby. Rozumiem, że promocja klasyki literatury musi trafić do młodszego pokolenia. Ale uwierzcie mi,  młodzież, która będzie chciała sięgnąć po wielkie dzieła, nie będzie zachęcona prostackimi odwołaniami do współczesnej kultury. Dajmy szansę młodym ludziom wyciągać własne wnioski.

Egzemplarz recenzencki otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

08:55:00

Śmierć królów. Tragiczne zgony władców średniowiecznej Anglii

Śmierć królów. Tragiczne zgony władców średniowiecznej Anglii

Śmierć Elżbiety II wzbudziła emocje nie tylko w poddanych, ale także w ludziach na całym świecie. Dlatego doceniam spryt mojej osiedlowej biblioteki, która wystawiła tę książkę na półkę polecanych tytułów, bo inaczej pewnie bym do niej sama nie dotarła.

Tytuł: Śmierć królów. Tragiczne zgony władców średniowiecznej Anglii
Tytuł oryginału: The Death of Kings: Royal Deaths in Medieval England

Autor: Michael Evans
Tłumacz: Magdalena Loska

Rok: 2003/2022
Wydawnictwo: Astra
ISBN:978-83-66625-91-4

Jak tytuł sam sugeruje, mówmy tu tylko o konkretnym przedziale w historii Anglii, choć autorowi zdarza się nawiązać do czasów współczesnych. Z głęboko akademickim zacięciem Evans analizuje różne rodzaje śmierci, ale także konsekwencje, które ze sobą niosły. Śmierć władcy oznaczała zachwianie sytuacji politycznej w państwie - czy to przez koniec dynastii, czy przez same okoliczności zgonu, które poddawały w wątpliwość żywot króla. 

 

Evans dzieli najciekawsze historycznie przypadki tematycznie: przedstawia, co było traktowane jako kara boska, jakie były konsekwencje królobójstwa, co stanowiło o ciągłości władzy, a także jak interpretowano rozkład ciała monarchy. Ze względu na nikłą rolę królowych nie ma jak się rozpisać na temat źródeł przedstawiających okoliczności ich śmierci, jednak znajdziemy na ten temat skromny rozdział.

Choć spodziewałam się bardziej makabrycznej lektury obfitującej w ciekawostki historyczne, niespełnione ambicje i legendy, dostałam rzetelne akademickie opracowanie rozkładu sił duchowieństwa i władzy świeckiej, tendencji archiwistów i kronikarzy, a także wyjaśnienie używanych przez nich metafor.

Tematem byłam szalenie zainteresowana, ale książka okazała się ciężka w odbiorze, na pewno będzie zatem stanowiła spore wyzwanie dla osób nieprzyzwyczajonych do tego typu narracji, a także dla osób mniej obeznanych z królami Anglii. 

Dla fanów średniowiecza i książek popularnonaukowych może to jednak być nie lada gratka! 

09:17:00

Śniadanie u Tiffany'ego

Śniadanie u Tiffany'ego

Gdy słyszycie tytuł Śniadanie u Tiffany'ego na pewno macie przed oczami psotną Audrey Hepburn w czarnej sukience, wysoko upiętymi włosami i z papierosem w długiej lufce. Mało kto wie, że film powstał na podstawie opowiadania Trumana Capote - lepiej znanego z tytułu Z zimną krwią

Tytuł: Śniadanie u Tiffany'ego
Tytuł oryginału: Breakfast at Tiffany's 

Autor: Truman Capote
Tłumacz: Robert Sudół

Rok: 1958
Wydawnictwo: Albatros
ISBN:978-83-8125-427-4

Narratorem jest niespełniony/początkujący pisarz, który mieszka w tej samej kamienicy co Holly Golightly. Młoda kobieta wzbudza fascynację mężczyzn i zgorszenie innych kobiet, głównie dlatego, że jest damą do towarzystwa, ale także dlatego, że swoim beztroskim podejściem do życia wprawia wszystkich w osłupienie. 

 

O ile filmowa prezentacja Holly jest romantyczna, budzi uśmiech i uchodzi za jedną z ciekawszych opowieści, a także klasykę Hollywoodu, o tyle jej literacki pierwowzór nie wzbudził we mnie pozytywnych emocji. 

Mamy do czynienia z ekscentryczną trzpiotką, która nie chce się ustatkować, bo tak naprawdę nie umie znaleźć sobie miejsca na świecie, ani brać odpowiedzialności za swoje czyny. Ma więcej szczęścia niż rozumu, jest nonszalancka i pretensjonalna. Ale niektórzy stwierdzą, że łamie reguły, poszukuje siebie, nie boi się być sobą i przecież ma tylko jakieś 19 lat. Sam Capote bronił Golightly twierdząc, że nie jest ona prostytutką, lecz "amerykańską gejszą", ale kwestia odbioru jest już sprawą indywidualną czytelnika.

Opowiadanie zrobiło taką furorę, że co druga znajoma autora twierdziła, że była inspiracją dla postaci Holly. Obecnie biografowie sugerują, że chodziło tu raczej o matkę pisarza niż o modelki i aktoreczki, które chciały się zaprezentować w blasku cudzego sukcesu.  

W recenzowanej książce znajdziemy jeszcze kilka opowiadań autora, ale nie robią takiego wrażenia jak to tytułowe - są zdecydowanie krótsze, mają inną kompozycję, skupiają się na innych motywach. Uważam jednak, że fani ekranizacji powinni się zapoznać z pierwowzorem, zweryfikować i porównać wizję autora z wizją hollywoodzką, ponieważ sama chyba nadal większą sympatią będę darzyć postać wykreowaną przez Audrey Hepburn. 




11:08:00

The Castle of Otranto

The Castle of Otranto

Za rzadko sięgam po klasykę i jest to tendencja czytelnicza, nad którą bardzo ubolewam. Nie chodzi tylko o listę 100 tytułów BBC (klik!), ale o samo dziedzictwo kulturowe, które nie jest ujęte w żadnym wyzwaniu. Zatem jak zobaczyłam książkę, o której sporo słyszałam na studiach i konferencjach naukowych, to od razu powędrowała ze mną do domu!

Tytuł: The Castle of Otranto
Autor: Horace Walpole

Rok: 1764
Wydawnictwo: Oxford University Press
ISBN: 0-19-281606-3

Klasyka powieści gotyckiej została wydana w języku polskim pod tytułem Zamczysko w Otranto. Jednak zanim książka osiągnęła popularność, sam gatunek nie cieszył się dobrą sławą i autor zdecydował się wydać ją pod pseudonimem, a swoją własną skromną osobę przedstawił jako tłumacza cudownie znalezionego włoskiego manuskryptu. 

Taki zabieg dodał opowieści tajemniczości, chociaż sama fabuła broniła się i (co ważniejsze) sprzedawała błyskawicznie!


Książę Manfred jest uzurpatorem - bezprawnie zarządza zamkiem i roztacza wokół siebie negatywną aurę. Poddani są posłuszni, ale lękliwi, dzieci raczej w zachwyt na jego widok nie wpadają, ale żona jest w niego wpatrzona jak w obrazek - istne ucieleśnienie cnót. 

Koszmar zaczyna się, gdy w dniu swojego ślubu ginie syn Manfreda - Konrad. Okoliczności są o tyle upiorne, że zostaje on przygnieciony przez gigantyczny hełm kojarzony z pomnikiem prawowitego władcy zamku. 

Manfred jednak długo nie rozpacza - po co ma się ślub marnować! Z delikatnością tyrana stwierdza, że z racji wieku obecna żona nie da mu drugiego dziedzica, więc warto położyć łapska na niedoszłej synowej. 

Od tej pory zaczyna się prawdziwa gotycka awantura - białogłowy tułające się po zamku w rozchełstanych białych szatach, tajemniczy wybawiciele, niefortunne pojedynki, zawiść, cnoty, śmierć i wyjące duchy pojawiające się w poświacie księżyca. 

Połączenie średniowiecznej aury z wszechobecną grozą i z tym, co nadprzyrodzone stworzyło podwaliny gatunku. I być może książka nie budzi we współczesnym czytelniku zbyt silnych emocji, momentami wydaje się groteskowa lub śmieszna, to widzimy w tym dziele fundamenty estetyki, którą uwielbiamy we współczesnych książkach, filmach, sztuce, a nawet grach komputerowych!

Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger