Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BAŚNIE / PODANIA / LEGENDY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BAŚNIE / PODANIA / LEGENDY. Pokaż wszystkie posty

18:14:00

Zaklęta w łabędzia

Zaklęta w łabędzia

Ja naprawdę chciałam, żeby to było dobre! Chciałam intrygującej fantastyki wrzuconej w szalone lata '20, inspirację baśniami i romans, który chwyta za serce. A dostałam tylko ładną okładkę...

Tytuł: Zaklęta w łabędzia
Tytuł oryginału: Upon a Frosted Star

Autor: M.A. Kuzniar
Tłumacz: Izabela Matuszewska

Rok: 2023/2024
Wydawnictwo: Albatros 
ISBN: 978-83-8361-280-5

Forster jest odrzuconym przez rodzinę malarzem. Ledwo wiąże koniec z końcem, ale dzięki wsparciu przyjaciół jest w stanie funkcjonować w tętniącym życiem Londynie. I choć jak pomyślimy o wrzasku wspaniałych lat '20, to przenosimy się do Stanów Zjednoczonych, to nie zapominajmy, że na całym świecie lał się szampan, a wystawne przyjęcia przechodziły do historii. 


 

Jednym z takich przyjęć jest też doroczny tematyczny bal w posiadłości poza miastem - wydarzenie o tyle tajemnicze, że organizowane jest wraz z pierwszym śniegiem, a zaproszenia pojawiają się w przedziwnych formach na mieście. Forster, będąc na jednym z takich przyjęć, zostaje oszołomiony przez wybitną baletnicę, która daje tam występ. Nieznajoma dziewczyna szybko staje się jego muzą, a cały kolejny rok upływa mu na twórczej pracy i wyczekiwaniu następnej zimy. 

Odetta, bo tak dziewczyna ma na imię, okazuje się być organizatorką tych wystawnych bali. Jednak tylko biedny malarz odkrywa jej tajemnicę - dziewczyna przybiera postać człowieka tylko wtedy, gdy na ziemi utrzymuje się śnieg. Wraz z nadejściem wiosny, a raczej ze zmianą pogody (nie oszukujmy się, śnieg w okolicach Londynu nie utrzymuje się długo) dziewczyna zamienia się w łabędzia.  

Chciałabym napisać, że wzajemna fascynacja tej pary narasta z czasem, ale ona po prostu od razu się pojawia i nie czujemy ani głębi, ani dramatu ich położenia. Forster oczywiście stara się robić wszystko, żeby klątwę zdjąć, Odetta nie pozwala mu się w sobie zakochać, jest czarnoksiężnik, jest motyw Jeziora łabędzi i to wszystko jakoś tak pozlepiane bez ładu i składu. 

Motyw katastrofy Titanica został wprowadzony tylko po to, żeby uśmiercić zbędnych bohaterów, do powieści gotyckiej tego w ogóle nie da się przyrównać, klimat z Wielkiego Gatsby'ego ściągnięty do tego stopnia, że nawet auta mają te same kolory, a chemii między bohaterami nie czułam w ogóle. 

Nie jest to "piękna i kunsztownie utkana baśń", jak sugeruje okładka, tylko zlepek motywów, które akurat wpadły autorce do głowy. Plusem jest to, że czyta się szybko (bo w sumie nie ma o czym), więc można łatwo przez tę książkę przebrnąć. 

Nie polecam, ale jeśli już koniecznie chcecie, to poszukajcie jej w bibliotece, a nie inwestujcie w książkę tylko dlatego, że to seria butikowa.

12:29:00

Baśnie wschodniosłowiańskie

Baśnie wschodniosłowiańskie

Oczywiście, że skusiła mnie piękna okładka, ale przede wszystkim książkę miałam upatrzoną już od dawna. Mitologie sobie, ale tyle mądrego przekazu jest w baśniach i bajkach, że dobrze czasem wejść w świat, który wbrew pozorom nie jest zarezerwowany tylko dla dzieci!

Tytuł: Baśnie wschodniosłowiańskie
Autor: Iwona Czapla

Rok: 2024
Wydawnictwo: Replika
ISBN:978-83-67867-51-1

Staram się ograniczać kupno książek, zwłaszcza że coś, co się dobrze zapowiada, może być sporym rozczarowaniem. Publikację baśni miałam na oku już długo, aż w końcu książka zniknęła z księgarni internetowych. Szczęśliwie udało się zdobyć (ostatni na stoisku!) egzemplarz na Łódzkich Targach Książki.


 

I idąc za ciosem, od razu zaczęłam książkę czytać. To zbiór krótkich baśni, z których wyraźnie bije wschodniosłowiański klimat. Pojawiają się tam carowie i księżniczki, parobkowie, baby jagi, wielkie magiczne żmije i zbóje rodem ze stepów. Mnóstwo tu magii, niesamowitych umiejętności i sporo szczęśliwych zrządzeń losu. Chociaż nie unikamy też motywów związanych ze śmiercią i niebezpieczeństwem, czego we współczesnych bajkach na pewno nie znajdziemy. 

Niektóre opowieści są krótsze niż dwie strony, inne snują się trochę dłużej. Niektóre postacie pojawiają się wielokrotnie - jak Baba Jaga czy złe czarty. A niektóre czerpią z tych samych schematów (starsze małżeństwo, które nie mogło mieć dzieci, trójka braci, z których ten niby najgłupszy wykazuje się największą szlachetnością lub związek mężczyzny i kobiety, z których każde ma dziecko z poprzedniego małżeństwa i jedna z pasierbic jest źle traktowana). 

I chociaż sporo opowieści jest po prostu humorystycznych, przestawiających folklor i ówczesne życie, to cała masa baśni ma wartościowy przekaz. Bogactwo przychodzi do dobrych ludzi, a źli są karani za swoje okrucieństwo i chciwość. Ale jak to bywa ze starszymi baśniami, więcej w tej ostatecznej karze brutalności i krwi, żeby wydźwięk kary był jeszcze mocniejszy, a 

Plusem jest przepiękna okładka. Ale ilustracje w środku są innej ręki i są wręcz szkaradne. Niejedna dwunastolatka przygotowałaby lepsze rysunki, więc nie rozumiem zachwytów nad kunsztem ilustratorki.  

11:45:00

Siedem skór Esther Wilding

Siedem skór Esther Wilding

Do tej pory przygody z literaturą australijską wypadały całkiem pomyślnie. Co mogło pójść nie tak, jeśli sięgnęłam po uznaną autorkę i ciekawą zapowiedź na okładce?

Tytuł: Siedem skór Esther Wilding
Tytuł oryginału: Seven Skins of Esther Wilding

Autor: Holly Ringland
Tłumacz: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Rok: 2025
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-68367-61-4

Esther wraca do domu w rocznicę zaginięcia swojej starszej siostry Aury. Dziewczyna tuż przed śmiercią wróciła ze studiów w Kopenhadze, ale nie jest tą samą dziewczyną, którą rodzina odprowadzała na lotnisko 3 lata wcześniej. Jest zamknięta i przygaszona. Pewnego dnia wchodzi do oceanu i znika.  

Cała rodzina Esther nie radzi sobie ze stratą, ale główna bohaterka szczególnie. Za dużo pytań, za mało ciepła, zrozumienia i rozmów. Wraca więc na uroczystość upamiętniającą siostrę, tylko po to, żeby dowiedzieć się, że Aura miała pamiętnik, a w nim siedem tajemniczych wpisów, których nikt nie potrafi rozszyfrować. Esther zatem wyrusza w podróż, żeby dowiedzieć się więcej o życiu siostry. 

I uwaga, do tej pory, jak tak ubieram to w słowa, to wydaje się być ciekawa opowieść o żałobie, stracie, odkrywaniu siebie i przemianie. I jeśli chcecie przeczytać książkę, to nie czytajcie dalej recenzji, bo mam sporo zarzutów i spoilerów!


Esther nie wyrusza w podróż z własnej woli - raczej jest w nią wmanipulowana przez nieobecną emocjonalnie i zimną matkę oraz fajtłapowatego ojca-terapeutę. Życie Esther to jedna wielka porażka - ale to dlatego, że ciągle kopiuje starszą siostrę - od najmłodszych lat patrzy z uwielbieniem na Aurę i gdy tej zabrakło, dziewczyna się rozsypała. Ale zrobiła to w bardzo sztampowy sposób - ma spory problem z alkoholem i rozwiązłością. Krótko mówiąc ciągle jest schlana i puszcza się ze wszystkim co na drzewo nie spieprza! 

Chociaż przez kilka lat nie ma z siostrą za dużo kontaktu, to matka i tak wmanipulowuje ją w podróż na koniec świata, bo przecież były tak ze sobą zżyte. Dziwne, bo toksyczna, zimna i zdystansowana mamusia to z Aurą miała ciepłą i bliską relację, wspólny sekretny język i zainteresowania. Esther była ewidentnie dzieckiem odrzuconym, a powody, jakie wymyśla autorka to żenujący absurd. 

Jak już nasza pijana i puszczalska bohaterka trafia na nowy kontynent dowiaduje się o siostrze takich historii, że wstyd bierze, ale sekrety to jakaś 'tajna broń' autorki. Wszystkie dialogi, które mają prowadzić do rozwikłania tajemnic są o pogodzie i cynamonkach. Esther owija w bawełnę tak długo, że zaczyna to być męczące, a czytelnik czuje tylko irytację z powodu braku konkretów. A! I dziewczyna co akapit płacze!

Mamy tu dużo ględzenia o kobiecej sile, przepisywaniu baśni na nowo, żeby pokazać kobiecą perspektywę, oświecone pierdololo o tatuażach, że o mój borze szumiący, mogę zapisać swoją historię na skórze! No nie posrajcie się z tymi odkryciami! 

Miało być o żałobie i przemianie wewnętrznej na kanwie rdzennych australijskich opowieści, baśni nordyckich, legend z Wysp Owczych, a wyszła jakaś obyczajówka dla 70-latek, które z bredni o zakłamanej, toksycznej rodzinie i o pijaczce, która nie umie żyć własnym życiem, dowiadują się, że kobieta też człowiek. Żenujące, męczące, tandetne i okropne. Nie polecam! 

Ale za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Marginesy. 

18:47:00

Emily Wilde. Encyklopedia wróżek i elfów

Emily Wilde. Encyklopedia wróżek i elfów

Czy to książka, która zabierze Was w fantastyczną podróż i otuli magią jak kocykiem? Tak! Już dawno nie było mi tak ciepło na sercu, jak podczas czytania tej książki!

Tytuł: Emily Wilde. Encyklopedia wróżek i elfów
Tytuł oryginału: Emily Wilde's Encyclopaedia of Faeries

Autor: Heather Fawcett
Tłumacz: Anna Reszka

Rok: 2023 / 2024
Wydawnictwo: MAG
ISBN: 978-83-68069-28-0

Emily Wilde jest badaczem z Cambridge. Jej obecnie największy projekt to przygotowanie tytułowej encyklopedii wróżek i elfów, bo... tak, autorka przedstawia nam świat, gdzie baśnie i podania traktujemy jako dziedzinę naukową i nikt nie kwestionuje istnienia magicznych stworzeń i tajemniczych światów równoległych. 


Emily jest niezwykle ambitna i bardzo zależy jej na uznaniu grona akademickiego, więc żeby zebrać jak najlepsze źródła, wyrusza na wyprawę badawczą do małej wioski, którą umieścilibyśmy według opisów gdzieś na Islandii. Ma pewne problemy z nawiązywaniem relacji, a że jakimś sposobem udaje jej się obrazić najważniejszą osobę w wiosce już w pierwszych dniach pobytu, zaczyna tracić wiarę w to, że uda jej się poznać lokalne legendy. 

Z pomocą, ale także i ku jej udręce, niespodziewanie przybywa do niej kolega akademicki, który już ma wyrobioną renomę i proponuje jej współpracę. Emily się waha, ale czar, który Wendell rozwiewa wokół siebie zaczyna działać na mieszkańców wioski, a ci zaczynają się otwierać przed przybyszami - zarówno dlatego, że zostali udobruchani, jak i dlatego, że sami potrzebują pomocy.

Generalnie nie dostajemy tutaj encyklopedii, ale dziennik pisany przez Emily. To dzięki niemu widzimy jak zmieniają się relacje między bohaterami, jakie fantastyczne i coraz bardziej niebezpieczne przygody im się przytrafiają oraz jak działa umysł badacza. W książce są bowiem przypisy komentujące pewne teorie akademickie, wciągając czytelnika w świat, w którym napotkanie wróżki czy skrzata jest całkowicie możliwe i normalne. Autorka książki sporo czerpie z autentycznych baśni i legend brytyjskich i irlandzkich (tak, to też pamiętam jeszcze ze studiów!), więc pasjonaci mocno się wciągną! 

A to wszystko pisane jest lekkim stylem, co chwila uśmiechamy się do samych siebie i zagłębiami w świat, o którym zdecydowanie za mało się mówi! Cosy fantasy? Dajcie tego więcej! Plus jakie to jest piękne wydanie! Zachwyt!

14:38:00

Tristan 1946

Tristan 1946

Autorki nie znałam do tej pory zbyt dobrze. Cudzoziemki nie omawialiśmy w liceum. Jedyne, co z nią kojarzę to dom w Kazimierzu Dolnym i kilka tablic informacyjnych. Nic dziwnego, że rzuciłam się na powieść, ale… powieść rzuciła się też na mnie.

Tytuł: Tristan 1946
Autor: Maria Kuncewiczowa
Rok: 1967 / 2024

Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-68226-59-1

Tytuł można określić jako retelling klasycznej opowieści, która czerpała z kultury celtyckiej i romansu francuskiego. Wanda uciekła przed wojną do Kornwalii. Jest zaskoczona, gdy w ’46 dostaje list od syna, który szuka u niej schronienia, a który nigdy nie darzył jej cieplejszym uczuciem. Michał przeżył partyzantkę i obóz, jest skryty, arogancki, to chodzący obraz traumy wojennej.

Nie jest on jednak skupiony na odbudowaniu relacji z matką, ponieważ szybko poznaje młodą Irlandkę – Kathleen. Oczarowany jej osobowością, postanawia zrobić wszystko, żeby uratować ją przed domem rodzinnym, niechcianą pracą, a nawet samą sobą. Nie spodziewa się jednak, że dziewczyna bardzo szybko wyjdzie za mąż za wybitnego profesora, któremu miała pomagać w pisaniu prac naukowych.



Opowieść o Tristanie i Izoldzie chyba wszyscy znamy lepiej lub gorzej, więc doskonale przewidujemy rozwój fabuły. Płomienny romans, próby ognia, wygnanie, przebaczenie, nuda, aż w końcu wygaśnięcie płomiennej miłości, która bardziej bohaterów skrzywdziła, niż przyniosła im prawdziwego szczęścia. Wyrozumiałość dyktowana uwielbieniem młodości, zachłanność kierowana głodem uczucia i zrozumienia, a na końcu gorycz rozstania.

Kuncewiczowa nie ukrywa, że powiela archetyp celtyckich kochanków. Więcej, to postacie drugoplanowe tak długo snują podobieństwa i domysły, że Michał i Kathleen sami zaczynają wierzyć w mistycyzm swojego uczucia. Autorka przerzuca narrację między bohaterami, wzbogaca odbiór, gdy świat przedstawiony poznajemy z różnych perspektyw. Postacie są bardzo dobrze zbudowane, miotają się w swoich uczuciach, są rozdarci, naiwni, cierpliwi, aroganccy, zagubieni, histeryczni, samolubni.

Dostajemy głęboką powieść psychologiczną, która pisana jest w przystępny sposób, ale która przytłacza treścią. Nigdy nie lubiłam oryginalnych Tristana i Izoldy. Michała i Kathleen również nie sposób polubić, a wiadomo, jak ciężko czyta się książkę, gdy z nikim nie możemy się utożsamić. Atmosfera jest duszna, ciężka, czujemy pod skórą ciężar fabuły oraz niesmak i rozgoryczenie, gdy dobijamy do jej końca.

Niewątpliwie jest to powieść warta uwagi, świetnie napisana, ale musicie być przygotowani na jej klimat, napięcie i pokłosie.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.


11:48:00

Masters of Death

Masters of Death

Pierwsza książka w tym roku, chociaż rozpoczęta kilka tygodni temu. Niestety przed urlopem została mi sama końcówka i zdecydowałam nie brać jej ze sobą na wyjazd – głównie ze względu na twardą okładkę. Ale przyznaję, że oprawa to pierwsze, na co zwróciłam uwagę! Jest to jedna z najpiękniej wydanych książek w moim zbiorze.

Tytuł: Masters of Death
Tytuł oryginału: Masters of Death

Autor: Olivie Blake
Tłumacz: Agnieszka Myśliwy

Rok: 2023/2024
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-8959-8

Viola jest agentką nieruchomości. Chce sprzedać dom – rezydencję bardzo bogatej rodziny, na której ciąży klątwa. Dziwnym trafem wszyscy giną dość tragiczną śmiercią. Mimo wielu odwiedzających i starań agentki dom sprzedać trudno, bo w nim… straszy. Viola nie przejmuje się zanadto złośliwym duchem, bo sama jest wampirzycą i zna wiele nadprzyrodzonych istot. Fabuła się zagęszcza, gdy na jednym z dni otwartych pojawia się pewne bożątko i w trybie pilnym trzeba skontaktować się ze Śmiercią – w jego własnej postaci.

Problem? Śmierć zniknął, zbolałe dusze, które nie mogą przejść na drugą stronę błąkają się po świecie, równowaga została zachwiana i generalnie całej ludzkości grozi zagłada! Król występku, demon nad demony, próbuje przejąć władzę nad wszystkimi nadprzyrodzonymi stworzeniami, bo ma na nich haka! Otóż nieśmiertelni, znudzeni życiem wiecznym i nie mający w sumie zbyt wiele do stracenia, mają swoją nielegalną grę. Co ciekawe, gra ma jedną zasadę – nie przegrać! Na logikę proste, w rzeczywistości można się pogubić, o co w niej tak naprawdę chodzi.


Jak zatem uratować Śmierć, równowagę i wszystkich nieśmiertelnych? Trzeba w grę zagrać, a największe szanse na wygraną będzie miał chrześniak śmierci – Fox D’Mora, którego moralność i śmiertelność budzą spore wątpliwości. A jego znajomość ze wspomnianym wcześniej bożątkiem może pokrzyżować wszystkie plany!

Błyskotliwe urban fantasy czerpie sporo z mitów greckich i nordyckich, ale zaplączą się też postacie z wierzeń egipskich i hinduskich. Dialogi pisane są uszczypliwie, bohaterowie przerzucają się złośliwościami aż miło i co chwila parskamy śmiechem. Za to ogromny plus!

Im dalej w las, tym ciężar fabuły przenosi się z Violi na Foxa, ale autorka nie zapomina o bohaterce, którą rozpoczynała książkę. Czyta się to dobrze i lekko, chociaż mnogość postaci przeważyła nad ich głębią. Sam świat przedstawiony też można byłoby trochę dopracować, bo chciałoby się w nim zanurzyć i posmakować więcej. Stąd może średnie recenzje, bo potencjał książki chciałoby się wykorzystać jeszcze lepiej.

Moim zarzutem raczej będzie sama koncepcja gry nieśmiertelnych – przez pół książki czytamy o złotej zasadzie, ale nie do końca rozumiemy, jak zagrać. Te opisy wydały mi się chaotyczne i nieskładne, chociaż pod sam koniec, gdy możemy obserwować poszczególne rozgrywki, zaczynamy z grubsza rozumieć, o co chodzi.

Ale poczucie humoru, lekkość fabuły i bardzo realne wnioski, które z niej wyciągniemy, sprawiają, że to lektura szalenie przyjemna! Okazuje się bowiem, że gdy zaczniemy rozumieć grę, dotrze do nas prawda o śmiertelności, miłości i naszych wyborach. Świadomość, co możemy stracić, na czym polega szczęście i jak mierzyć się z rzeczywistością, to przemyślenia niezwykle wartościowe jak na książkę, która zaczyna się z taką swadą. Plus to genialne wydanie! Polecam!


19:04:00

Floriography

Floriography

Przy niektórych książkach nie ma się co spieszyć z lekturą. Nie dlatego, że fabuła nas oszałamia (i jednocześnie chcielibyśmy jak najszybciej przeczytać całą historię i rozkoszować się opowieścią jak najdłużej), ale dlatego, że jest to uczta innego rodzaju!

Tytuł: Floriography. An Illustrated Guide to the Victorian Language of Flowers
Autor: Jessica Roux

Rok: 2020
Wydawnictwo: Andrews McMeel Publishing
ISBN: 978-1-5248-5814-8

Zdajemy sobie sprawę, że kiedyś każdy bukiet, każdy wręczany kwiat oznaczał więcej niż tylko kurtuazyjny prezent podczas wizyty domowej, czy niewinny podarunek dla dawnego znajomego. Oprócz właściwości leczniczych, zwracano ogromną uwagę na symbolikę (często z medyczną charakterystyką powiązaną).


I tak zatem mięta oznacza pocieszenie, a bazylia nienawiść. Wilcza jagoda to znak milczenia - trująca roślina może zapewnić o trzymaniu języka za zębami lub stanowić ukrytą groźbę dla kogoś, kto ma za długi język. Piołun to gorycz, pszenica - bogactwo i dostatek. Petunia to gniew, a pokrzywa okrucieństwo. 

To zaledwie przykłady ukrytych znaczeń, a nie zapominajmy, że kolory to jeszcze inna bajka! Przecież żółta róża oznacza coś zupełnie innego niż różowa lub czerwona!

Książka jest pozycją encyklopedyczną, więc zaczęłam ją czytać miesiące temu i co jakiś czas wracałam do kolejnych wpisów. Każda roślina ma krótki opis związany z tradycją, podaniami lub legendami - stanowią one rozwinięcie jednowyrazowych uczuć, które możemy szybko zidentyfikować dzięki indeksowi. 

Ale oprócz wartości edukacyjnej musimy zwrócić uwagę na piękne ilustracje! Autorka sama zadbała zarówno o treść, jak i zobrazowanie roślin. Stylizowana kreska, stonowana kolorystyka i dbałość o detal sprawiają, że to pozycja, do której z chęcią będziemy wracać - zarówno dla rozrywki, jak i po to, żeby przypomnieć sobie ciekawostki o poszczególnych gatunkach. Ja polecam!

14:54:00

Przeklęta

Przeklęta

Wpadło w oko w bibliotece! Czyli tytuł, który kiedyś, gdzieś widziałam, ale nie było jak do niego dotrzeć!

Tytuł: Przeklęta
Tytuł oryginału: Cursed

Autor: Frank Miller, Thomas Wheeler
Tłumacz: Karolina Rybicka

Rok: 2020
Wydawnictwo: Znak Litera Nova
ISBN: 978-83-240-5615-6

Opowieści arturiańskie przyjmę pod każdą postacią. Jeśli usłyszę, że jest tam magiczny miecz, Merlin, Morgana, Artur i cała masa innych znanych imion, to przecież to jest gotowy przepis na sukces. No chyba, że książkę czyta się trochę jak scenariusz, a za skandalicznie brzydkie ilustracje odpowiada twórca Sin City.

Nimue należy do jednego z ludów czarownych. Ma wyjątkowe zdolności, ale do tej pory przysparzały one więcej zmartwień niż magicznego pożytku. Źle się czuje w swojej rodzimej społeczności i planuje wybrać się w daleką podróż, do czasu, gdy czerwoni paladyni najeżdżają jej wioskę. Okazuje się, że kościół stwierdził, że najwyższy czas na oczyszczenie i trzeba wyciąć w pień wszystkie istoty, które swoim istnieniem obrażają jedynego słusznego boga.


Podczas pogromu Nimue wchodzi w posiadanie magicznego miecza – tak, tego miecza. Szybko okazuje się, że staje się dzięki niemu niezwyciężona i zemsta nabiera rozpędu. Czy w takim razie jest sens oddawać go Merlinowi, staremu pijakowi i oszustowi, który dawno stracił swoją moc? Jak zjednoczyć ludy, aby walczyły o swoje przetrwanie? Jak pokonać religijnych fanatyków nie zaprzedając swojej duszy magicznemu orężowi?

Fabuła gna, dlatego musiałam sprawdzić, czy książka przypadkiem nie powstała na podstawie Netflixowego serialu, ale jednak nie – książka i serial powstawały prawie równolegle, z drobnym pierwszeństwem tekstu pisanego. Niektóre wątki w ogóle nie są wyjaśnione, inne są rozwiązywane jednym zdaniem. Brakuje głębi, chociaż jak na fantastykę, nie jest fatalnie.

Samo wydanie kusiło też ilustracjami, ale szybko przekonałam się, że to nie moja bajka. Kreska odrzuca, wszystkie postacie są po prostu brzydkie, a niektóre rysunki trzeba odsunąć od twarzy i mocno zmrużyć oczy, żeby zrozumieć, co rysownik chciał przedstawić. Tu też sprawa się wyjaśniła, gdy się zorientowałam, że Frank Miller jest twórcą Sin City, którego estetyka jest mi bardzo daleka.

Po obejrzeniu zwiastuna serialu raczej wiem, że na adaptację się nie skuszę. Prędzej przeczytałabym drugi tom, bo aż się prosi o rozwinięcie historii Pani Jeziora… ale nie zanosi się, żeby taki powstał.

12:32:00

Mitologia słowiańska

Mitologia słowiańska

Czy od dawna brakowało takiej pozycji na rynku wydawniczym? Tak. Czy czyta to się dobrze? Tak. Czy polecam? Tak!

Tytuł: Mitologia słowiańska
Autor: Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona

Rok: 2022
Wydawnictwo: Bosz
ISBN: 978-83-7576-672-1

Już w samym wstępie autorzy podkreślają, jak ważne jest przekazywanie sobie naszych starodawnych wierzeń. Okazuje się, że przecież doskonale znamy postacie z mitologii greckiej czy rzymskiej, fascynują nas bogowie egipscy i hinduscy, a dzięki popularnym filmom kojarzymy też bóstwa z mitologii nordyckiej. A gdy przychodzi o dawne opowieści Słowian, mamy problem z prawidłowym nazwaniem chociaż jednej postaci. 


 

I tak jak autorzy mówią, mamy na rynku różne teksty naukowe, ale są one nieprzystępne, trudne w odbiorze, skupiają się na wykopanych z ziemi skorupach i posągach, a nie o historiach, które przekazywali sobie ludzie. (Sama pamiętam swoją przeprawę z mitologią Gieysztora - tu recenzja!).

Wzorując się choćby na Parandowskim, Bobrowski i Wrona opowiadają nam, jak powstał świat, skąd wzięli się bogowie, jak ktoś staje się strzygą, wąpierzem czy innym upirem i biesem!

Język jest stylizowany na bardziej archaiczny, bardziej słowiański, ale nie jest to męczące. Dla bardziej zagubionych, na końcu książki jest słowniczek wyjaśniający niektóre zwroty. 

I cała lektura jest po prostu cudowna! Zagłębiamy się w świat starych wierzeń, poznajemy historie, które dodawały otuchy naszym pogańskim przodkom, które wyjaśniały świat i zjawiska meteorologiczne, ale też które umacniały szacunek do otaczającej przyrody. Jeśli jesteście zainteresowani naszą historią w przyjemnej i przystępnej formie, to jest to książka dla Was! Tylko ilustracje są tak paskudne, że aż wstyd... Ale tym się nie przejmujcie ;) 

16:57:00

Pieśń o Achillesie

Pieśń o Achillesie

Ile razy można opowiedzieć historię wojny trojańskiej? Tyle, ile znajdziemy perspektyw! Chociaż większość z nas nie sięgnie po oryginał i pięknego Achillesa kojarzy w wersji Brada Pitta (uważam, że świetnie pasował do tej roli), to warto zapoznać się z historią opowiedzianą przez drugoplanową postać. 

Tytuł: Pieśń o Achillesie
Tytuł oryginału: The Song of Achilles

Autor: Madeline Miller
Tłumacz: Urszula Szczepańska

Rok: 2012/2021
Wydawnictwo: Albatros
ISBN: 978-83-8215-688-1

Patroklos został wygnany i wydziedziczony przez zbrodnię, która była przypadkiem. Trafia na dwór ojca Achillesa, Peleusa, gdzie poznaje tego urodziwego i dzielnego młodzieńca. Zawsze pogardzany i wyszydzany, odnajduje zaufanie i szacunek uzdolnionego herosa, który wybiera go na swojego towarzysza. 

Z czasem chłopcy stają się nierozłączni, a im bardziej dojrzewają, dociera do nich, że zrozumienie, serdeczność i przyjaźń przerodziły się w dużo silniejsze uczucie. 

Młodym bohaterom towarzyszymy podczas młodzieńczych nauk u centaura, ale także i podczas wojny o piękną Helenę, na którą wszyscy młodzi grecy muszą się udać. Pragnienie sławy i nieśmiertelności coraz bardziej dają o sobie znać w usposobieniu Achillesa. Patroklos za to miota się pomiędzy uczuciem a chęcią pomocy, zwłaszcza tym, którzy nic nie zawinili w tej wojnie. 

Niewątpliwie jest to świetny zabieg literacki - oddać głos postaci, która już od epoki klasycznej budziła kontrowersje. Dzięki tej opowieści poznajemy więź, która wykracza poza sferę fizyczną i seksualną. To właśnie na tych dwóch postaciach skupia się autorka, ważniejsze elementy historii są przedstawione dość zdawkowo. 

To druga książka Miller, którą czytałam i chyba mam pewien problem z jej stylem. Pisze dość chłodno, nawet gdy mówi o namiętnościach i lub o największym żalu. Postać Achillesa od początku wydawała mi się dość pusta. Choć jego prostota miała graniczyć z naiwnością, był on ledwo znośny. Patroklos natomiast, który całe życie był miernotą, która nic nie umiała i angażowała się tylko w słuchanie pieśni wygrywanych przez Achillesa i podziwianiu jego ciała, nagle w kluczowej scenie, gdzie przebiera się w zbroję Achillesa, staje się oszałamiającym wojownikiem, który sieje postrach na polu bitwy. Całe życie zahukany przez ojca, rówieśników i matkę swojego wybranka, nagle miota włóczniami jak najlepszy wojownik. Brak mi tu konsekwencji w kreowaniu postaci. 

Książka na pewno spodoba się miłośnikom mitologii. Czyta ją się szybko, choć osobiście znowu nie czułam specjalnej chemii między bohaterami. Jestem zadowolona, że ją przeczytałam, ale jeszcze bardziej ciekawi mnie w takim razie to, czy Kirke, która od dawna czeka na półce, wzbudzi we mnie inne emocje.

12:04:00

Młot na czarownice

Młot na czarownice

Sięgacie po książki dawne? I nie mam tu na myśli klasyki literatury, tylko dzieła spisane wieki temu? Porwałam się na lekturę o czarownicach, ale nie wiedziałam, że piszę się na takie wyzwanie językowe!

Tytuł: Młot na czarownice
Tytuł oryginału: Malleus Maleficarum

Autor: Jakub Sprenger, Henryk Kraemer
Tłumacz: Stanisław Ząbkowic

Rok: 1487/1614/2023
Wydawnictwo: Drukarnia Szymona Kempiniego / Vis-a-vis Etiuda
ISBN: 978-83-7998-228-8

Originalny katolicki traktat został spisany w XV w. Polskie tłumaczenie, ale tym samym podobno bardziej okrojoną wersję wydano w Polsce w XVII w. I, o mamo! jaki to jest język! Naprawdę trzeba się wczytać, żeby zrozumieć niektóre archaizmy i całkiem odmienny szyk zdania. 


 

Ale jak już przełamiecie opory, dostaniecie przemyślenia, po których można rwać włosy z głowy. Bo chyba i tak nie spodziewaliście się racjonalnego rozumowania u inkwizytorów? Przecież to nic innego jak kieszonkowy podręcznik łowców czarownic, czyli spis zachowań, po których poznać, że ktoś ma diabła za skórą, sprowadza choroby na bydło i impotencję... w sumie też na bydło, lata z diabłami i wykrada niemowlaki. 

Żelazna logika tekstu uświadamia, że jesteś czarownicą, bo nie szanujesz boga, a klątwę też ktoś na ciebie rzucił, bo... nie szanujesz boga. Czyli jeszcze raz: spółkujesz z szatanem, bo nie chodzisz na mszę. Ale jak się za mało gorliwie modlisz do świętego obrazka, to sama jesteś sobie winna, że rzucono na ciebie klątwę, bo jakbyś była gorliwym matołem, który ma tylko pacierz na ustach, to byś sobie biedy nie napytała. 

Pamiętam zajęcia na studiach, podczas których próbowaliśmy przez ten tekst przebrnąć w języku angielskim. Nie poszło gładko. Ale pamiętam też dużo bardziej racjonalne argumenty przemawiające za tym, że w Europie pustoszonej przez wojny i choroby i ogólny brak higieny, w wioskach i mieścinach najczęściej było więcej kobiet. Te, które nie miały męża, brata, ojca, który by się nimi zajął, żeby przeżyć, musiały być rezolutne. A nic tak nie wpienia mężczyzny, jak inteligentna kobieta. 

A kobieta, która na torturach przyzna się w końcu do wszystkiego, byle tylko zakończyć swoje cierpienie, to już w ogóle miód na serce psychopatów i mizoginów, którymi zostawali inkwizytorzy. 

Z książką warto się zapoznać przez czystą ciekawość. Jeśli choć raz w życiu zaintrygowały Was polowania na czarownice i sytuacja kobiet, to Wasze wewnętrzne demony będą miały ubaw podczas lektury. Zwłaszcza, że to żadna fantastyka, tylko autentyczny tekst katolicki, kompendium wiedzy o czarach, które wywierało wpływ na nasze społeczeństwa przez stulecia! Bo nic tak nie mrozi krwi, jak prawdziwe historie. 


16:39:00

Wielka księga czarów

Wielka księga czarów

Ostatnio rozpływam się nad prezentami, które dostaję. Bo co to mówi o przyjaźni, jeśli dostaję z okazji Jul księgę zaklęć? I co jeśli przy stole padają nieironiczne prośby o zaklęcia ochronne? Po grudniowym spotkaniu z moimi przyjaciółkami nadal czuję się cudownie rozumiana i akceptowana za wszystkie moje wariactwa!

Tytuł: Wielka księga czarów
Tytuł oryginału: Witchcraft: A Handbook of Magic Spells and Potions

Autor: Anastasia Greywolf
Tłumacz: Anna Jurga

Rok: 2022
Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
ISBN: 978-83-8301-146-2

Książka, wbrew tytułowi, wcale taka wielka nie jest. Za to podzielona jest tematycznie, w zależności, jakich zaklęć potrzebujemy. Mamy tu zatem między innymi zaklęcia ochronne, eliksiry uzdrawiające, zaklęcia zapewniające dobrobyt, miłosne, dotyczące pogody i zwierząt, oraz (chyba moje ulubione) symbole i omeny. 


 

Autorka zebrała zaklęcia z różnych stron świata, bo przecież jeśli chodzi o deszcz, na pewno będziemy polegać na indiańskich szamanach. Obcowanie ze zmarłymi i nekromancja - szamani Hoodoo są do Waszej dyspozycji. Zemsta i miłość - nie ma to jak czarownice włoskie i hiszpańskie. 

I przyznaję, niektóre zaklęcia brzmią śmiesznie, inne wymagają trudno dostępnych składników (krew wybranka zdobędę, ale oko nietoperza?! No litości, one są pod ochroną!). Jeszcze inne są tak długą mantrą, że to większe wyzwanie do spamiętania, niż fragmenty Pana Tadeusza, których trzeba było się wykuć w szkole (to głównie hinduskie zaklęcia, no taki urok). 

Ale wszystkie dają pewien obraz kultury, z której się wywodzą. Cygańskie zaklęcia to konie i przebiegłość, a na przykład hiszpańskie i włoskie odzwierciedlają temperament i zaciekłość mieszańców tamtych regionów. 

Oprócz groteskowości samych inkantacji i składników eliksirów, które mogą wydawać się absurdalne, muszę przyznać, że świetnie bawiłam się nad lekturą - bo towarzyszyło mi lekkie przymrużenie oka. Wszystkie czarownice przecież doskonale wiedzą, że przy każdym zaklęciu liczy się intencja, a nie sama formułka! :D

11:57:00

Dziki łabędź i inne baśnie

Dziki łabędź i inne baśnie

Pierwsza recenzja w nowym roku i o dziwo, wcale nie książki, którą rozpoczęłam w grudniu! To dobry znak, żeby czytać od razu to, na co mamy ochotę!

Tytuł: Dziki łabędź i inne baśnie
Tytuł oryginału: A Wild Swan ans Other Tales

Autor: Michael Cunningham
Tłumacz: Jerzy Kozłowski
Ilustracje: Yuko Shimizu

Rok: 2015/2016
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
ISBN: 978-83-8062-026-1

Ogarnięta jakimś literackim szałem zakupowym kilka lat temu dodałam tę pozycję do koszyka. Paczka przyszła, książka pięknie ustawiła się na półce i czekała na lepsze czasy. Musiała nabrać mocy i skruszeć, żebym przeczytała ją teraz w ciągu 3 dni.


Michael Cunningham kojarzy nam się z Godzinami, za które dostał nagrodę Pulitzera, a słynna ekranizacja zdobyła aż dziewięć nominacji do Oscara. Ale jak sprawdza się w krótszej formie?

Autor pod lupę bierze klasyczne baśnie i zastanawia się nad motywacjami ich bohaterów, nad tym, jak odnaleźliby się we współczesnym świecie. Czy z momentem wypowiedzenia słów "żyli długo i szczęśliwie" kończy się bajka? A może dopiero zaczyna? Może morał jest pogrzebany zupełnie gdzie indziej? A co, jeśli opowiemy znaną historię z perspektywy "tego złego"?

To nie jest zbiór baśni dla dzieci! Niektóre historie podszyte są subtelnym, ale bardzo naturalnym erotyzmem. Inne wręcz wyuzdaniem. Przedstawiają boleśnie dorosłą rzeczywistość z całym marazmem wieku średniego, gdy już się wyszaleliśmy, a małżeństwa stygną i pary oddalają się od siebie. Pokazują młodość w całym jej idiotyzmie i ignorancji. Dają do myślenia i sprawiają, że nie sposób się od książki oderwać.

To doskonały retelling, zmieniający perspektywę odbiorcy. To wciąż wzruszające historie, ale z innych powodów. To uszczypliwe, bystre spojrzenie na bożych wybrańców, którzy muszą zmagać się z całkiem przyziemnym nieszczęściem lub dewiacją. Do tego nieoczywiste, ale dopasowane ilustracje.

Cieszę się, że zaczęłam nowy rok z taką pozycją, bo aż chce się czytać dalej. Mam nadzieje, że Wasze noworoczne wybory również okazały się trafione!

14:11:00

Gild

Gild

Recenzja, która wygrała w ankiecie Instagrama! Miał być hit TikToka - oto i on!

Tytuł: Gild
Tytuł oryginału: Gild

Autor: Raven Kennedy
Tłumacz: Stanisław Bończyk

Rok: 2021 / 2023
Wydawnictwo: You&Ya
ISBN:978-83-287-2572-0

Retelling o królu Midasie? Wątki z mitologii zawsze przyciągają mnie jak magnes. A tego tematu jeszcze nie widziałam. Książka 18+? Piszę się na to, pod warunkiem, że jest napisana ze smakiem.

Główna bohaterka Auren jest ulubienicą króla Midasa, ale także jego... niewolnicą. Mieszka w złotej klatce, w pałacu, który wydaje się być w całości pokryty złotem - od ubrań, przez meble, ściany, a nawet rośliny, które zdobią wnętrza. Co więcej, dziewczyna sama jest w magiczny sposób... złota. 

Jej wyjątkowość jednak nie wzbudza sympatii - inne nałożnice króla krzywo na nią patrzą, chociaż na całą książkę król tylko raz uprawia z nią stosunek, a inne dziewczyny i chłopcy zaznają dużo więcej przyjemności. 

Ale to właśnie złota skóra i włosy podkreślają jej wyjątkową sytuację w królestwie. Władca sąsiedniej krainy jest w stanie zrobić wszystko za jedną noc z Auren. Żona Midasa również ma plany wobec ozłoconej kochanki. A Midas? Jemu jedno królestwo już nie wystarcza. 

Miało być pikantnie, nic mnie w książce nie poruszyło. Miała być chemia, ale wbrew pozorom to polityczne intrygi lepiej się udały autorce niż relacje międzyludzkie. Książka jest stosunkowo krótka, ale tak niemiłosiernie się wlecze, że trzeba się zmuszać do lektury każdego kolejnego rozdziału. 

Auren ma mieć szlachetne serce, ale wyciągnięta z biedy i niedostatku tylko upija się do nieprzytomności w swojej złotej klatce, bo tak bardzo tęskno jej za królem, który... nic sobą nie reprezentuje. Wszystko jakieś takie nijakie.

Z ręką na sercu, nie mam pojęcia, co tak poruszyło czytelników udzielających się na TikToku. W tej książce nie dzieje się nic, a jak zaczyna się dziać, to w zupełnie innym kierunku niż początkowo myśleliśmy. Lektura wyjątkowo niskich lotów. Nie będę sięgać po drugi tom :/


13:50:00

Galatea

Galatea

To już ostatnia zaległa recenzja z 2022 roku! Tym razem jednak jest to krótka forma, ale przepięknie wydana i o bogatym przekazie!

Tytuł: Galatea
Tytuł oryginału: Galatea

Autor: Madeline Miller
Tłumacz: Anna Esden-Tempska

Rok: 2022
Wydawnictwo: Albatros
ISBN: 978-83-6742637-4

Tytułowa Galatea na pewno znana jest wielu osobom, ale częściej kojarzymy historię jej życia z Pigmalionem - starożytnym rzeźbiarzem, który był tak zniesmaczony prowadzeniem się kobiet lekkich obyczajów, że stworzył posąg idealny, czysty i nieskażony. 

W swojej fascynacji zakochuje się w wyrzeźbionym ideale, a bogowie litują się nad nim i ożywiają postać kamiennej kobiety. Od Owidiusza, przez sztukę George'a Bernarda Shawa, po mój ukochany musical My Fair Lady, opowiadano tę historię z naciskiem na szlachetność postaci męskiej. 

Słusznie można uważać, że to romantyczna opowieść o tym, jak artysta zakochuje się we własnej sztuce. Autorka jednak, oddając głos Galatei, podkreśla mizoginistyczny wydźwięk wcześniejszych interpretacji. Bo czy Pigmalion nie wydaje się także zgorzkniałym, moralizatorskim dziadem, który głośno potępia bezwstydne prostytutki, a sam zatraca się w niezdrowym uwielbieniu (również fizycznym u Owidiusza) posągu z kości słoniowej? 

Przebudzona Galatea ma się rumienić i trzepotać niewinnie oczami, z wręcz nabożnym uwielbieniem wpatrywać się w swojego (dosłownie!) stwórcę, skupiać się na dawaniu przyjemności i nawet nie próbować skalać umysłu jakąkolwiek ideą. Czy nie zapala Wam się czerwona lampka z tyłu głowy?

Wiecie, że u Owidiusza nasza bohaterka nie ma nawet imienia? W tym krótkim opowiadaniu Miller nie tylko przedstawia perspektywę ożywionego posągu, ale nadaje jej współczesny wydźwięk. Nie boi się mówić o fizyczności, fetyszyzowaniu czystości kobiet, nierównej roli społecznej, a także rozterkach, pragnieniu zdobywania wiedzy, a przede wszystkim wolności. 

To krótkie opowiadanie przeczytacie najpewniej w pół godziny, ale jego wydźwięk zostanie z Wami na bardzo długo, bo przedstawia nowe możliwości interpretacyjne romantycznej opowieści, które lepiej odpowiadają współczesnym ideom.


Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger