piątek, 22 maja 2015

W mocy ducha

Obiecuję, że to już... przedostatni tom tego cyklu!

Tytuł: W mocy ducha
Autor: Richelle Mead
Rok: 2010

Aby zacząć czytać ten tom raczej zmusiły mnie terminy w "Bule", niż sama chęć dowiedzenia się co dalej będzie się działo z Rose Hathaway. Ale już pierwsze 50 stron pokazuje, że coś się w książce zmieniło. Wprawdzie autorka wydaje swoje opowiastki już od 2007 i dochodzi nawet do 3 lub 4 książek rocznie, to dopiero w 5 tomie Akademii wampirów styl pisania zaczyna dojrzewać! Już pierwsze 50 stron świadczy o tym, że ten tytuł różni się od poprzednich chociażby językowo. Styl pisania jest bardziej dojrzały, wprawdzie nadal brzmi to jak fanfiction, ale jest to fanfiction trochę wyższych lotów. Stawiam zatem dużego plusa za estetykę języka. 

Również nawiązanie do poprzednich tomów jest zrobione bardzo zgrabnie. Wiecie, że zwracam na to szczególną uwagę i zawsze drażnią mnie pierwsze rozdziały nafaszerowane streszczeniem wcześniejszych książek cyklu. Tutaj autorka wspomina raczej o starych wątkach jedynie wtedy, kiedy są one naprawdę istotne dla fabuły, słusznie wychodząc z założenia, że jeśli ktoś sięgnął po tę pozycję, to zapewne wie co się działo w życiu małej dampirzycy.
Tutaj niestety chyba plusy się kończą, bo autorka znów wprowadza akcję lub postacie bez ładu i składu. Naszej bohaterce udaje się wszystko, a nawet jak wpada w tarapaty, to wychodzi z nich bez szwanku. Np. kradnąc akta wpada na strażnika, który (wow!) okazuje się być jej znajomym i przepuszcza ją w drzwiach. Z drugiej strony natomiast niektóre rzeczy są absolutnie wyparte z pamięci, jak fakt, że Rose, obdarzona pocałunkiem cienia, widzi duchy. A raczej bardzo stara się ich nie widzieć. O ile był to całkiem istotny problem w trzecim tomie i bardzo pomocny zabieg w czwartym, to na prawie 500 stron piątej książki, może kilka zdań zostało na ten temat powiedzianych.

Autorka bardzo usilnie stara się wprowadzać elementy folkloru europejskiego, wrzucając do swojej fabuły elementy rosyjskie, rumuńskie i nawet romskie (poprawność polityczna pokreślona również w książce). Opisuje nawet rytuał Pustej Nocy, ale z przerażającą niezdarnością wpisuje tę tradycję w niewłaściwy rejon Starego Świata, twierdząc że pochodzi on z Rumunii. Niestety trafia tym jak kulą w płot, ponieważ akurat ten kraj nie należał do wspólnoty bałtosłowiańskiej, w której tradycja ta się utrzymywała, co można przeanalizować pod kątem nie tylko kulturowym, ale też jezykoznawczym. (Rumuński należy do grupy języków romańskich). Aby to ustalić, wystarczy nam podstawowa znajomość działania wyszukiwarki Google i umiejętność czytania Wikipedii. Autorka strzela sobie w kolano, dając świadectwo tego jak niewiele Amerykanie wiedzą o Europie. 

Mapa języków bałtosłowiańskich:
Rytuał ten jednak opisany jest w taki sposób, że same postacie książki muszą wyrazić swój niesmak na ten temat.

- Żenada. (...) Nie wiem czy braliśmy udział w pogrzebie, czy jakimś obrzędzie satanistycznym. Nieudolna próba połączenia jednego i drugiego. 

Chapeau bas dla autorki! Nie ujęłabym tego lepiej. 

Kolejnym irytującym aspektem książki może być to, że bohaterki, cokolwiek by się nie działo, zawsze potrafią dostrzec jak "cholernie seksowni" są mężczyźni, którym oddały swoje serca. Nieważne, czy zbierają małą armię, aby odbić zakładników, czy ich wybranek mówi wprost, żeby trzymały się od nich z daleka, Rose albo Lissa oddają się namiętnym pocałunkom lub przynajmniej erotycznym fantazjom w najmniej sprzyjających momentach. Zdrowy rozsądek podpowiada, że nikt normalny by się tak nie zachowywał, jednak chyba nie ma co tutaj o nim wspominać.

Autorka tak bardzo skupia się na podkreśleniu tego jak arystokracja wampirów (morojów) odróżnia się od niższej rasy dampirów, że wszystkich z pierwszej grupy ubiera w jedwabie. Wszystkich. Od bielizny po sukienki. Oczywiście obcisłe i podkreślające krągłości. Żenująca próba naszkicowania zwyczajów i upodobań arystokracji wyraża raczej tęsknotę autorki za luksusem niż autentyczne preferencje wyższych klas. 

I wbrew sobie muszę przyznać, że przeczytam kolejny, ostatni tom. Cokolwiek złego bym nie mówiła o tych książkach, to autorka w końcu sprawia, że zaczynamy lubić Rose Hathaway, a co ważniejsze, potrafi zostawić taki cliffhanger na końcu każdej swojej pozycji, że po prostu nie możemy przejść obojętne nad kolejnym tomem.

1 komentarz: