Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HORROR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HORROR. Pokaż wszystkie posty

11:29:00

Dom pogrzebowy Cottona

Dom pogrzebowy Cottona

Już nie pamiętam, gdzie ten tytuł wpadł mi w oko, że dopisałam go sobie do listy książek oczekujących w bibliotece. Miał tu się pojawić czarny humor, to miała być powieść gotycka, obraz współczesnego amerykańskiego południa, gdzie ciemnoskórym dziewczynom nadal wiedzie się źle. I tylko ten ostatni punkt się sprawdził. 

Tytuł: Dom pogrzebowy Cottona
Tytuł oryginału: House of Cotton

Autor: Monica Brashears
Tłumacz: Urszula Gradner

Rok: 2023 / 2024
Wydawnictwo: Mova
ISBN: 978-83-8371-225-3

Magnolia ma tylko dziewiętnaście lat, gdy babcia - jej jedyna opiekunka i przyjaciółka - umiera. Świat, który dotychczas znała nie tyle się zawalił, ile po prostu musi się zmienić. Główna bohaterka, która do tej pory nie podejmowała żadnych rozsądnych decyzji, musi stać się dorosła. 

Pogrążona w smutku dziewczyna nie reprezentuje żadnych szczególnych cech charakteru. Wiemy o niej tylko tyle, że ma głęboko zakorzenione pretensje do ludzi o jaśniejszym kolorze skóry i bogaczy. Jednego takiego człowieka poznaje podczas nocnej zmiany na stacji benzynowej. Mężczyzna proponuje jej pracę modelki, ale nie wyjaśnia szczegółów. 


 

Ponieważ Magnolia szybko pada ofiarą molestowania właściciela domu, w którym mieszkała z babką, postanawia skorzystać z oferty nieznajomego, bo przecież co gorszego może ją spotkać? Poza tym potrzebuje pieniędzy, żeby pozbyć się niechcianej ciąży, a na koncie ma jakieś 19$. 

Szybko okazuje się, że Cotton chce zarabiać na wkręcaniu zrozpaczonym rodzinom, że odpowiednio ucharakteryzowana Magnolia to ich dawno zmarła lub zaginiona córka, żona lub kochanka. Przy czym te rodziny o tym wiedzą, więc to chyba jedyne uczciwe zagranie w książce. 

Magnolia się zgadza, nawet przeprowadza się do domu pogrzebowego, ale szybko okazuje się, że Cotton i jego ciotka nie są idealni. On coś nadmiernie lubi zwłoki, a ona to pijaczka-hazardzistka. Magnolii jednak przez większość książki nie wadzi brak moralności, a rozwiązłość ma wpisaną w genotyp. 

Generalnie córka ćpunki, wnuczka ladacznicy, sama co pięć minut umawia się przez aplikację randkową na przygodny seks. I o ile wydaje jej się, że dominuje w tych relacjach, to prezentuje po prostu obraz zagubionej dziewczyny, która dawno straciła kontrolę nad własnym ciałem i stacza się jak wszystkie kobiety w jej życiu. Pojawiające się dookoła zjawy to nic innego jak wyrzuty sumienia, a żywe postacie są paskudnie przerysowane. 

Książka nie ma punkt kulminacyjnego, w połowie tracimy całkowicie zainteresowanie - ostatnie 100 stron męczyłam tydzień i w zasadzie zmusiłam się do dokończenia tej historii tylko dlatego, że zabrnęłam tak daleko. 

Nie polecam tego tytułu, nawet jeśli chcecie poczytać o doświadczanej życiowo dziewczynce, która wszystko chce podciągnąć pod rasizm i gospodarczo-społeczne uprzywilejowane. Nie ma przekazu, nie ma morału i nie jest to współczesna baśń, jak wmawiają niektóre opisy. Dajcie sobie spokój. 

15:57:00

Nawiedzony dom na wzgórzu

Nawiedzony dom na wzgórzu

Miejsce akcji: mała sala wykładowa, filologia angielska, Uniwersytet Łódzki, zajęcia z tłumaczem Krzysztofem Majerem.
Omawiany tekst: "Loteria" Shirley Jackson. 
Trauma: murowana
Wrażenia: zachwyt

Czyli o tym, jak dobrowolnie wracam do horroru!

Tytuł: Nawiedzony dom na wzgórzu
Tytuł oryginału: The Haunting of Hill House

Autor: Shirley Jackson
Tłumacz: Maria Streszewska-Hallab

Rok:1959 / 2021
Wydawnictwo: Replika
ISBN:978-83-66790-74-2

Już na studiach dotarło do nas, jak wielkie mamy szczęście, że możemy obcować z tak wybitnymi literaturoznawcami. Wspomnienia w młodym i chłonnym umyśle kreowały się pozytywnie. Dopóki nie zapisałam się na kurs opowiadań z pogranicza horroru u Krzysztofa Majera. Żółte tapety, diabły na ganku, wypychacze zwierząt, wisteria na skrzypiących werandach i loteria! 

Dla dyskusji o literaturze byłam w stanie znieść i to, że bałam się tekstów, które analizowałam :D A teraz, po latach, sama sięgam po Shirley Jackson. 


 

Nawiedzony dom i paranormalne zjawiska, które doktor Montague chce dokładnie zbadać. Dwie asystentki, które mają pewne doświadczenie z duchami. Luke, przyszły spadkobierca rezydencji, która staje się obiektem badań. 

Z początku pobyt w starym domu wydaje się pozbawiony dziwnych zdarzeń. Bohaterowie poznają nieruchomość, a także siebie nawzajem. Tajemnicze siły jednak tylko czekają na to, aby wybrać jedną z postaci na ofiarę. I chociaż z początku zamykające się drzwi można wyjaśnić krzywizną zawiasów, a przeciągi i wycie wiatru to standard w takich domach, to z nocy na noc coraz więcej zjawisk wymyka się racjonalnemu pojmowaniu rzeczywistości. 

Gotycki klimat horroru nasila się z rozdziału na rozdział, specyficzny styl dialogów u Jackson zaburza spokój czytelnika. Wbrew pozorom, to nie sam dom straszy najbardziej, ale to, co się dzieje w umysłach postaci, które się w nim dobrowolnie zamykają. 

Absolutna klasyka horroru! A w połączeniu z adaptacją Netflixa możemy doświadczyć gotyku na różne sposoby. Chociaż serialowa wersja nie jest wierną ekranizacją, uważam że wykorzystane motywy z książki świetnie się ze sobą przeplatają i oferują inny rodzaj zagubienia, strachu i goryczy. Polecam!

P.S.
Krzysiek, jeśli to czytasz, to wszystko przez Ciebie!



12:27:00

Carmilla

Carmilla

Ewidentnie nie pasują mi ostatnio mdłe lektury. Mam kilka rozpoczętych książek, ale czytam je bez większego entuzjazmu. Przyszedł zatem czas na powieść gotycką, irlandzką, wampiryczną, saficką, służącą jako pierwowzór i inspiracja dla Drakuli Brama Stokera - którego recenzję sprzed 10 lat (!!) możecie przeczytać tutaj - klik!

Tytuł: Carmilla
Tytuł oryginału: Carmilla

Autor: Joseph Sheridan Le Fanu
Tłumacz: Paulina Braiter

Rok: 1872 / 2024
Wydawnictwo: Uroboros
ISBN: 978-83-8319-549-0

Narratorką nowelki raczej niż powieści jest Laura, młoda dziewczyna zamieszkująca z ojcem zamek w Styrii (krainie historycznej, która teraz w większości znajduje się w granicach Austrii). Choć doskonale wychowana w anglosaskiej kulturze, czuje się samotna i doskwiera jej odludzie, jak malownicze by ono nie było. 


 

Pewnego wieczoru w pobliżu zamku wywraca się powóz i jedna z podróżujących kobiet musi na dłuższy czas liczyć na gościnę Laury i jej ojca. Intrygująca matrona zwraca jednak gospodarzom uwagę, by nie wypytywali Carmilli o jej pochodzenie, gdy sama będzie w długiej i pilnej podróży. Osamotnienie i dobre maniery sprawiają, że Laura z największą radością wpuszcza pod swój dach tajemniczą dziewczynę. 

Carmilla ma dziwne zwyczaje i przyzwyczajenia, ale jej urok i wdzięk sprawiają, że wszelkie wątpliwości i zaskoczenie odchodzą na dalszy plan. Nawet gdy główna bohaterka podupada stopniowo na zdrowiu, a w okolicznych domostwach i wioskach zaczynają umierać młode dziewczęta. 

To klasyka opowieści gotyckiej - mamy mroczne otoczenie, nadprzyrodzoną istotę, nieskalaną główną postać kobiecą i złowieszczą atmosferę! Le Fanu jednak w oryginalny sposób odwraca wiktoriańskie stereotypy - postacie męskie są tu bierne i bezczynne, a kobiety, zwłaszcza tytułowa Carmilla, podejmują działania i ewidentnie zajmują sprawcze pozycje. 

I choć Laura przedstawia uosobienie wiktoriańskich cnót (tzw. "angel in the house"), to relacje z Carmillą są napięte. Oznacza to, że wewnętrzny konflikt pomiędzy wątpliwościami a pożądaniem narasta i obie kobiety przedstawiają swoisty dualizm natury ludzkiej!

Świetna, szybka, krwista lektura w ciekawym wydaniu opatrzonym odważnymi ilustracjami. Polecam!

08:48:00

Pustki

Pustki

Kolejna książka, którą wypatrzyłam w bibliotece. Znowu okładka rzuciła mi się w oczy, bo napatrzyłam się na nią dawno temu na Instagramie i na półkach księgarni. Miało być groźnie, na okładce rekomendacja Stephena Kinga, po poprzedniej książce potrzebowałam odskoczni w zupełnie inny klimat i gatunek.

Tytuł: Pustki
Tytuł oryginału: The Loney

Autor: Andrew Michael Hurley
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska

Rok: 2016
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-280-2751-0

Informacja medialna o niepokojącym znalezisku w starym domu na klifie, gdzie odbywały się pielgrzymki przywołuje niechciane wspomnienia. Główny bohater wraca pamięcią do czasów, gdy cała rodzina skupiała się na przywróceniu zdrowia i głosu jego upośledzonemu bratu.

Religijny fanatyzm matki wywierał jednak wpływ nie tylko na jej własną rodzinę, ale także na innych zagorzałych parafian. Kobieta bowiem uważa, że co roku powtarzana wielkanocna pielgrzymka do źródełka w końcu uleczy jej syna. Wywiera naciski na wszystkich zaangażowanych, a także wchodzi w konflikt z nowym księdzem, który objął parafię. Śmierć jego poprzednika wzbudza pewne wątpliwości wśród wiernych, a dewotka za punkt honoru przyjęła dostosowanie nowego duszpasterza do jej własnych potrzeb.

Nasz główny bohater z kolei widać, że przejął całą opiekę nad swoim niepełnosprawnym bratem, znosi sztorcowania fanatycznej matki i godzi się na wychowanie w religijnym uwielbieniu. W głębi serca jednak odczuwa wątpliwości, strach, a także niechęć przed pielgrzymką, która ma się odbyć w ponure, opustoszałe miejsce. Tylko że jako dziecko nie może protestować.

Wyprawa idzie nie tak, jak powinna już od pierwszego dnia. Lokalni mieszkańcy nie są przyjaźnie nastawieni, pogoda nie dopisuje, a całe towarzystwo nie potrafi się zgrać i porozumieć. Bohaterowie zaczynają też odnajdywać niepokojące przedmioty.

To bardzo senna i leniwa powieść grozy, która w sumie grozą nie wieje. Debiut literacki, który sięga po powieść gotycką musi być wybitny, dziwnym trafem ta książka okazała się bestsellerem na rodzimym rynku wydawniczym, ale nie jest ona oszałamiająca. Czyta ją się dobrze, mimo objętości posuwamy się sprawnie w fabule, jednak przedstawione wydarzenia częściej skupiają się na atmosferze niż na samym wątku. Pojawiają się tu jakieś postacie, co do których nawet na koniec lektury nie mamy pewności, co w nią wnosili, samo zakończenie jest dość ciekawe, ale pozostawia pewien niedosyt i w końcu głowimy się, skąd tyle szumu wokół tego tytułu.

Jeśli szukacie horroru, to tutaj go raczej nie znajdziecie. Ja nie czułam napięcia i elementy, które miały niepokoić przeczytałam ze stoickim spokojem. Jednak to, co w powieści grozy działa tak dobrze to pragnienia głównych postaci, motywy, które popychają w kierunku zbrodni, szaleństwa lub ryzyka. W ten topos autor wpasował motyw religijności, zwątpienia w bożą obecność, wiary w to, co niemożliwe, a wręcz nadprzyrodzone, a na koniec nawet naiwności i ignorancji. Jeśli interesują Was takie wątki, to to może być dobra lektura.


13:39:00

Mexican Gothic

Mexican Gothic

Powieść gotycka, którą opisano jako połączenie Lovecrafta z siostrami Bronte w Ameryce Łacińskiej? Tak, poproszę!

Tytuł: Mexican Gothic
Tytuł oryginału: Mexican Gothic

Autor: Silvia Moreno-Garcia
Tłumacz: Ryszard Oślizło 

Rok: 2020/2022
Wydawnictwo: Mova
ISBN: 978-83-67247-70-2

Główną bohaterką jest Noemi - frywolna kokietka, która lubi dobrą zabawę, modne sukienki i o dziwo także antropologię. W odpowiedzi na tajemniczy list kuzynki, która niedawno dość pospiesznie wyszła za mąż, wyrusza do Wysokiego Dworu - posiadłości, która stała się nowym domem jej przyjaciółki z dzieciństwa. 

Gdy Noemi dociera do posiadłości, spotyka tam surowe reguły, rozsypującą się posiadłość oraz rodzinę, która wzbudza niepokój od pierwszej chwili. Kuzynka natomiast jest wymęczona tajemniczą chorobą, cierpi na brak snu, stany lękowe i w niczym nie przypomina wesołej dziewczyny sprzed kilku miesięcy. 

Główna bohaterka robi wszystko, aby pomóc, jednak i ją zaczynają nawiedzać niepokojące wizje i koszmary, relacja z gospodarzami staje na ostrzu noża i sama Noemi wkrótce z wybawicielki przemienia się w ofiarę - tajemniczych rytuałów, własnej buty i lekkomyślności, ludzi zamieszkujących Wysoki Dwór, a nawet samego domu!

To mroczna opowieść, ale pisana na tyle lekko, że sami nie będziemy (a przynajmniej nie powinniśmy) mieć po niej koszmarów. Bliżej jej jednak do opowieści Lovecrafta niż którejkolwiek z książek Bronte. Noemi jako dama w opałach i jednocześnie próbująca stać się swoją własną wybawicielką na pewno nadaje kanonowi powieści gotyckiej nowy sznyt, chociaż z samą bohaterką trudno się utożsamiać. Dużo w niej z trzpiotki, która lubi bawić się uczuciami kawalerów na imprezach, a troszkę za mało głębi, mimo usilnej próby stworzenia z niej postaci wielowymiarowej. 

Fabuła  jednak spełnia swoją rolę, ponieważ bawiłam się przy niej doskonale! Do tego stopnia, że chętnie sięgnę po inne pozycje autorki!

11:08:00

The Castle of Otranto

The Castle of Otranto

Za rzadko sięgam po klasykę i jest to tendencja czytelnicza, nad którą bardzo ubolewam. Nie chodzi tylko o listę 100 tytułów BBC (klik!), ale o samo dziedzictwo kulturowe, które nie jest ujęte w żadnym wyzwaniu. Zatem jak zobaczyłam książkę, o której sporo słyszałam na studiach i konferencjach naukowych, to od razu powędrowała ze mną do domu!

Tytuł: The Castle of Otranto
Autor: Horace Walpole

Rok: 1764
Wydawnictwo: Oxford University Press
ISBN: 0-19-281606-3

Klasyka powieści gotyckiej została wydana w języku polskim pod tytułem Zamczysko w Otranto. Jednak zanim książka osiągnęła popularność, sam gatunek nie cieszył się dobrą sławą i autor zdecydował się wydać ją pod pseudonimem, a swoją własną skromną osobę przedstawił jako tłumacza cudownie znalezionego włoskiego manuskryptu. 

Taki zabieg dodał opowieści tajemniczości, chociaż sama fabuła broniła się i (co ważniejsze) sprzedawała błyskawicznie!


Książę Manfred jest uzurpatorem - bezprawnie zarządza zamkiem i roztacza wokół siebie negatywną aurę. Poddani są posłuszni, ale lękliwi, dzieci raczej w zachwyt na jego widok nie wpadają, ale żona jest w niego wpatrzona jak w obrazek - istne ucieleśnienie cnót. 

Koszmar zaczyna się, gdy w dniu swojego ślubu ginie syn Manfreda - Konrad. Okoliczności są o tyle upiorne, że zostaje on przygnieciony przez gigantyczny hełm kojarzony z pomnikiem prawowitego władcy zamku. 

Manfred jednak długo nie rozpacza - po co ma się ślub marnować! Z delikatnością tyrana stwierdza, że z racji wieku obecna żona nie da mu drugiego dziedzica, więc warto położyć łapska na niedoszłej synowej. 

Od tej pory zaczyna się prawdziwa gotycka awantura - białogłowy tułające się po zamku w rozchełstanych białych szatach, tajemniczy wybawiciele, niefortunne pojedynki, zawiść, cnoty, śmierć i wyjące duchy pojawiające się w poświacie księżyca. 

Połączenie średniowiecznej aury z wszechobecną grozą i z tym, co nadprzyrodzone stworzyło podwaliny gatunku. I być może książka nie budzi we współczesnym czytelniku zbyt silnych emocji, momentami wydaje się groteskowa lub śmieszna, to widzimy w tym dziele fundamenty estetyki, którą uwielbiamy we współczesnych książkach, filmach, sztuce, a nawet grach komputerowych!

09:27:00

Kraina Lovecrafta

Kraina Lovecrafta

Nie znajdziecie na tym blogu zbyt wielu recenzji poświęconych horrorom. Nie jest to gatunek, po który sięgam, ponieważ najzwyczajniej w świecie się boję i nękają mnie później koszmary. Naprawdę! Kiedy jednak widzę nawiązanie do Poe lub Lovecrafta, coś się we mnie przełamuje. A jak dodatkowo dorzucimy lata 50., to może się okazać, że przepadnę w lekturze!

Tytuł: Kraina Lovecrafta
Tytuł oryginału: Lovecraft Country

Autor: Matt Ruff
Tłumacz: Marcin Mortka

Rok:2020
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 9788328083486 

Atticus Turner jest weteranem wojny w Korei, na którą się zaciągnął nie tylko, żeby uciec przed prześladowaniem w kraju, ale także aby uwolnić się od swojego ojca, który pasem i pięścią próbuje wpoić swoje poglądy. Po powrocie do Stanów Atticus nie wraca od razu do rodzinnego domu, ale po otrzymaniu dziwnego listu od ojca, postanawia rozwiązać zagadkę jego zaginięcia. 

Razem z wujem Georgem i Letycją, przyjaciółką z dzieciństwa, wyruszają na poszukiwania zaginionego mężczyzny, który w ostatnich miesiącach wydawał się wręcz obłąkany chęcią poznania rodzinnych korzeni matki Atticusa. 

Cała trójka, która nieprzypadkowo jest zafascynowana powieściami grozy, odnajduje dziwną posiadłość, której właściciel, pan Braithwhite, ma co do Atticusa bardzo niepokojące plany, właśnie ze względu na jego pochodzenie. Gdy jawa miesza się ze snem, a potwory i duchy przestają być tylko postaciami z ulubionych książek, bohaterowie zdają sobie sprawę, że będą musieli zmierzyć się z zagrożeniem dużo potężniejszym niż biała dominacja rasowa. 

I przyznaję, że przez większość książki to właśnie  problemy społeczne lat 50. wydawały mi się najbardziej interesujące. Przemoc systemowa, brutalność stróżów prawa, a także ohydne uprzedzenie białych przedstawicieli społeczeństwa mrozi krew w żyłach. Ruff nie sięga tutaj po żadne fantastyczne motywy literackie, po prostu przedstawia świat, jakim był, co naprawdę sprawia, że czujemy dyskomfort podczas lektury. 

Ale jako powieść grozy jest to świetna zabawa z gatunkiem. Każdy rozdział na dobrą sprawę przedstawia przygodę innego członka rodziny, co ostatecznie splata się w jedną opowieść. Mamy tam ożywione lalki, duchy, nawiedzone posiadłości, podróże w czasie i przestrzeni, tajemnicze potwory czyhające na nas w ciemności, tajne magiczne bractwa i sabaty, ale przede wszystkim wszechobecną magię!

I może tutaj miałabym jeden zarzut, właśnie dotyczący tej magii, ponieważ bohaterowie wydają się niezaskoczeni jej istnieniem. Gdy coś dziwnego się dzieje, po prostu to akceptują, a przynajmniej tak się wydaje, ponieważ nie poznajemy zbyt wiele ich myśli. Fabuła jest sensacyjna i czytamy ją błyskawicznie, tak, jakbyśmy oglądali serial. 

I właśnie o ten serial też mi się rozchodzi, bo po przeczytaniu książki, od razu włączyłam pierwszy odcinek. To niesamowita adaptacja, poruszająca może nawet trochę więcej tematów społecznych niż w książce (homoseksualizm, feminizm), mamy też tak zwany gender swap i niektóre postacie są po prostu innej płci. Ale twórcy serialu wiedzą, że fani książki dostrzegą te zmiany i w ósmym odcinku poszczają do nas oko!

Być może oglądając na ekranie niektóre sceny, bałam się bardziej niż podczas lektury, ale lata 50., muzyka i stroje, wszystko rekompensują. Zwłaszcza, że w serialu chemia między Letycją i Atticusem jest genialna! Nie musicie zatem w ogóle pytać, czy polecam ;) 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

12:16:00

Witamy w Lovecraft

Witamy w Lovecraft
Sięgacie czasem po coś zupełnie innego, zaskakującego, czego nie czytacie regularnie? Nie chodzi mi tylko o zapoznanie się z nowym autorem, ale wręcz o sięgnięcie po nowy rodzaj lub gatunek literacki. Bo co powiecie na komiks?

Tytuł: Locke & Key. Witamy w Lovecraft (tom I)
Autor: Joe Hill (scenariusz) / Gabriel Rodriguez (grafika)
Rok: 2008 (Świat) / 2014 (Polska)
Wydawnictwo: Taurus Media
ISBN: 978-83-64360-23-7

Na wzmiankę o komiksie natrafiłam, szukając w Internecie pozycji podobnych do Stranger Things. Zafascynowana serialem, chciałam zanurzyć się w lekturze, która swoim klimatem przypominałaby odrobinę produkcję Netflixa. 
 
Locke & Key to opowieść o trójce rodzeństwa, które zmagają się z ogromną tragedią - psychopatyczny chłopak, Sam, wdziera się do ich letniego domku i zabija ich ojca. Rodzina, która nie może sobie poradzić z ogromem tragedii zmienia środowisko i wyprowadza się do wuja na drugim wybrzeżu kraju.

Jednak dom, do którego trafiają, wydaje się żyć własnym życiem. Keyhouse to olbrzymia posiadłość, która kryje w sobie tyle zagadek, co pokoi. Każde drzwi bowiem, otworzone odpowiednim kluczem, mogą przenieść nas w inne miejsce lub użyczyć nam różnych nadprzyrodzonych mocy. 
 
Każde z dzieci próbuje sobie radzić z tragedią jak tylko może najlepiej. Najstarszy Tyler, który ostatecznie pokonał psychopatycznego nastolatka, walczy z mrocznymi wyrzutami sumienia i oddaje się ciężkiej pracy, aby fizyczne zmęczenie ukoiło jego zszargane nerwy. Młodsza Kinsey stara się nie wyróżniać w nowej szkole, chociaż wie, że nowi koledzy plotkują o jej rodzinnej tragedii. Dziewczyna próbuje przegonić własne lęki, szukając w tej nowej sytuacji swojej własnej tożsamości. I w końcu najmłodszy Bode - kilkuletni chłopiec, który jako pierwszy doświadcza tajemniczej aury domu. Chłopiec próbuje opowiedzieć rodzeństwu, matce i wujowi, co potrafi, przechodząc przez dziwne drzwi. Jednak dorośli myślą, że to jego sposób na walkę z traumą, a starsze rodzeństwo uznaje to za kolejny nieśmieszny żart brzdąca. 

Wszystko jednak nabiera bardziej złowrogiego charakteru, gdy mały Bode trafia na zamkniętą studnię, której echo zaczyna z nim rozmawiać. Dodatkowo, morderca Sam ucieka z zakładu, w którym był zamknięty i szuka magicznego klucza, dzięki któremu dziwne bóstwo, którego polecenia wykonuje, wydostanie się ze swojego mistycznego więzienia.

Wydaje się, że streściłam całkiem sporo fabuły, jednak należy pamiętać, że cały cykl składa się w sumie z 6 tomów. Zatem pierwszy z nich stanowi pewnego rodzaju zarys historii i szkic postaci, z którymi spędzimy jeszcze trochę czasu. 

Trzeba przyznać, że scenariusz napisany jest po mistrzowsku - fabuła staje się coraz mroczniejsza, chociaż wydawałoby się, że rozpoczynamy lekturę od najbardziej dramatycznego wydarzenia. Autor przeplata chronologicznie sceny sprzed tragedii z tymi, które dzieją się w czasie teraźniejszym. Doskonale przeskakuje ze scen życia rodzinnego głównych bohaterów po krwawe i wstrząsające ujęcia z życia Sama. Nie ma się zresztą co dziwić, że efekt prezentuje się tak dobrze, skoro osobą za niego odpowiedzialną jest Joe Hill, czyli syn samego Stephena Kinga. 

Kreska komiksu może wydawać się zbyt grzeczna, zbyt bajkowa, a jednak brutalność wydarzeń i gotycki charakter domu oddane są według mnie z ambitną starannością. Być może właśnie ta z początku nieodpowiednia grafika tworzy tak niesamowitą całość z paranormalnym horrorem, którym okazuje się opowieść. 

A co będzie dalej? Na koniec pierwszego tomu bohaterowie odnajdują tylko dwa magiczne klucze, jednak z treści komiksu wiemy, że jest ich znacznie więcej! Dodatkowo samo zakończenie jest tak intrygujące i niepokojące, że z chęcią sięgniemy po kolejne zeszyty! No ja polecam :)


12:22:00

The Legend of Sleepy Hollow

The Legend of Sleepy Hollow
Rozpoczął się ten magiczny moment, kiedy bez zażenowania i krzywych spojrzeń można się zawinąć w koc z herbatą i książką. Jest zimno, wieczory są ciemne i ponure i depresja jest oficjalnie akceptowanym zjawiskiem społecznym :) Ale poza tym zbliża się Halloween! Moje ulubione święto w roku! I nie ze względu na komercyjny szał na nietoperze, pajęczyny i kapelusze czarownic, ale dlatego, że od zawsze byłam pod ogromnym wrażeniem celtyckiego Samhain, które oznaczało koniec lata. Sama zmiana pór roku to jedno, ale wszystkie kwestie związane z wędrówką dusz zmarłych w tym pogańskim znaczeniu przyprawiają mnie o rumieńce i niespokojne zainteresowanie. Jako jedno z czterech świąt celtyckich nie związanych z cyklem solarnym (o czym pisałam gdzieś u Sapkowskiego i na pewno napiszę recenzując Obcą) wywołuje u mnie dreszcz emocji i fascynację dawnymi wierzeniami. Kto będzie się zatem dziwił, że sięgnęłam po...

Tytuł: The Legend of Sleepy Hollow (English)
Autor: Washington Irving
Rok: 1820
Wprawdzie jestem w trakcie czytania Obcej i znów rzuciłam się w wir zajęć i pracy, to mimo wszystko znalazłam czas na przeczytanie pozycji, do której od dawna nie mogłam dotrzeć. Zdaję sobie sprawę, że to jedynie krótkie opowiadanie, ale jednak zrobiło na mnie wrażenie pod tym względem, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego!
Wychowana wręcz na ekranizacji Tima Burtona myślałam, że opowiadanie jest tak samo mroczne, straszne i przerażające jak film. Jakie było moje zdziwienie, gdy dobrnęłam do końca i w zasadzie nie doczekałam się scen, które zmroziłyby mi krew w żyłach.

Byłam wręcz zła, co teraz odbieram z lekkim rozbawieniem. Otóż jeśli ktoś widział Jeźdźca bez głowy, to zna specyficzne klimaty Burtona, kojarzy kreację Johnnego Deppa i świetnie wspomina nagrywanie filmów na kasety. Ale ten film jest jedynie oparty na opowiadaniu, które było inspiracją dla głównego wątku, lokalizacji i postaci, a nie wierną kopią przeniesioną na ekran.
 
No i bohaterowie się zgadzają. Po części. Mamy główną postać: zafascynowanego magią i legendami, ubogiego nauczyciela, który swoją posturą raczej wzbudza śmiech i pogardę niż sympatię czytelnika. Sam jego opis wskazuje na to, że autor miał niemały ubaw opisując długie kończyny i wyłupiaste oczy, którymi charakteryzuje się Ichabod Crane (crane - ang. żuraw). Patrząc na umiłowanego przeze mnie w tamtych czasach Johnnego, trudno nie dopatrzeć się komicznych min, gestów i nieporadnych ruchów, które jak najbardziej odpowiadają pierwowzorowi z opowiadania, jednak nie wzbudzają w nas lekkiego obrzydzenia.
 
Według mnie Ichabod z opowiadania jest paskudny i nieprzyjemny. Pomijam już jego aparycję, ale jego charakter i zachowanie są odpychające i niesmaczne. Belfer bowiem wie komu się przypodobać, z którymi uczniami się zadawać, aby dostać obiad i ciastka, a wybranka jego serca nie jest wcale celem jego zalotów ze względu na płomienne uczucia. Nauczycielowi chodzi jedynie o posiadłość i dochody, które objąłby w posiadanie po ślubie, a co za tym idzie i zmianę pozycji społecznej. Jest zarozumiały, cwany, oślizgły i komiczny, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Wiodąc prym jako człowiek wykształcony, zaraz po pastorze, stanowi osobistość Sennej Kotliny i wykorzystuje to najlepiej jak umie. 
 
Jego rywal natomiast, Brom Bones, czyli w zasadzie Abraham Van Brunt, który w filmie był osiłkiem i błaznem, w opowiadaniu okazuje się szorstki i nieokrzesany, ale w sumie dobroduszny i zabawny. Jest samcem alfa Kotliny, lekkim hulaką i uosobieniem męskości, ale cieszy się poważaniem społeczności i zyskał moją sympatię dużo szybciej niż pokraczny i fałszywy Ichabod. Brom również stara się o rękę Katriny Von Tassel i stąd się biorą wszystkie złośliwości między nim a Ichabodem.

Swoją drogą biedna Katrina jest opisana w sposób tak przedmiotowy, że aż boli. Irving zrobił z niej rozpieszczoną, pustą, kapryśną kokietkę, która zdając sobie sprawę, że jest najurodziwszą i najbogatszą panną w okolicy może sobie pozwalać na wszystko. To przykre. 

W każdym razie, fabuła rozkręca się tak jak w filmie i kończy jedynie na nieszkodliwym żarcie, którego w ekranizacji również doświadcza główny bohater. I to w zasadzie tyle. Żadnych nadprzyrodzonych przygód, a jedynie wykorzystanie legendy o Bezgłowym Jeźdźcu w celu wykurzenia konkurenta, którego panna i tak już spławiła.
Jeśli szukać innych ekranizacji, to wariacji na temat znajdziemy mnóstwo. Moje serce oddałam już raz na zawsze adaptacji Burtona, ale uwagę muszę poświęcić serialowi, który chyba najbardziej odbiega od oryginalnego opowiadania. Jeździec bez głowy w wersji telewizyjnej właśnie rozpoczął emisję 3 sezonu. Jeszcze nie obejrzałam żadnego odcinka, ale mam zamiar poświęcić na to niejednej weekend. Czy ktoś z Was uznaje to za ciekawą adaptację? Co sądzicie o przełamaniu ram czasowych i takiej wersji Ichaboda:
Dla zainteresowanych przeczytaniem opowiadania uwaga: ja dorwałam tekst w języku angielskim, ale gdzieś po internecie krąży wersja polska pt. Legenda o Sennej Kotlinie. Wystarczy zgooglować, a jakiś pdf na pewno wyskoczy ;)

22:26:00

Ostatnie poświęcenie. Dosłownie.

Ostatnie poświęcenie. Dosłownie.
Zapowiadana przerwa od Gry o tron wygląda w ten sposób:

Tytuł: Ostatnie poświęcenie
Autor: Richelle Mead
Rok: 2010

Kolejna pozycja, której tytuł jest bardzo znaczący. Rozpoczęłam ją już jakiś czas temu, ale utknęłam w 1/5. Rzuciłam się w wir innych książek, innych zajęć i tak jakoś odkładałam na później i na później. Ale dosyć tego odwlekania. Ostatni tom Akademii wampirów nie przeczyta się sam. (I sam się nie odda do biblioteki). 

O ile W mocy ducha zniosłam całkiem znośnie jeśli chodzi o styl pisania, to tutaj w zasadzie mogę stwierdzić, że jest nawet odrobinę lepiej. Nadal odnajdujemy w tekście idiotyczne komentarze w najmniej odpowiednich momentach, ale na prawie 550 stron jest ich naprawdę niewiele. Dymitr nadal jest boski w walce, postacie wciąż są seksowne, gdy w ogóle o ich fizycznej atrakcyjności nie powinnyśmy myśleć, a jedwab nadal jest jedynym szlachetnym materiałem, w które obleka swoje wychudzone cielska arystokracja morojów. Swoją drogą byłoby miło, gdyby ktoś jednak zwrócił uwagę autorce, że monarcha może wyglądać równie dostojnie w wełnie czy żorżecie. Ale to jest najmniejszy problem. 
Znów początek książki mierzi tym, że wszystko jest nam przypominane i wykładane jak krowie na granicy. Mam bujną wyobraźnię, ale ciężko mi sobie wyobrazić sytuację, żeby ktoś przypadkowo zabrał się za czytanie 6 tomu cyklu nie znając treści poprzednich pozycji. Naprawdę ciężko. Ale cóż, widocznie takie przypadki się zdarzają i wydawnictwa, edytorzy i pisarze kładą nacisk na streszczenie głównych wątków w pierwszych rozdziałach. Zatem ok. Da się to przełknąć. 
Gorzej z najbardziej idiotycznym zdaniem w całej książce:
"Podejrzewałam, że ktoś mnie wrobił".
Uwaga spoiler!
Poprzedni tom kończy się morderstwem całkiem ważnej osobistości w świecie morojów i dampirów, a nasza główna bohaterka Rose Hathaway ląduje w areszcie, bo jest o tę zbrodnię podejrzewana na podstawie niepodważalnych dowodów. Ale jest dla nas oczywiste, bo narracja jest z punktu widzenia tej właśnie osóbki, że nie popełniła ona zbrodni, o którą jest oskarżana. Więc co do cholery ma znaczyć wyraz "podejrzewałam"!? Tzn., że jednak zachodzi taka możliwość? Że Rose w sumie nie jest pewna czy zabiła kogoś czy nie?  No to albo to zrobiłaś, albo jesteś wrabiana! Na litość boską, co tu podejrzewać? 
Po spoilerze.
Więcej uwag krytycznych jednak nie mam. Autorka przypomina sobie o duchach i wplata je ze średnią sprawnością w fabułę, ale jednak. Nie doszłam do wniosku, że połowę kartek można po prostu wydrzeć i wyrzucić do kosza, bo uwłaczają inteligencji czytelnika, więc to też duży plus. I na koniec przyznaję, że sama się w tę historię wciągnęłam i trudno było mi odłożyć książkę, skoro już tak daleko zabrnęłam. Bądź co bądź, w sumie kilka tygodni nad Akademią wampirów spędziłam. I cokolwiek bym złego o tym cyklu nie mówiła, to jednak nie był aż tak fatalny, skoro 6 pozycji przeczytałam.

(...) Nie wierzę w braterstwo dusz, nie do końca. To śmieszne sądzić, że tylko jedna osoba na świecie do nas pasuje. A co, jeśli twoja bratnia dusza mieszka w Zimbabwe? I umiera młodo? Myślę też, że powiedzenie "dwie dusze stają się jednym" jest śmieszne. Każdy musi pozostać sobą. Wierzę jednak w porozumienie dusz, które dopełniają się nawzajem.(...)


Trochę będzie mi brakować pewnie dowcipu Rose, trochę będę się złościć, czemu wątki postaci drugoplanowych nie był ładnie zakończone (nie wiemy co się z nimi dzieje już po punkcie kulminacyjnym). Ale chyba przygodę z całym cyklem mogę uznać za udaną. Jeśli doczekam się kiedykolwiek kolejnych ekranizacji, to z chęcią obejrzę. 

A póki co wakacje i nowe książki przede mną!

22:16:00

W mocy ducha

W mocy ducha
Obiecuję, że to już... przedostatni tom tego cyklu!

Tytuł: W mocy ducha
Autor: Richelle Mead
Rok: 2010

Aby zacząć czytać ten tom raczej zmusiły mnie terminy w "Bule", niż sama chęć dowiedzenia się co dalej będzie się działo z Rose Hathaway. Ale już pierwsze 50 stron pokazuje, że coś się w książce zmieniło. Wprawdzie autorka wydaje swoje opowiastki już od 2007 i dochodzi nawet do 3 lub 4 książek rocznie, to dopiero w 5 tomie Akademii wampirów styl pisania zaczyna dojrzewać! Już pierwsze 50 stron świadczy o tym, że ten tytuł różni się od poprzednich chociażby językowo. Styl pisania jest bardziej dojrzały, wprawdzie nadal brzmi to jak fanfiction, ale jest to fanfiction trochę wyższych lotów. Stawiam zatem dużego plusa za estetykę języka. 

Również nawiązanie do poprzednich tomów jest zrobione bardzo zgrabnie. Wiecie, że zwracam na to szczególną uwagę i zawsze drażnią mnie pierwsze rozdziały nafaszerowane streszczeniem wcześniejszych książek cyklu. Tutaj autorka wspomina raczej o starych wątkach jedynie wtedy, kiedy są one naprawdę istotne dla fabuły, słusznie wychodząc z założenia, że jeśli ktoś sięgnął po tę pozycję, to zapewne wie co się działo w życiu małej dampirzycy.
Tutaj niestety chyba plusy się kończą, bo autorka znów wprowadza akcję lub postacie bez ładu i składu. Naszej bohaterce udaje się wszystko, a nawet jak wpada w tarapaty, to wychodzi z nich bez szwanku. Np. kradnąc akta wpada na strażnika, który (wow!) okazuje się być jej znajomym i przepuszcza ją w drzwiach. Z drugiej strony natomiast niektóre rzeczy są absolutnie wyparte z pamięci, jak fakt, że Rose, obdarzona pocałunkiem cienia, widzi duchy. A raczej bardzo stara się ich nie widzieć. O ile był to całkiem istotny problem w trzecim tomie i bardzo pomocny zabieg w czwartym, to na prawie 500 stron piątej książki, może kilka zdań zostało na ten temat powiedzianych.

Autorka bardzo usilnie stara się wprowadzać elementy folkloru europejskiego, wrzucając do swojej fabuły elementy rosyjskie, rumuńskie i nawet romskie (poprawność polityczna pokreślona również w książce). Opisuje nawet rytuał Pustej Nocy, ale z przerażającą niezdarnością wpisuje tę tradycję w niewłaściwy rejon Starego Świata, twierdząc że pochodzi on z Rumunii. Niestety trafia tym jak kulą w płot, ponieważ akurat ten kraj nie należał do wspólnoty bałtosłowiańskiej, w której tradycja ta się utrzymywała, co można przeanalizować pod kątem nie tylko kulturowym, ale też jezykoznawczym. (Rumuński należy do grupy języków romańskich). Aby to ustalić, wystarczy nam podstawowa znajomość działania wyszukiwarki Google i umiejętność czytania Wikipedii. Autorka strzela sobie w kolano, dając świadectwo tego jak niewiele Amerykanie wiedzą o Europie. 

Mapa języków bałtosłowiańskich:
Rytuał ten jednak opisany jest w taki sposób, że same postacie książki muszą wyrazić swój niesmak na ten temat.

- Żenada. (...) Nie wiem czy braliśmy udział w pogrzebie, czy jakimś obrzędzie satanistycznym. Nieudolna próba połączenia jednego i drugiego. 

Chapeau bas dla autorki! Nie ujęłabym tego lepiej. 

Kolejnym irytującym aspektem książki może być to, że bohaterki, cokolwiek by się nie działo, zawsze potrafią dostrzec jak "cholernie seksowni" są mężczyźni, którym oddały swoje serca. Nieważne, czy zbierają małą armię, aby odbić zakładników, czy ich wybranek mówi wprost, żeby trzymały się od nich z daleka, Rose albo Lissa oddają się namiętnym pocałunkom lub przynajmniej erotycznym fantazjom w najmniej sprzyjających momentach. Zdrowy rozsądek podpowiada, że nikt normalny by się tak nie zachowywał, jednak chyba nie ma co tutaj o nim wspominać.

Autorka tak bardzo skupia się na podkreśleniu tego jak arystokracja wampirów (morojów) odróżnia się od niższej rasy dampirów, że wszystkich z pierwszej grupy ubiera w jedwabie. Wszystkich. Od bielizny po sukienki. Oczywiście obcisłe i podkreślające krągłości. Żenująca próba naszkicowania zwyczajów i upodobań arystokracji wyraża raczej tęsknotę autorki za luksusem niż autentyczne preferencje wyższych klas. 

I wbrew sobie muszę przyznać, że przeczytam kolejny, ostatni tom. Cokolwiek złego bym nie mówiła o tych książkach, to autorka w końcu sprawia, że zaczynamy lubić Rose Hathaway, a co ważniejsze, potrafi zostawić taki cliffhanger na końcu każdej swojej pozycji, że po prostu nie możemy przejść obojętne nad kolejnym tomem.
Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger