14:45:00

Obsesja

Obsesja
Muszę przyznać od samego początku, że z każdą kolejną książką lubię styl autorki coraz bardziej. Zaczęło się od niewinnej zabawy z Book Tourem i Szeptuchą (link do recenzji znajdziecie tutaj: klik!), później przyszła kolej na Noc Kupały (klik!). Żerca z kolei już czeka na mojej półce.

Obsesja odbiega jednak od słowiańskich bóstw i bohaterów całego cyklu i nie wiedziałam jak wypadnie w porównaniu ze wspomnianymi właśnie pozycjami. A jak jest? Jest bardzo dobrze!
Tytuł: Obsesja 
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk 
Rok: 2017 
Wydawnictwo: W.A.B. 
egzemplarz przedpremierowy 

Młoda lekarka po rozwodzie przenosi się do Warszawy, gdzie rozpoczyna rezydenturę na oddziale psychiatrii. Pacjenci dają jej popalić, ma problemy z docieraniem do pracy na czas, w domu czeka na nią wiernie kot, a ten fakt tylko podkreśla jej lęki, że nie znajdzie mężczyzny, który chciałby spędzić z nią resztę życia. 

Jak każda silna i niezależna kobieta, powtarza, że świetnie daje sobie radę, jeden kot jeszcze o niczym nie świadczy, a faceci ogólnie to łajzy, więc nie ma co się przejmować gadaniem rodzicielki, że trzydziestka na karku to nie przelewki. 

[Korzystając z faktu, że momentami bardzo łatwo mi było utożsamiać się z bohaterką, chciałam pozdrowić mamę! :D] 

Po Warszawie grasuje seryjny morderca, który nagle zaczyna działać na terenie szpitala naszej bohaterki. Co więcej, zaczyna ona dostawać romantyczne, a później dość agresywne, anonimowe liściki. Ktoś na pewno zaczyna się nią interesować. Jakby tego było mało, w jej otoczeniu pojawiają się coraz to nowe postacie - kilku mężczyzn, którzy otwarcie są zainteresowani jej osobą. Nasza lekarka jednak nie jest gotowa na związek i daje o tym znać, czym doprowadza do nieprzyjemnych lub zabawnych sytuacji!
Napięcie rośnie, morderca staje się coraz bardziej napastliwy, ale autorka prowadzi fabułę w sposób lekki i zabawny. Owszem, makabra niektórych wydarzeń może zmrozić krew w żyłach, ale od książki nie sposób się oderwać i miałam problemy, aby zmobilizować się z pójściem do pracy. 

Katarzyna Berenika Miszczuk, która sama jest z wykształcenia lekarzem, wprowadza nas w tajniki działania szpitala, rozkładając też na czynniki pierwsze różnice między uduszeniem a zadzierzgnięciem lub lekarzem sądowym a lekarzem medycyny sądowej! 

Niektóre dialogi wywołują uśmiech, inne wprawiają w osłupienie. W pewnym momencie zaczynamy podejrzewać wszystkich w otoczeniu głównej bohaterki, a połączenie humoru, thrillera i lekkiego wątku romansowego tworzy mieszankę idealną! Jeśli książka będzie miała swoją kontynuację, to już nie mogę się doczekać! 

Obsesja pojawia się w księgarniach już 27 września.

Za zaufanie i egzemplarz przedpremierowy dziękuję wydawnictwu W.A.B.! Recenzowanie takich książek, to sama przyjemność!

14:12:00

BowlLove

BowlLove
Okres wakacyjny można śmiało uznać za zakończony, a nasze zbędne fałdki i boczki mogą się ukryć pod cudownie grubymi swetrami. Nie oznacza to jednak, że nasza dieta - w tym znaczeniu to co spożywamy - powinna stać się niezdrowa i doprowadzać naszą kondycję i zdrowie na skraj wyczerpania. 

Zdrowe jedzenie i odrobina ćwiczeń sprawiają, że nasze samopoczucie może się radykalnie zmienić! Jesteśmy mniej zmęczeni, czujemy się lżej, a co za tym idzie, nie tracimy energii w jesienne i szare dni.

Czasem jednak trudno znaleźć inspirację lub motywację, żeby nasze jedzenie było równie kolorowe jak nasze życie. I tutaj z pomocą przychodzi nam David Bez. 

Tytuł: BowlLove. Zdrowe i odżywcze miski pełne smaku
Autor: David Bez
Rok: 2017
Wydawnictwo: Buchmann
ISBN: 978-83-280-4603-0

David Bez z pasją i zaangażowaniem przedstawia nam swoje propozycje na zdrowe i pyszne jedzenie. Autor zainteresował się mniej przetworzoną żywnością już kilka lat temu, a temat, który do tamtej pory był mu obcy, zainspirował go do tego stopnia, że otworzył własną knajpkę i zaczął doceniać kontakt z prawdziwymi ludźmi, którego nie pobiją nawet tysiące lajków na Instagramie.

W swojej książce inspirowanej porą jesienną, gdy czas sałatek i owoców powoli zaczyna przemijać, Bez proponuje nam dania, które nie tylko dobrze wyglądają, ale i świetnie smakują. Ideą, która łączy wszystkie przepisy jest przygotowywanie ich z prostych, ale różnorodnych składników. Dla mnie jest to pozycja idealna, ponieważ zawsze zniechęcam się do potraw, które mają bajecznie wymyślne składniki, których nie mogę dostać w najczęściej odwiedzanych sklepach.

Mimo że proponowane potrawy to głównie zupy, to Bez podrzuca nam garść pomysłów, jak sprawić, aby były one bardziej treściwe, pozostawiając nam dużą swobodę, jeśli chodzi o proporcje składników. W książce znajdziemy jednak również przepisy na dania "na sucho", które także pięknie się prezentują w miseczkach i czasem są szybsze w przygotowaniu (nie musimy np. gotować bulionów lub kremów).

Autor zwraca uwagę na wartości odżywcze, jego dania w większości odpowiadają wegetarianom i weganom, ale mięsożercy też znajdą w książce coś dla siebie. Co jednak jest jeszcze jednym atutem proponowanych dań, to walory estetyczne! Autor pamięta o tym, że jedzenie też ma cieszyć oko, zwraca uwagę na obróbkę i przygotowanie produktów, ale też na ostateczną formę podania, co widać na kolorowych i cudownie apetycznych zdjęciach. 

Za pyszny egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Buchmann!

13:11:00

Małe kobietki

Małe kobietki
Całkowicie odnawiając bloga w ubiegłym tygodniu nie mogłam pominąć podstrony Sto tytułów BBC, którą znajdziecie pod tym linkiem (klik!) lub u góry strony. Zakładając ją, obiecałam sobie czytać co najmniej dwie książki rocznie z wymienionej listy, ale oczywiście ubiegły rok minął bezowocnie.

Dzisiaj natomiast mogę pochwalić się, że skończyłam klasyczną amerykańską powieść o dorastaniu, która została nagrana przez Annę Nehrebecką dla Zakładu Wydawnictw i Nagrań Polskiego Związku Niewidomych w Warszawie w 1992.

Tytuł: Małe kobietki
Autor:









17:49:00

Mleko i miód

Mleko i miód
W natłoku pracy i innych recenzji czasem trudno sięgnąć w porę po książkę, o której jest głośno w mediach. Mleko i miód to właśnie pozycja, którą kilka miesięcy temu czytali wszyscy, a którą zachwycała się większość. Ale zacznijmy od moich uprzedzeń!

Tytuł: Mleko i miód. Milk and honey
Autor: Rupi Kaur
Rok: 2015 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: Otwarte
ISBN: 978-83-7515-433-7

Otóż moje pierwsze wrażenia nie były związane z książką, ale z recenzjami, które się na jej temat pojawiały. Absolutny wybuch zachwytów na temat poezji odrobinę mnie zaskoczył. Może to brak wiary w polskiego czytelnika jest odpowiedzialny za takie nastawienie, jednak jeśli poezja ta dotarła do tak szerokiego grona i tak skutecznie podbiła serca, to... coś jest nie tak. 

Ale to właśnie ten prosty przekaz i brak poetyckiego patosu sprawia, że łatwo zrozumieć, co autorka chciała nam przekazać i może dlatego pojawiły się nawet głosy, że poezją tego nazwać się nie da.

Książka jest otwarcie kierowana do kobiet i porusza zagadnienia związane z kobiecym ciałem, miłością, ale też z krzywdzącą sytuacją społeczną. Wiersze podzielone są na cztery rozdziały: "Cierpienie", "Kochanie", "Zrywanie" i "Gojenie", ale co ciekawe, utwory pojawiają się i przed nimi i już po zakończeniu książki, co sprawia, że czujemy pewną specyficzną więź z autorką, która prowadzi z nami dialog. 

Pierwsze dwa rozdziały nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Niestety uznałam, że masowy zachwyt nie był uzasadniony, a wiersze, które czasem są tylko jednym zdaniem, niepełną refleksją, nie spełniają moich oczekiwań. Zaskoczyła mnie natomiast tematyka wierszy, ponieważ "Cierpienie" związane jest z molestowaniem, kazirodztwem, ale też z relacjami córka-ojciec i sytuacją kobiet, którym nie wolno zabierać głosu i które uczone są, aby były przezroczyste. 
Jest to uzasadnione pochodzeniem autorki, która jest Kanadyjką o indyjskich korzeniach. 

"Kochanie" dość pobieżnie mówi o miłości matki do dziecka i głównie skupia się na relacjach damosko-męskich, zarówno tych dotyczących sfery erotycznej, wzajemnych fascynacji oraz tego jak mężczyzna lub miłość do niego oddziałują na kobietę. 

Jednak to trzeci rozdział, "Zrywanie", zrobił na mnie największe wrażenie, bo to tutaj możemy dostrzec pewną głębię tych króciutkich utworów. Być może jednak coś jest w powiedzeniu, że prawdziwa sztuka bierze się z cierpienia. To rozdział głównie dla kobiet, które nie wiedzą, że są z nieodpowiednimi mężczyznami. Ci mężczyźni albo są źli z natury, albo są nieodpowiedni przez to, że są nieświadomi wartości swoich partnerek. Autorka przedstawia relacje z różnymi typami mężczyzn, ale wnioski są te same - jako kobieta, jesteś wartościowa, zasługujesz na to co najlepsze, ale miłość nie zawsze pomaga to zrozumieć. 

Zrywanie staje się czymś bolesnym, ale koniecznym, wynikającym z tego, że kobieta staje się mądrzejsza, silniejsza, jest porzucona lub trwa w związku, w którym nie ma miłości, a wzajemne zadawanie sobie bólu jest z nią nieraz mylone. 

Ostatni rozdział, "Gojenie", nie robi już tak silnego wrażenia jak jego poprzednik, ale też znajdziemy w nim wiersze, a może raczej sentencje, które mają nam uświadomić, że jesteśmy piękne, silne i jeśli ktoś nie potrafi tego docenić albo uszanować, to powinien z naszego życia zniknąć.


Jeśli chodzi o język, to jak już wspomniałam jest prosty, ale to właśnie na tym opiera się cały przekaz. Udało mi się wypożyczyć wersję dwujęzyczną, dzięki czemu najpierw miałam możliwość zapoznać się z wersją angielską, a później z polską. Przyznam, że tłumaczenie czasem nie potrafiło sprostać zwięzłości języka angielskiego i zdecydowanie bardziej do gustu przypadł mi oryginał. 

Wydanie samo w sobie jest eleganckie, minimalistyczne jak wiersze i opatrzone ilustracjami samej autorki. 

Całościowo jest to książka mądra, poruszająca tematykę zmysłowości, emocji i konfliktów - nie tylko tych towarzyszących relacjom z mężczyznami, ale i z całymi rodzinami i społeczeństwem. Pozycja z mądrym przekazem, ale odrobinę przesadzonym PR-em.






11:38:00

Stancje

Stancje
Tytuł: Stancje
Autor: Wioletta Grzegorzewska
Rok: 2017
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-280-4596-5

Poprzednia książka autorki - "Guguły" - zdobyła nominację do nagrody Nike, a jej przekład zdobył nominację do nagrody The Man Booker International Prize. Czytając liczne komentarze o Grzegorzewskiej, która jest poetką, prozaikiem i tłumaczem, spodziewałam się książki, która zachwyci mnie swoim językiem. 

I to jedno na pewno się sprawdziło. Książka, która przedstawia dość luźno powiązane ze sobą obrazy, tworzące na pierwszy rzut oka mało harmonijną opowieść, na pewno zachwyca językiem. Tego nie można jej odmówić. Opisy są pełne odważnych metafor, poetyckich porównań, które korzystnie wpływają na wrażenia czytelnika. Znajdujemy tam językowe refleksje na temat rzeczy zwykłych, pozornie bezbarwnych, a które autorka przedstawia w zmuszający do myślenia sposób, w sposób, który prezentuje nam te rzeczy od nowa, w bardziej wartościowym wydaniu.

Książka opowiada historię Wioli, bohaterki wspomnianej już wcześniej książki, która postanawia wyjechać ze swojej rodzinnej wsi i rozpocząć studia w Częstochowie. 
Akcja powieści rozgrywa się w roku 1994, co autorka często przypomina wtrącając informacje ze świata polityki lub znane przeboje, które można było w tamtych czasach usłyszeć. Ale osobiście miałam wrażenie, że opowieść raczej nie pasuje do tej epoki. Sięga wręcz głębiej w przeszłość i nie prezentuje tych lat 90tych, które sama pamiętam. 

Wiola, dziewczyna, która jest nieświadoma życia w mieście, zderza się boleśnie z dorosłością i życiem poza dobrze znaną wsią, z relacjami międzyludzkimi, ze świadomością własnego ciała. Rozpoczyna studia filologiczne, ale w trzyletnim przedziale czasu, do którego mamy dostęp, nie poznajemy wiele z jej życia studenckiego. Tak na dobrą sprawę nie wchodzimy zbyt głęboko w umysł Wioli.

Wędrujemy z bohaterką od stancji do stancji, zanurzamy się we wspomnieniach, ocieramy o realizm magiczny, doświadczamy absurdalnych zdarzeń, gubimy się w tożsamościach i niestety niewiele z tego wynosimy. 

Być może dzieje się tak przez to, że bohaterka jest ozięble zdystansowana, a to pozostałe postacie książki stanowią jej treść. To postacie z hotelu robotniczego tworzą fabułę pierwszego rozdziału, to siostry zakonne zamknięte mentalnie w wojennej historii miasta "podszytego wsią" są spoiwem drugiego. Bohaterka, która samodzielnie zaczyna egzystować w ostatnim rozdziale, dopiero wtedy zaczyna być interesującą postacią dla czytelnika.

Murzę przyznać, że najciekawsze z tego wszystkiego jest zakończenie książki, które otwiera przed bohaterką nowe możliwości, a czytelnika w końcu zasypuje pytaniami.

Bez wątpienia jest to powieść o niepewności, zagubieniu, poznawaniu innych ludzi, aby w końcu zacząć rozumieć samego siebie. Piękny zamysł, piękny język, ale opowieść pozbawiona "tego czegoś", tej iskierki, którą podszyta byłaby fabuła, niestety nie wzbudza oczekiwanego zachwytu.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

18:32:00

Dziewczyna z Brooklynu

Dziewczyna z Brooklynu
Tytuł: Dziewczyna z Brooklynu
Autor: Guillaume Musso
Rok: 2016 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: Albatros
ISBN: 978-83-6578-133-8

Guillaume Musso już od dawna kusił mnie swoimi pozycjami. Trudno przejść obojętnie obok autora, którego książki wręcz piętrzą się w księgarniach i są tłumaczone na prawie 40 języków. Do tej pory jednak ograniczałam się do zapoznania się z opisami fabuły zamieszczonymi na okładkach, dopóki pożyczona książka nie wpadła w końcu w moje ręce. 

Przez moją pobieżną znajomość (a raczej kojarzenie) jego utworów, wydawało mi się, że są to książki obyczajowe, raczej opierające się na wątkach miłosnych, czasem fantastycznych. 

Wyobraźcie sobie zatem moje zdziwienie, gdy zorientowałam się, że czytam kryminał! :D Ale Dziewczyna z Brooklynu to kryminał, który czyta się dobrze i szybko. Akcja jest wartka, nie ma nużących opisów, sytuacja głównego bohatera rozwija się w zastraszającym wręcz tempie, dzięki czemu każdy rozdział dostarcza nam nowych zwrotów akcji, od których niestety czasem aż zaczyna kręcić się w głowie. 

Książka rozpoczyna się od sielskiego wieczoru, gdzie para zakochanych nagle zaczyna się spierać. On czuje, że dziewczyna coś ukrywa, ona nie chce się do tego przyznać. On mając już w przeszłości złamane serce nalega, naciska, wręcz wymusza na dziewczynie, aby przyznała się, co takiego robiła w przeszłości. Ona - zmęczona kłamstwami i pełna wiary w zrozumienie, które okaże jej mężczyzna jej życia - w końcu wyjawia straszną tajemnicę z przeszłości. 
Tylko, że on niestety nie potrafi zareagować jak należy i wszystko zaczyna się od tego momentu rozsypywać. Wzburzony kłótnią mężczyzna opuszcza dom, ale oddalając się od dziewczyny, którą jednak kocha, postanawia zawrócić, przeprosić i zrozumieć co tak naprawdę wyjawiła mu jego narzeczona. 

Gdy dociera na miejsce, jej już tam nie ma. Co gorsza, pełen złych przeczuć, zdaje sobie sprawę, że stało się coś złego. Postanawia ją odnaleźć i wplątuje się tym w aferę, która przerasta najśmielsze oczekiwania. 

Główny bohater jest pisarzem, zatem autor za jego pomocą uchyla nam rąbka tajemnicy o tym jak to jest pisać powieść i jak pisarza mogą zaskoczyć jego własne postacie. Ponieważ główny bohater też pisuje kryminały, bez trudu przeistacza się w detektywa, aby odnaleźć swoją ukochaną. 

Nowe poszlaki wypływają na światło dzienne, makabryczna zbrodnia okazuje się prowadzić do dużo poważniejszego spisku, który ma źródło w przeszłości i wszystko świetnie by się czytało, gdyby te rewelacje nie były tak szybko pozyskiwane przez naszego bohatera (wydaje się, że na dobrą sprawę wszyscy chcą z nim współpracować lub rozmawiać), gdyby nie było tych zwrotów akcji aż tak dużo i gdyby nie wkradł się w wątek bardzo dziwny sentymentalizm. 

Na to ostatnie, być może, ma wpływ fakt, że autor jest Francuzem i ten temperament romantycznego kochanka znalazł ujście w tekście. Jednak pewna doza szlachetnych emocji lub rozentuzjazmowanych, a wręcz rozszalałych objawów uczuć wydaje mi się nie na miejscu przy całym tym kryminalnym wątku. Taka skrajność wygląda w moich oczach odrobinę tandetnie, mimo że książka jest całkiem przyjemną lekturą. 

Cóż, na pewno sprawdzi się w pociągu lub na urlopie i jak na pierwsze spotkanie z Musso, stwierdzam, że nie było całkiem najgorzej. :)


12:44:00

Muminki!

Muminki!
Tytuł: Małe trolle i duża powódź
Autor: Tove Jansson
Rok: 1945 (Świat) / 1997 (Polska - pierwsze wydanie) / 2014 (Polska - omawiane wydanie)
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
ISBN: 978-83-10-12690-0

Chyba mogę śmiało zaryzykować stwierdzenie, że osoby z mojego pokolenia znają bajki o Muminkach, które były transmitowane jako Dobranocki. Czy je lubiliśmy, czy nie, nie da się ich wymazać z pamięci. 

Ja zawsze myślałam o nich z niepokojem. Nie przez słynną Bukę, której pojawienie się zwiastowały chłód i ciemność, nawet nie przez śmieszne żyjątka zwane Hatifnatami (teraz myślę, że są śmieszne), ale przez całą niezrozumiałą dla mnie atmosferę bajki. 

Skandynawski charakter tej opowieści nie wydawał się szczególnie radosny, mimo kolorów i ciekawych przygód. Pamiętam natomiast, że z niewyjaśnionych wtedy przyczyn (które później można było łatwo zdefiniować jako mój charakter ^_^ ) czułam sympatię do Małej Mi i jej babci oraz Włóczykija. 

I oto znalazłam tę pozycję w biblioteczce koleżanki, która ma całą kolekcję opowiadań o Muminkach w ślicznym wydaniu wypuszczonym na rynek z okazji setnych urodzin autorki. 

Książeczkę da się przeczytać dosłownie w kilka chwil - 60 stron opatrzonych oryginalnymi ilustracjami autorki pochłania się błyskiem. 

Jak wiadomo, jest to opowieść o małych, sympatycznych trollach - Muminku i jego mamie - które opuszczają ukochany i ciepły piec kaflowy, aby odnaleźć tatę Muminka. Żądna przygód głowa rodziny opuszcza dom, zwiedziona obietnicami podróży.

Mama Muminka i Muminek wyruszają zatem w pełną przygód podróż, zdobywając nowych przyjaciół i unikając wspólnie niebezpieczeństw, aby na końcu opowieści dotrzeć do cudnej doliny, z którą wszyscy kojarzą tę rodzinkę trolli. 

Mimo że opowieść jest kierowana do najmłodszych czytelników, zanurzenie się w tej historii sprawia bardzo przyjemne, dość nostalgiczne uczucie, a dzięki krótkiej notce biograficznej na końcu książki, możemy dowiedzieć się, że autorka za młodu chciała być latarnikiem i że została grafikiem prasowym nie mając jeszcze ukończonych 14 lat!

Polecam każdemu, kto chciałby przypomnieć sobie klimaty z dzieciństwa i tym, którym literatura skandynawska kojarzy się tylko z kryminałami i rozwlekłymi czasem do granic absurdu sagami ;)

09:59:00

Światło między oceanami

Światło między oceanami
Tytuł: Światło między oceanami
Autor: M.L. Stedman
Rok: 2012 (Świat) / 2016 (Polska)
Format: audiobook

O książce usłyszałam dopiero, gdy doczekała się ona swojej ekranizacji. Para znanych aktorów przyciągała uwagę, a po obejrzeniu pierwszego zwiastuna doszłam do wniosku, że przedstawiana opowieść zapowiada się ciekawie. 
Po książkę sięgnęłam jakiś czas temu z formie audiobooka i słuchałam jej w różnych odstępach czasu, dlatego tak długo widniała na mojej półce "Teraz czytam" na portalu lubimyczytać.pl.

Historia jest względnie prosta. Świat po pierwszej wojnie światowej jest rozdarty przez traumy i wspólne żale. Kwestia zaufania i czynienia tego co słuszne okazuje się ponad siły wielu osób, jednak wciąż da się dostrzec miłość i dobro wśród niektórych. 

Aby przytoczyć fabułę posłużę się opisem wydawnictw, które znalazłam na portalu lubimyczytać.pl


Rok 1920. Tom Sherbourne, inżynier z Sydney, wciąż nie może się uporać ze wspomnieniami z Wielkiej Wojny. Posada latarnika na oddalonej o 100 mil od wybrzeży Australii niezamieszkanej wysepce Janus Rock i kochająca żona Isabel, która decyduje się dzielić z nim samotność, stopniowo przynoszą mu spokój i pozwalają pokonać upiory przeszłości.
Los wystawia ich jednak na ciężką próbę. Po dwóch poronieniach i wydaniu na świat martwego chłopca, Isabel dowiaduje się, że nie będzie mogła mieć dzieci, i popada w depresję. I wówczas zdarza się cud: do brzegu wyspy przybija łódź ze zwłokami mężczyzny i płaczącym niemowlęciem. Ulegając namowom żony, kierując się głosem serca, a nie zasadami moralnymi, Tom podejmuje decyzję, której konsekwencje położą się cieniem na życiu wielu ludzi... 
 źródło:lubimyczytać.pl
Literatura australijska od dawna wzbudzała moją ciekawość. Jest to dla mnie obszar wciąż nieodkryty i za każdym razem zaskakuje mnie kunszt pisarzy pochodzących z tego odległego kontynentu. Światło między oceanami było debiutem, który podbił moje serce, ponieważ wbrew niektórym opiniom, że jest to książka o nieskomplikowanej fabule, jest ona dla nie pozycją nieoczywistą. 

Konflikt wewnętrzny głównych bohaterów, którzy mają wpojone pewne wartości, a których nie mogą przezwyciężyć nawet względem miłości łamie serce. Tragedia każdej postaci z osobna wzrusza i zmusza do myślenia jak czytelnik postąpiłby na ich miejscu. 

I zakończenie, które nie może być dobre. To nie jest klasyczny happy end, ponieważ nieważne jak ta historia by się zakończyła, ile wersji byśmy nie wymyślili, zawsze ktoś będzie cierpiał, a krzywd nie da się cofnąć. To właśnie taka rozdzierająca konkluzja sprawia, że pozycję tę doceniamy jeszcze bardziej.
Ale nie w formie audiobooka. Niestety książka czytana przez Annę Dereszowską staje się tragikomedią przez to, co aktorka robi z tekstem. Irytujące słuchowisko, w którym moduluje komicznie głos, co chwila zmieniając go z tubalnego głosu starego marynarza na piskliwy głosik dziecka, wybija z fabuły. Z przykrością również stwierdzam, że aktorka nie poradziła sobie z nazwami obcymi. Przed każdym zwrotem w języku angielskim robi ona denerwującą pauzę, jakby starała sobie przypomnieć poprawną wymowę. W pierwszych rozdziałach, które są opisowe, charakterystyczny głos Dereszowskiej brzmiał rewelacyjnie. Niestety dialogów już nie da się znieść. Lubię ją na deskach teatru, ale audiobooków w jej wydaniu raczej będę unikać. 

Nie zmienia to jednak faktu, że książka jest piękna i wzruszająca i polecam ją każdemu. Tak jak mówiłam, opisując innego australijskiego pisarza, są książki, które trzeba czytać, bo nie liczy się tylko szczęśliwe zakończenie. Liczy się to jakie emocje wzbudza w nas opowieść.

16:57:00

Zawód: powieściopisarz

Zawód: powieściopisarz
Tytuł: Zawód: powieściopisarz
Autor: Haruki Murakami
Rok: 2015 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: Muza
ISBN: 978-83-287-0633-0

Harukiego Murakamiego nie trzeba przedstawiać polskiemu czytelnikowi. Jest to autor znany i szanowany, chociaż przyznaję, że nie zawsze w pełni rozumiany. W pewnym momencie pojawiały się nawet stwierdzenia w naszym rodzimym świecie literackim, że modnie jest go czytać, ale ze względu na tak szeroko pojętą odrębność kulturową trudno jest nam go zrozumieć. Innymi słowy, jest w dobrym guście mieć jego powieści lub opowiadania na półce, ale już nikt nie wymaga od czytelnika, aby rozumiał o czym są te książki. 

Japoński autor już od pierwszych stron pozycji Zawód: powieściopisarz wyjaśnia, że nie ma na celu pisać o powieści jako o gatunku. Jest to pojecie zbyt szerokie, a on nie czuje się na siłach z nim zmierzyć. Postanawia zatem przedstawić obraz bardziej osobisty - jak to jest być pisarzem? Czytelnik dostaje zatem bardzo bezpośrednio sformułowany opis okoliczności, które sprawiły, że Murakami zaczął pisać, tego jak buduje swoje opowieści, bohaterów oraz jak traktuje samego odbiorcę jego książek. 
Dowiadujemy się zatem jak wygląda jego warsztat, proces twórczy, drobiazgowość i etapy wprowadzania poprawek. Fani pisarza dowiedzą się kto jest jego pierwszym recenzentem, jak autor reaguje na krytykę (zarówno osób najbliższych, jak i krytyków literackich), jak postrzega proces tłumaczenia (z perspektywy tłumacza i pisarza tłumaczonego na ponad 50 języków)  oraz co go skłoniło, aby wejść na rynek amerykański, a co za tym idzie i na rynek światowy. 

Murakami zdradza jak ważne jest zdrowie fizyczne podczas pisania powieści i jak jego przekonania odbiegają od standardowych wyobrażeń o neurotycznych i chorowitych pisarzach lub pisarzach, którzy żyli pełnią życia i doświadczali przeróżnych wydarzeń, będących bezpośrednią inspiracją dla ich dzieł. 

Trzeba zaznaczyć również, że pisarz znajduje w książce miejsce dla bardziej osobistej konfrontacji ze światem literackim, niejednokrotnie wbijając kij w mrowisko lub sprostowując pewne wyobrażenia o nim i jego postawach w jego rodzimym kraju.

Przyznaję, że w drugiej połowie książki pozwala on sobie również na pewnego rodzaju filozoficzne rozważania, zwłaszcza te dotyczące systemu szkolnego oraz społeczeństwa japońskiego w ogóle. Ponieważ pierwsze pięć rozdziałów ukazało się w postaci artykułów publikowanych w jednym z japońskich magazynów, taka postawa społeczna jest rozumiana jako osobisty komentarz Murakamiego do pewnych zachowań i wydarzeń społeczno-politycznych. 

Przede wszystkim jednak książka jest gratką dla wiernych fanów pisarza, ponieważ zdradza jego podejście do oryginalności, przedstawia kilka faktów z jego młodości oraz pokazuje proces pisarski od kuchni.

Książka pisana jest bezpośrednio do Czytelnika, do którego autor zwraca się z szacunkiem, jednak nie jest pewien na ile ta pozycja literacka jest zbiorem jego przemyśleń na temat ponad trzydziestoletniego doświadczenia zawodowego, a na ile poradnikiem dla przyszłych lub początkujących powieściopisarzy. Jeśli udziela rad mało trafnych, z góry za to przeprasza.

Dla osób, które za tym autorem nie przepadają, z treści książki wyraźnie może uwypuklać się jego arogancja i nadmierny, wręcz pedantyczny lęk przed uogólnianiem. Murakami wielokrotnie podkreśla, że nie mówi o wszystkich pisarzach, ale przede wszystkim o sobie. Jest on jednak świadomy swojego egocentryzmu i wielokrotnie za niego też przeprasza. 

Grono jego stałych odbiorców natomiast na pewno doceni język, którym pisana jest książka. Jest to charakterystyczny styl pisarza - język konstrukcyjnie prosty i przystępny. Tekst ma swoje powolne tempo, które jednak nie nuży. O tym jak Murakami wypracował swój styl (ten prosty, właśnie stosunkowo powolny rytm) również można przeczytać w książce, zatem Zawód: powieściopisarz wydaje mi się pozycją niezbędną dla każdego zadeklarowanego fana tego autora. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Muza!






Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger