Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POEZJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POEZJA. Pokaż wszystkie posty

10:26:00

Odyseja

Odyseja

Zabierzmy się za tego gagatka i miejmy moje oburzenie z głowy! A wszystko dlatego, że po przeczytaniu tej książki moje wyobrażenie o Odysie znacznie się zmieniło. Ale okładka piękna, no co ja poradzę :D

Tytuł: Odyseja
Tytuł oryginału: Ὀδύσσεια Odysseia 

Autor: Homer
Tłumaczenie: Jan Parandowski

Rok: VIII w. p.n.e. / 2026
Wydawnictwo: Vesper
ISBN: 978-83-8408-230-0

W podstawówce chyba każdy przechodził pewną fascynację mitologiami, opowieściami ze świata antycznego, po nudnej prehistorii starożytność na lekcjach historii zaczynała interesować zupełnie inaczej. A może to ja po prostu byłam tym dziwnym dzieckiem :D

Ale moje wyobrażenie o Odyseuszu zawsze opierało się na jego bystrym umyśle - przecież to on wymyślił podstęp z koniem trojańskim. Przecież to on wymyślał (i rozwiązywał) najtrudniejsze zagadki i fortele! To na niego uwzięli się bogowie i dlatego, mimo wszelkich starań, nie mógł wrócić do ukochanej żony i ojczyzny. No i grał go Sean Bean! (nie oceniajcie). 


 

No, to tego... jak przeczytacie tę książkę to możecie do kosza wyrzucić wzniosłość i mądrość. BO TO ŁGARZ I KURWIARZ BYŁ! Dobra wymówka z tym, że bogom podpadł! Przez własną głupotę i pychę pchał się w zagrodę Cyklopa, a trzeba było odpłynąć od razu! U Kirke sam dobrowolnie rok siedział i to towarzysze podróży w końcu go szturchnęli i mówią "ej, stary, może wrócimy już do domu? w końcu dekadę to byliśmy na samej wojnie!". 

U Kalipso 7 lat siedział. Oh, jak trudno i smutno było dzielić łoże z boginią! Dopiero jak Atena z nią pogadała, to ta mówi Odysowi: "no dobra, fajnie było, spadaj do domu, tam są spoko drzewa, zbuduj sobie tratwę". A ten patafian co robi ostatniej nocy? No sam na pożegnanie pakuje się jej jeszcze do łóżka!

Opowieść o everymanie, który odnajduje siebie? Gdzie? ja się pytam! Raczej o facecie, który szukał wymówek, żeby do domu nie wrócić! I p*pa, a nie żeglarz! A, to jeszcze popłynę w ZUPEŁNIE INNYM KIERUNKU, żeby sobie wróżby wysłuchać, jak wrócić do domu! Mordo, serio?

A później wrzask i terror, bo mu pół Itaki żonę chce zbałamucić. To ta dwie dekady czeka, kmini, jak zbyć zalotników, kombinuje jak może, a ten dopiero jak zwęszył zagrożenie w domu, to zaczął zagęszczać ruchy. No co za hipokryta!

Poważnie, nie poznawajcie swoich idoli! Ja zawsze byłam przekonana, że Odys to taki zmyślny typ, co z każdej pułapki wybrnie, cwany pomysł podsunie. A tu sama Atena przewraca oczami na to, jak niepotrzebnie (patologicznie wręcz) ziomek zmyśla!

Więc pamiętajcie drogie dzieci. Jak macie wybierać faceta to przystojnego i/lub bogatego. Bo wszyscy kłamią! :D 

Ale już, no, o samej książce teraz! Parandowski robi ciekawy wstęp, gdzie rozwodzi się trochę o Homerze. O ile średnio szanuję jego Mitologię za wybiórczość i do bólu męski punkt widzenia, to tutaj jego wizja jest do zaakceptowania.  

Natomiast posłowie prof. Aleksandra Mikołajczaka skupia się bardziej na samym poemacie. Filolog zwraca uwagę chociażby na to, że był on recytowany / śpiewany. Jest tam wspaniała ciekawostka o heksametrze synchronizującym się z tętnem! Jest sporo o symetrii i kierunkach podróży (Telemach podróżujący na zewnątrz vs. Odys podróżujący do wewnątrz) oraz swoistym zbieraniu doświadczenia i przechodzeniu inicjacji przez ojca i syna. Jest słów parę o Ulissesie i powieści o podróży jako metaforze życia. Ale sporym zgrzytem jest tam sugestia, że dopiero po roku 1945, kiedy to Joseph Campbell opracował swoją koncepcję 'the hero's journey', inni twórcy zaczęli ją szeroko wykorzystywać w kulturze popularnej. Tak, owszem, ale nie podawajmy tam jako przykładu Hobbita, który został opublikowany w 1937 r.!

No i nie cytujmy Boba Dylana, tylko dlatego, że komitet noblowski dostał pomroczności jasnej. Bo nie, jednak nie kupuję romantyzowania kiepskiego kompasu moralnego i bycia kutafonem. Nie tutaj, 'nie na moim zegarku'! 

Ale książkę przeczytajcie! Przecież to klasyk :D 

 

10:19:00

Ocalić wzruszenie

Ocalić wzruszenie

Myślę, że trudno będzie znaleźć osobę, która nie zna słów "spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Nie każdy jednak będzie znał szerszą twórczość autora tego stwierdzenia. Rozumiecie więc, że mocno powodowała mną ciekawość!

Tytuł: Ocalić wzruszenie
Autor: Jan Twardowski

Rok: 2026
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08857-9

Zbiór wierszy, który przeczytałam ma podtytuł Autobiografia poetycka i podzielony został na trzy części. Pierwsza z nich ma traktować o życiu, przyjaciołach, prywatnych przeżyciach, druga o przetrwaniu wiary i trzecia o samym pisaniu wierszy. 


Prawie wszystkie jednak wiersze są poświęcone bogu, motywom religijnym, czym dla podmiotu lirycznego jest wiara i posługa, o odnajdywaniu boga w drobnych rzeczach i przyrodzie. Mało jest przeżyć, które z katolicyzmem nie są związane, zatem lektura zaczyna przytłaczać powtarzalnością motywów i refleksji. 

Wierszy o wojnie, stanie wojennym lub ustroju jest niewiele, znajdziemy kilka o elegijnym charakterze, gdzie autor wspomina matkę, dużo obserwacji dotyczących spadających liści, kilku gatunków ptaków i wiewiórek, no i znowu więcej o bogu. 

Język jest prosty i niewyszukany. I rozumiem, że w niektórych przypadkach właśnie taka prostota może nieść najwięcej głębi i poruszeń, ale na jakieś 250 wierszy zaczyna to być infantylne i uwsteczniające. W nocie biograficznej znajdujemy uzasadnienie, że autor posługiwał się prostym językiem, bo uczył dzieci niepełnosprawne - uważam to za naciąganą teorię, dopasowaną do wiecznie prostolinijnego toku myślenia poety. 

Zwłaszcza, że ulubione zwroty stosowane są czasem na zasadzie kopiuj-wklej (np. 'staruszka głowiąca się nad pasjansem, który nie chce wyjść' lub ' ktoś zbyt skromny, żeby czynić cuda'). Że nie wspomnę, że słowo 'brewiarz' używane jest z uporem maniaka - jakby ksiądz nie miał przy sobie innego rekwizytu i stale musiał wszystkim machać nim przed nosem. 

Być może dla osób wierzących taki religijny wydźwięk twórczości jest łatwiejszy do strawienia, ale dla reszty świata to proste wierszyki o bogu - męczące w nadmiarze, nie do końca skłaniające do przemyśleń.  

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.  

10:25:00

Miłość od pierwszego wejrzenia

Miłość od pierwszego wejrzenia

Czy można wydać jeden wiersz jako książkę? Można! A jak dodamy do tego ilustracje, dostaniemy wydanie opowiadające historię w dwóch formatach.

Tytuł: Miłość od pierwszego wejrzenia
Autor: Wisława Szymborska
Ilustracje: Beatrice Gasca Queirazza

Rok: 2022
Wydawnictwo: Format
ISBN: 978-83-66789-23-4

Książka jest przepięknym i przemyślanym prezentem ślubnym od przyjaciółki, która zgłębia rynek wydawniczy od podszewki! Tematyczny wiersz i przesłanie sprawiły, że oczywiście wzruszyłam się już odpakowując podarunek!


 

Opowieść o zakochiwaniu się, niepewności relacji i przypadku rządzącym losami dwóch osób idealnie wpisuje się w każdą historię o miłości. Bo przecież jest szansa, że minęliśmy się na mazurskich jeziorach. Może mijaliśmy się w Łodzi na tych samych imprezach, może oglądaliśmy ten sam zlot żaglowców w Gdyni? To są pytania, które co jakiś czas wracają, chociaż teraz wiemy, że poznaliśmy się w idealnym momencie.

Historia o poznaniu i splataniu życiorysów jest zilustrowana w sposób surowy, może wydawałoby się, że za mało poetycki do zobrazowania tak czułego wiersza noblistki, ale może właśnie w tej odmiennej kresce jesteśmy w stanie odnaleźć inny punkt widzenia i zespolić przypadki. 

Ciekawe wydanie, które można odkrywać raz po raz wracając do wiersza, to piękny pomysł na prezent. A dla mnie po prostu wyjątkowy. Dziękuję Domka! Kocham całym sercem!

12:01:00

Pierwsza wizyta tamburynu w Alpach

Pierwsza wizyta tamburynu w Alpach

Jak zapowiadałam na Instagramie, żółte okładki trafiają w końcu do recenzji! Po różnych przeprawach z prozą przyszedł czas na poezję.

Tytuł: Pierwsza wizyta tamburynu w Alpach
Autor: Adrian Tujek

Rok: 2022
Wydawnictwo: j
ISBN: 978-83-963027-7-9

Pierwszy kontakt z twórczością autora miałam podczas lektury Niebieskie nie schnie – recenzja ukazała się podczas poetyckiego września 2019 (przeczytasz ją tutaj). Byłam wtedy oczarowana zabawą językiem, konotacjami, motywami, wydźwiękiem wierszy i emocjami, które przekazują. Czytałam wersy pełne humoru, słodko-gorzkiej refleksji, zmuszające czytelnika do rozszyfrowywania znaczeń, co prowadziło do satysfakcji.


Kolejny wydany tom autora brnie w semantykę i defamiliaryzację jeszcze dalej. Ale wiersze wydają się surowsze, bardziej zwięzłe, ostre. To wycinki rzeczywistości, które są dość mroczne, pozostawiają po sobie gorycz, niedopowiedzenia, nie kończą opowieści, w którą czytelnik się zanurza. Dużo tu niebezpieczeństwa, trudów, ale też obrazów, które w życiu codziennym często ignorujemy i prześlizgujemy po nich wzrokiem.

Warstwa językowa nadal ma stanowić zabawę słowem, metaforą, znaczeniem. Czasem mam wrażenie jednak, że na jednej konotacji Tujek opiera cały wiersz, a udziwnienie, abstrakcja, którą nam prezentuje nie jest tak satysfakcjonująca jak w przypadku poprzedniego zbioru.

Niewątpliwie widzimy tutaj rozwój, eksperymenty z formą i odejście od klimatów poprzedniej publikacji. Jeśli zatem nie boicie się wyzwań polskiej poezji, wiersze te mogą przypaść Wam do gustu.


19:59:00

Łokieć jelenia

Łokieć jelenia

Zawsze mam problem z debiutami. Z jednej strony oczekujemy od autora, że z przytupem podbije świat literacki, z drugiej powinniśmy łaskawszym okiem patrzeć na pewne niedociągnięcia, które pewnie z czasem zostaną wygładzone przez ulepszany warsztat. 

Wiecie, że poezji czytam dużo, głównie irlandzkiej, z polską (zwłaszcza współczesną) dopiero się zaprzyjaźniam. Jednak niezależnie od języka, w którym czytam, zawsze szukam w wierszach 'tego czegoś' — magicznego składnika, który podbije moje serce niezależnie od formy czy środków literackich. 

Tytuł: Łokieć jelenia
Autor: Żaneta Gorzka

Rok: 2020
Wydawnictwo: Autorskie
ISBN: 978-83-938647-1-3

Zaczęło się od dość psychodelicznej okładki, eksperymentów z czcionką i podziękowań, które są zarówno wstępem do wierszy, jak i streszczeniem motywów, które się w nich pojawią. 

Forma liryczno eksperymentalna przypomina luźne myśli, nad którymi długo pracowano, żeby na spontaniczne wyglądały. Język bezpardonowy, ale zbyt wulgarny. Ale nie przeszkadza mi, że to kobieta bluźni i używa ostrych zwrotów. Przeszkadza mi mnogość wulgaryzmów i ich nieadekwatność względem tematyki wiersza.  

A sam charakter tomu jest jak najbardziej kobiecy, cielesny, to perspektywa matki, kochanki, kobiety współczesnej, obserwującej codzienność, ale i popadającej w dziwny trans, przywołujący na myśl upojenie młodzieży lat 70.

Jedni powiedzą, że to zabawa formą i językiem, feministyczny bunt przeciwko uprzedmiotowieniu i 'udomowieniu' kobiety, bezkompromisowy debiut i świetne poczucie humoru. A mnie te wiersze po prostu zmęczyły, bo może gdzieś za dużo tego wszystkiego, za mało subtelnie, zbyt drapieżnie, nie w moim klimacie i tak trochę na siłę.

13:27:00

Sny uckermärkerów

Sny uckermärkerów

Idąc za ciosem, musiałam zapoznać się z ostatnim tomikiem Małgorzaty Lebdy, tym nagrodzonym, tym przez który w ogóle zaczęłam czytać poezję autorki. 

Tytuł: Sny uckermärkerów
Autor: Małgorzata Lebda

Rok: 2018
Wydawnictwo: Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu
ISBN: 978-83-65772-28-2

Autorka sama przyznaje, że pracę nad tym zbiorem rozpoczęła krótko po publikacji Matecznika, który z kolei ściśle wiązał się z Granicą lasu. I tym razem znajdujemy rozwinięcie pewnych wątków, ale zamiast na domostwie, ogólnie rozumianym dzieciństwie i postaci ojca, autorka skupia się na rodzeństwie, rywalizacji, rytuałach i obowiązkach. To motywy, które wcześniej były jedynie zarysowane, a teraz dochodzą do głosu, wybijają się na pierwszy plan.

Relacje z rodzeństwem, podział obowiązków domowych, cicha obserwacja sióstr i brata, podszyte są niepokojem, który pierwszy raz wybrzmiał w Granicy lasu. Czułość jest szorstka, pragmatyczna, dorozumiana. To wymieszane wspomnienia, zbliżenia, kadry, poszczególne obrazy chwil, które wydają się być bolesne, znów podszyte stratą, jakimś dystansem i separacją. 


Dorastając w małej wsi, wszyscy członkowie rodziny mają bliski kontakt z naturą, ta ekopoetyka, o której wspomniałam w poprzedniej recenzji, wybrzmiewa jednak trochę inaczej, bardziej skupia się na współzależności człowieka z naturą charakterystycznej dla gospodarstwa wiejskiego. Nie oznacza to jednak, że Lebda rezygnuje z chłodnej, onirycznej atmosfery, która tak mnie zafascynowała wcześniej. Ten niepokój i obcowanie ze śmiercią wciąż podszywają wiele wierszy.

Motywem, który świadomie zostawiłam sobie na tę recenzję jest oczywiście religijność. Jednak to specyficzny rodzaj duchowości, połączenie na wpół pogańskich praktyk z ludowym katolicyzmem. Zwłaszcza w Snach... wybrzmiewa realizm magiczny, który wiarę małej społeczności wiejskiej przedstawia najbrutalniej. Rytualna moc przeplata się spójnie z oficjalnymi modlitwami, dając ludziom nadzieję na lepsze jutro, szansę na odegnanie złego, a sacrum miesza się z profanum. Wkracza tu jednak także swojego rodzaju szamanizm, zwłaszcza w połączeniu ze spajającą tomik chorobą.

Spotkałam się z opiniami, że ten tom to zwykłe "odcinanie kuponów" od Matecznika, ale Lebda sama mówi, że Granica lasu, Matecznik i Sny uckermärkerów traktuje jako całość. I na pewno należy je tak czytać, ponieważ każdy z tych zbiorów "wychodzi" z poprzedniego. Forma skraca się z każdą kolejną publikacją i chyba wciąż moim ulubionym tytułem będzie Granica lasu, jednak Lebda tworząc swoją własną przestrzeń poetycką, wpisuje się we współczesną poezję polską jako postać niezwykle konsekwentna i istotna.

Link do recenzji Granicy lasu - klik.
Link do recenzji Matecznika - klik.

12:25:00

Matecznik

Matecznik

W poprzedniej recenzji zachwycałam się Granicą lasu, którą będę już polecać każdemu. (link do recenzji: KLIK!) Warto jednak przyjrzeć się kolejnej pozycji autorstwa Małgorzaty Lebdy. 

Tytuł: Matecznik
Autor: Małgorzata Lebda

Rok: 2016
Wydawnictwo: Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu
ISBN: 978-83-64504-63-1

Tytuł sugeruje, że wchodzimy w głąb lasu, znajdujemy miejsce, które jest trudno dostępne, wolne od ingerencji człowieka, zapewniające egzystencję dzikim zwierzętom. I Matecznik rzeczywiście nie balansuje tak złowieszczo na granicy światów realnego i niepokojąco magicznego, skupia się na tym co blisko serca.  

 
To swojego rodzaju kalendarium, uchwycone momenty, które pokazują upływ czasu, oswajanie się ze stratą, chłodem maskującym uczucia najbliższych. Choć wciąż dostrzegamy mitologizację wczesnych wspomnień, to wydają się one śladowe w porównaniu z Granicą lasu. Z jednej strony to tomik bardziej dojrzały, z drugiej wydaje się, że autorka tej dojrzałości w pewien sposób cały czas się uczy. 

Figura ojca, która już w poprzednim tomie była naznaczona szczególnym potencjałem poetyckim, tutaj staje się postacią dominującą. Trudne, chłodne relacje, nauka płynąca z błahych wypadków, żal, dystans i troska. Fascynacja i strach. I cały czas silne poczucie straty. Te "liturgie odejść" sprawiają, że jest to otwarcie osobisty zbiór. 

Jednak oprócz wrażliwości czysto emocjonalnej, znajdziemy tu ogromne pokłady wrażliwości na naturę, która nas otacza. Las uczy o śmierci, pszczoły uczą o życiu. Człowiek, który egzystuje w świecie przyrody cały czas powinien chłonąć wiedzę, którą przekazuje nam fauna i flora. To niezwykle cenne spostrzeżenie, zwracające szczególną uwagę na potrzebę empatii i szacunku w stosunku do otaczającej nas rzeczywistości. Nurt, który uczy pokory.

Link do recenzji Granicy lasu - klik.
Link do recenzji Snów uckermärkerów - klik.

11:33:00

Granica lasu

Granica lasu

Nie mogę uwierzyć, że minął rok od poprzedniej recenzji, w której opisywałam poezję Małgorzaty Lebdy. Z mglistym wspomnieniem wróciłam do swojego tekstu, przeczytałam kilka wierszy, które tam wyróżniłam i cały czas nie mogę się nadziwić zmianie, która zaszła w autorce w ciągu 7 lat.

Tytuł: Granica lasu
Autor: Małgorzata Lebda

Rok: 2013
Wydawnictwo: Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu
ISBN: 978-83-62717-92-7

Dla przypomnienia wrzucam Wam recenzję debiutanckiej publikacji: KLIK! Ale sama najchętniej bym o tamtej książce zapomniała. Głownie dlatego, że Granica lasu zachwyca!

Widać tu wyraźną zmianę w stylistyce wierszy, są mniej eksperymentalne jeśli chodzi o formę, cudownie sprozaizowane, ale głębia uczuć i znaczeń jest tutaj porażająca. Tym bardziej, że znajdziemy tu wiersze napisane po śmierci rodziców autorki. 

Bardzo długo, także na własnym przykładzie, broniłam stanowiska, że wielka lub dobra sztuka nie musi brać się z cierpienia. Po takich wierszach jednak człowiek przestaje walczyć z wiatrakami. Z żalem, ale jednak, trzeba przyznać, że ból nadaje tym wierszom czegoś mrocznego, nienazwanego i przejmującego.

Niektórzy piszą, że Granica lasu to zbiór trenów, ale to także hołd oddany dzieciństwu, rodzinnemu domostwu i wczesnym wspomnieniom, które na wpół zapomniane odciskają swoje piętno na dorosłym życiu. 

To dzieciństwo uległo pewnego rodzaju mitologizacji, ale nie znajdziemy tu sielankowych scen i roześmianych dzieci, tylko oniryczny chłód, niewypowiedzianą groźbę, która kole czytelnika, dostaje się pod skórę, mrozi do szpiku kości. 


Podczas lektury przekraczamy tytułową granicę lasu, miejsce, które według licznych wierzeń samo w sobie jest magiczne, niepokojące i niebezpieczne. Duchy, a raczej niespokojne podmuchy wiatru wkradające się do dziecięcych pokoi, podkreślają pochmurną baśniowość wierszy. 

Skusiłabym się także na wzmiankę o ekokrytyce, o ingerencji człowieka w świat naturalny, szacunek dla zwierząt, związek z przyrodą, ale to zostawię sobie na kolejną recenzję, bo następny tomik będzie ściśle powiązany z tym…

Link do recenzji Matecznika - klik!

Wyświetl ten post na Instagramie.

Czeka Was recenzencki tryptyk! Coś dla miłośników dobrej poezji. Właśnie opublikowałam recenzję "Granicy lasu", tomiku, który mnie oszołomił i zachwycił. Ale na dniach dodam także pozostałe recenzje, które zachęcam czytać razem, bo każda kolejna publikacja "wyrasta" z poprzedniej. Link w bio! . . . . #granicalasu #małgorzatalebda #matecznik #snyuckermarkerow #snyuckermärkerów #nagrodaliterackagdynia #poezja #wiersze #poetry #poems #jestzachwyt #jestdobrze #polishpoetry #gloomyautumn #bookphotography #readersofinsta #bookstagrampl #książkanadziś #polishbookstagram #booklover #ecocriticism #oniryzm #onirism #bookcommunity #takczytam #readingtime #plantsforlife #bookish #bookaesthetic #bookoftheday

Post udostępniony przez Redhead in Wonderland (@redhead_in_wonderland)

13:31:00

Kefir w Kairze

Kefir w Kairze
Przyznaję, że Michała Rusinka musiałam wysłuchać na żywo, żeby zapałać do niego sympatią. Do tej pory wydawał mi się osobistością iście krakowską.

Jak w tym dowcipie:
- Czym różnią się profesorowie z Uniwersytetu Jagiellońskiego od innych profesorów w Polsce?
- Niczym, ale oni o tym nie wiedzą.

Jako tłumacz i literaturoznawca wybrałam się we wrześniu do Domu Literatury w Łodzi na publiczną rozmowę trzech specjalistów. Gośćmi jednego ze spotkań realizowanych w ramach wydarzenia „Ojczyzna Polszczyzna. Tuwim. Dodaj do ulubionych” byli Jerzy Jarniewicz, Michał Rusinek i Michał B. Jagiełło.

Dobrze posłuchać, co praktykujący tłumacze mają do powiedzenia, jakie trudności sprawiają im tłumaczenia lub czego w przekładzie należy unikać.

Po powrocie do domu zdałam sobie sprawę, że czas zacząć czytać zarówno książki autorstwa Rusinka, jak i jego przekłady. Na pierwszy ogień poszła książka dla młodszego czytelnika, ale intrygująca w swojej formie i przewrotności.

Tytuł: Kefir w Kairze. Rymowany przewodnik po miastach świata
Autor: Michał Rusinek
Ilustracje: Joanna Rusinek

Rok: 2018
Wydawnictwo: Znak emotikon
ISBN: 978-83-240-5064-2

Michał Rusinek zabiera nas w podróż po świecie. Odwiedzimy (ale nie zwiedzimy) z nim największe miasta świata dosłownie w kilka minut. I tylko tyle czasu na tę pozycję należy poświęcić.

Niektóre rymowanki wywołują uśmiech od ucha do ucha, inne to zbiór rymów częstochowskich, które mogą wywołać tylko nerwowy spazm.

Nie wiem czemu zbiór jest aż tak zróżnicowany, ale zakładam, że młodszy czytelnik nie będzie się zbytnio czepiał. I nie zrozumie, czym jest infantylizm.

Obawiam się, że dzięki renomie autora spodziewałam się znaleźć w tej książce coś bardziej treściwego. Przyznaję, że niektóre wierszyki są zgrabne i przyjemne, a także i niektóre ilustracje cieszą oko. Rysunki wykonane są przez siostrę autora i tematycznie odpowiadają treści wierszyków. To tworzy przyjemną spójność.

Należy także zaznaczyć, że wierszyki opierają się na zabawie słowem i rymem, a nie czerpią z faktów lub ciekawostek historycznych. Może jednak dla młodszego czytelnika okażą się intrygującą lekturą i zachęcą do zdobywania dalszej wiedzy, wędrowania palcem po mapie, dopytywania rodziców o prawdziwe informacje lub chociaż staną się przyczyną solidnego przyswojenia sobie polskiego alfabetu.

Dla mnie to pozycja bardzo średnia, a jeśli chodzi o twórczość Rusinka, to przerzucę się teraz na literaturę dla dorosłego czytelnika.

22:26:00

Niebieskie nie schnie

Niebieskie nie schnie
Poetycki wrzesień dobiega końca, ale mam dla Was jeszcze jedną recenzję! 

Tytuł: Niebieskie nie schnie
Autor: Adrian Tujek

Rok: 2019 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu
ISBN: 978-83-65772-67-1

Z niezwykłą przyjemnością przedstawiam Wam zbiór poezji, po której nie spodziewałam się niczego. Dostałam ten tomik w prezencie, z dedykacją, za którą niezmiernie dziękuję.

Nie nastawiałam się zatem na nic, nie szukałam, nie doczytywałam, starałam się chłonąć bez uprzedzeń i wyrobionych opinii. I jak dobrze, że z czystą głową zaczęłam czytać ten tytuł! 

Kilka pierwszych wierszy wykorzystuje motyw wody. Ale nie tylko jako żywiołu, ale tego, jak ją widzimy, rozumiemy, co z nią kojarzymy, jak się porusza. 

Rzeka, morze, plaża, pływy, prądy, migotanie światła na tafli, ciężar, pływanie, wodoodporność, zmienność, niejasność.

I po kilku stronach czuję niepewność. Czy to motyw przewodni, otwierający, powracający, a może monotonny?

Tujek jednak zaskakuje kolejnymi wierszami, a każda strofa okazuje się zabawą, zagadką, którą czytelnik sam rozwiązuje. Ale przekaz nie zawsze jest wesoły.
 
Przyznaję, że czytając ten tomik zbyt szybko, możemy przegapić najtrafniejsze spostrzeżenia i najsilniejsze emocje. Tu nie chodzi o pokazanie światu jak ciężko się żyje, jaki chaos panuje na świecie, jak trudno pozbierać się po rozstaniu.

Te wiersze to wbrew pozorom nieśmiałe postawy optymistyczne, szukające sensu w tragedii, spokoju w trudach, w utraconej miłości, szczęścia ukrytego w obowiązku. Bo przecież samo mówienie o rezygnacji i obojętności świadczy już w jakimś stopniu o postawie aktywnej.

Znalazłam tu wiersze, które dotknęły głęboko, takie, które zmusiły mnie do refleksji. I takie, które dopiero czytane za 2-3 razem objawiały mi cały swój dowcip. Bo „obosieczny dar czytany od końca promieniuje”, „woda nie wygląda z każdej strony tak samo”, a „plaża na zimę jest radosna”. „Od patrzenia znika tylko słońce”, „kolor czarny ma dwa odcienie”, „Ziemia jest kulą u nogi”, a „najlepiej wychodzi nam komunikacja miejska”. 

Autor bezwstydnie bawi się słowem, wyszukuje wyrazy zapomniane, nieznane, zakurzone. Jednak to semantyczne dokazywanie jest o tyle owocne, że narzuca nowe konotacje, a znaczenia się nawarstwiają, tworząc obrazy zmyślne i intrygujące. Taka defamiliaryzacja tematów i fraz zmusza do spojrzenia na nowo zarówno na słowo, jak i na świat, który to słowo opisuje.

Jednym zdaniem: mamy tutaj do czynienia z poezją nieoczywistą, mówiącą o silnych emocjach, opartą na świadomości językowej, której rozszyfrowywanie sprawia czytelnikowi satysfakcję, choć która pozostawia nas z pewnym poczuciem przydatnego smutku.

Trudno czegoś takiego nie polecić.

Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger