15:04:00

Charlie i fabryka czekolady

Charlie i fabryka czekolady
I kolejna pozycja z listy BBC (klik!) za mną! Dzięki audiobookom błyskawicznie pochłaniam lektury, po które nie miałam czasu sięgnąć w wersji papierowej. Dzisiaj słów kilka o książce, którą na pewno wszyscy znają, choćby z ekranizacji. 

Tytuł: Charlie i fabryka czekolady
Autor: Roald Dahl
Rok: 1964
format: audiobook

Główny bohater - Charlie - pochodzi z ubogiej rodziny, jednak chłopiec dorasta w atmosferze pełnej miłości i troski. To, że jego rodzicom i dziadkom nie powodzi się finansowo, nie przeszkadza mu być dobrze wychowanym, zawsze martwić się o innych i starać się wywoływać uśmiech na twarzy najbliższych. Całe jego życie jednak zmienia się, gdy ekscentryczny właściciel fabryki czekolady postanawia otworzyć bramy swojego słodkiego królestwa dla pięciu szczęśliwców, którzy znajdą w jego produktach złoty bilet.
Ponieważ fabryka osnuta jest tajemnicą, ludzie histerycznie rzucają się na produkty Wonki, aby znaleźć bilet wstępu, dowiedzieć się czegoś więcej o właścicielu i zdobyć dożywotni zapas czekolady w nagrodę. I tak rodzice kupują swoim dzieciom czekolady całymi tonami i tylko biedny Charlie może sobie pozwolić na zaledwie kilka tabliczek. Szczęście jednak się do niego uśmiecha i znajduje on ostatni bilet na wyjątkową podróż po wnętrzu fabryki.

Skracając odrobinę fabułę, Willy Wonka okazuje się wesołym, choć irytującym wariatem, pozostałe dzieci i ich rodzice prezentują jak najgorsze maniery i wady, których każde dziecko powinno się wystrzegać, a Charlie otrzymuje niespodziewaną nagrodę za to jakim chłopcem się okazał, chociaż tak naprawdę po prostu nie zrobił nic głupiego. W sumie nie zrobił nic przez całą wycieczkę. 

Ze wstępu dowiadujemy się, że autor początkowo chciał stworzyć Charliemu aż kilkunastu rywali, ale siostrzeniec Dahla stwierdził, że książka będzie wtedy nudna. Cóż, niestety nawet przy pięciu złotych biletach książka dłuży się niemiłosiernie i nie wzbudza żadnych emocji. Postacie są płytkie, niedopracowane, piosenki Upa-Lumpasów są zbędne i cały proces moralizatorski jest przewidywalny i sztampowy. 
Jedyne co wzbudza ciekawość, to ciekawostki, które krążą wokół książki. Otóż Dahla zainspirowały prawdziwe firmy zajmujące się produkcją czekolady, które wysyłały dzieciom produkty w zamian za ich opinie oraz które rywalizowały ze sobą do tego stopnia, że wysyłały sobie wzajemnie szpiegów pod postacią nowych pracowników, aby wykradać przepisy na nowe produkty. 

Ponadto, według wywiadu z żoną autora, Charlie miał być czarnoskórym chłopcem i informacje te potwierdza biograf Dahla. W pierwotnej wersji powieści również Upa-Lumpasi byli czarnoskórymi Pigmejami, jednak Organizacja National Association for the Advancement of Colored People uznała, że ich praca za bardzo przypomina niewolnictwo, zatem autor musiał co nieco w książce pozmieniać. Więcej o tym pisze Niestatystyczny (klik!).
Książka niewątpliwie ma szansę dotrzeć do najmłodszego czytelnika, ale tylko i wyłącznie jeśli podetknie mu się ją odpowiednio wcześnie, zanim zacznie kwestionować sens czytania takiej lektury. Jest to pozycja szanowana zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i nawet sama J.K. Rowling umieściła ją na swojej liście 10 książek, które każde dziecko powinno przeczytać. Po zapoznaniu się z nią jednak, wcale się nie dziwie, czemu dzieci w szkołach nie chcą jej tknąć i wolą ograniczać się do ekranizacji, gdy wokół tyle ciekawych i mądrych książek, które mogą najmłodszego czytelnika zachwycić.

18:47:00

Kijanki i kretowiska

Kijanki i kretowiska
Nie każdy zbiór opowiadań jest dobry. Nie każde opowiadanie potrafi trzymać w napięciu, nie każdy autor potrafi stworzyć teksty, które nie będą odstawać od siebie pod względem wartości. Z twórczością Aleksandry Zielińskiej spotykam się po raz pierwszy. I jest to spotkanie udane. To niepokojąca miłość od pierwszego wejrzenia. 

Tytuł: Kijanki i kretowiska
Autor: Aleksandra Zielińska
Rok: 2017
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-280-4743-3

Opis książki na okładce nabiera sensu dopiero, gdy zapoznamy się ze wszystkimi opowiadaniami w zbiorze. 

Małe dziewczynki widzą przyszłość w muszlach szczeżuj. Dwugarbne wielbłądy spacerują po ogrodach. Ludzie przychodzą, ludzie odchodzą, złe jest zawsze na wyciągnięcie ręki. 

Zawsze sceptycznie patrzę na dzieła rówieśników, ponieważ sama sceptycznie patrzę na swoją wiedzę o świecie, wciąż czuję się za młoda, żeby uznać, że wiem na czym polega dorosłość i jak grać w grę zwaną życiem. Ale Aleksandra Zielińska wprowadza nas w świat niedopowiedzeń i niepokoju w sposób mistrzowski. 

Na kursach kreatywnego pisania zwraca się uwagę na pierwsze zdania - zdania, które wprowadzają czytelnika w zupełnie nowy świat. To od nich często zależy czy będziemy czytać dalej. Pierwsze opowiadanie zatytułowane "Do zobaczenia, dziewczynki" zaczyna się od stwierdzenia "Przestaniesz bać się guzików tego dnia, gdy woda wypełni płuca twojej siostry". 
Takie intrygujące początki, niedopowiedzenia, które pozwalają uruchomić wyobraźnię, które nie podają wszystkiego od razu i wprost, historie z przeszłości, które wypływają na powierzchnię opisu codzienności przeplatają się płynnie i zwinnie kuszą czytelnika by sięgnął po jeszcze jedno opowiadanie, by przerzucił jeszcze jedną kartkę. 

Przeważająca ilość tych utworów pisana jest z perspektywy kobiet, dziewczynek, które w większości pochodzą z rejonów wiejskich, tam się wychowują, tam wracają, ale też stamtąd uciekają. To one zmagają się z rzeczywistością, konsekwencjami wyborów swoich lub cudzych.

Jedenaście opowiadań pokazuje nam mieszaninę indywidualnych historii, opowieści, problemów, traum i szaleństw. Wszystkie krążą wokół potrzeby zmian, ale także ludzkiej niegodziwości, która jest nieodłącznym elementem naszej natury i otaczającego nas świata. Zło, które dosłownie czai się wszędzie, dostrzegamy w wariacji na temat bajki dla dzieci, w opowieściach o krzywdach, chorobach, dewiacjach, rozstaniach, złamanych obietnicach lub zwykłych wypadkach. 

Zielińska mimo swojego wieku, mimo naszego wieku, jest doskonałym obserwatorem i potrafi uchwycić niepokojące znamiona w różnych sytuacjach. Co więcej, potrafi je później tak opisać, że niepokój tekstu udziela się czytelnikowi, a granica między wydarzeniami prawdziwymi, a fantazjami i wymyślonymi scenariuszami staje się niewidoczna. Możemy gubić się w tym co wyimaginowane, ale zawsze zaczynamy od rzeczywistych problemów.

Dodatkowo sam język sprawia, że odczuwamy przyjemność z lektury. Autorka bawi się tekstem, wrzucając rymy, piosenki, nawiązania do innych utworów literackich, wulgaryzmy, sprawdzając czujność odbiorcy, puszczając do niego oko. Postacie są żywe, często zagubione, stale poszukujące. Czasem to one mówią do nas, czasem to autorka przemawia do nich. Chronologia nie jest ważna, liczą się emocje, tragedie i wybory, przed którymi stają. 

A na końcu... zostajemy my, czytelnicy. Nienasyceni, zaintrygowani i często wstrząśnięci. 

Za niesamowitą lekturę i egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B. Polecam, po stokroć polecam!

20:10:00

Kubuś Puchatek

Kubuś Puchatek
Znowu wracamy do listy BBC (klik!), która motywuje mnie do zapoznawania się z literaturą, po którą sama z siebie bym nie sięgnęła. Przyznaję, że zaległości zaczynam nadrabiać od książek, których nie udało mi się przeczytać w dzieciństwie. Po prostu nigdy nie zostały mi one podsunięte przez rodzicielkę. 

Tytuł: Kubuś Puchatek
Autor: A.A. Milne
Rok: 1926 (Świat) / 1938 (Polska)
format: audiobook

Kubuś Puchatek jest postacią klasyczną i nie trzeba nikomu przedstawiać pulchniutkiego misia o małym rozumku, który szczególnym zamiłowaniem darzy chłopca Krzysia, zawsze znajdzie czas, żeby zjeść odrobinę swojego ulubionego miodku i wyruszyć na wyprawę z przyjaciółmi.
Przyznaję, że jako dziecko nie przepadałam szczególnie za tą postacią. Lubiłam te dobranocki, ale nie były one moimi ulubionymi. Książka jednak w ciepły sposób opisuje poszczególne przygody misia, który budzi sympatię i wcale nie irytuje, tak jak mi się do tej pory wydawało.

Jak na książkę dla dzieci przystało, jest to opowieść stosunkowo krótka, ale czytana przez Janusza Gajosa mogłaby dla mnie trwać jeszcze kilka dodatkowych godzin.

Pewnie wiele osób domyśla się, że postać Krzysia była wzorowana na synu autora, ale może nie każdy wie, że w Polsce mamy dwa przekłady tego dzieła. Pierwsze, to najbardziej znane, zawdzięczamy Irenie Tuwim. To w nim miś dostaje imię Kubusia. Drugie tłumaczenie z roku 1986 zawdzięczamy Monice Adamczyk Garbowskiej, która misia nazwała Fredzią Phi-Phi.
Czemu miś nagle dostał żeńskie imię? Otóż oryginalnie miś był wzorowany na pluszowej zabawce małego Christophera Milne'a, a zabawka została nazwana od imienia niedźwiedzicy Winnipeg będącej żywą maskotką kanadyjskiego wojska z Korpusu Weterynaryjnego Kanady, która w 1914 roku trafiła do londyńskiego zoo. "Winnie" to zdrobnienie od imienia Winnipeg, a oryginalny tytuł to właśnie Winnie the Pooh

[To swoją drogą przypomina mi o misiu Wojtku, który został adoptowany przez żołnierzy 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii w 2 Korpusie Polskim dowodzonym przez generała Władysława Andersa. (Tak, miś brał udział w bitwie o Monte Cassino i nawet dostał stopień kaprala!).]
 
Rozróżnienie płci imienia i postaci może przychodzić polskiemu czytelnikowi z trudem. Irena Tuwim zdecydowała się sprawę uprościć i wybrała dla misia męskie imię. Drugie tłumaczenie natomiast, często uznawane jako bliższe oryginałowi, zachowuje żeńskie imię, ale czasowniki posiadają formy męskie - np. "Fredzia miał, powiedział" itp. 
Niedźwiedzica Winnie - źródło: Wikipedia
Sam autor natomiast przyznawał, że o ile sukces książki miał wyraźne przełożenie na jego sytuację materialna, zaszufladkował go jako pisarza specjalizującego się w literaturze dla dzieci. Osobiście nie ukrywam, że z chęcią zapoznałabym się z jego twórczością skierowaną do dorosłego odbiorcy. 

A Wy? Czytaliście inne książki Milne'a? A może macie swoje ulubione tłumaczenie?

14:45:00

Obsesja

Obsesja
Muszę przyznać od samego początku, że z każdą kolejną książką lubię styl autorki coraz bardziej. Zaczęło się od niewinnej zabawy z Book Tourem i Szeptuchą (link do recenzji znajdziecie tutaj: klik!), później przyszła kolej na Noc Kupały (klik!). Żerca z kolei już czeka na mojej półce.

Obsesja odbiega jednak od słowiańskich bóstw i bohaterów całego cyklu i nie wiedziałam jak wypadnie w porównaniu ze wspomnianymi właśnie pozycjami. A jak jest? Jest bardzo dobrze!
Tytuł: Obsesja 
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk 
Rok: 2017 
Wydawnictwo: W.A.B. 
egzemplarz przedpremierowy 

Młoda lekarka po rozwodzie przenosi się do Warszawy, gdzie rozpoczyna rezydenturę na oddziale psychiatrii. Pacjenci dają jej popalić, ma problemy z docieraniem do pracy na czas, w domu czeka na nią wiernie kot, a ten fakt tylko podkreśla jej lęki, że nie znajdzie mężczyzny, który chciałby spędzić z nią resztę życia. 

Jak każda silna i niezależna kobieta, powtarza, że świetnie daje sobie radę, jeden kot jeszcze o niczym nie świadczy, a faceci ogólnie to łajzy, więc nie ma co się przejmować gadaniem rodzicielki, że trzydziestka na karku to nie przelewki. 

[Korzystając z faktu, że momentami bardzo łatwo mi było utożsamiać się z bohaterką, chciałam pozdrowić mamę! :D] 

Po Warszawie grasuje seryjny morderca, który nagle zaczyna działać na terenie szpitala naszej bohaterki. Co więcej, zaczyna ona dostawać romantyczne, a później dość agresywne, anonimowe liściki. Ktoś na pewno zaczyna się nią interesować. Jakby tego było mało, w jej otoczeniu pojawiają się coraz to nowe postacie - kilku mężczyzn, którzy otwarcie są zainteresowani jej osobą. Nasza lekarka jednak nie jest gotowa na związek i daje o tym znać, czym doprowadza do nieprzyjemnych lub zabawnych sytuacji!
Napięcie rośnie, morderca staje się coraz bardziej napastliwy, ale autorka prowadzi fabułę w sposób lekki i zabawny. Owszem, makabra niektórych wydarzeń może zmrozić krew w żyłach, ale od książki nie sposób się oderwać i miałam problemy, aby zmobilizować się z pójściem do pracy. 

Katarzyna Berenika Miszczuk, która sama jest z wykształcenia lekarzem, wprowadza nas w tajniki działania szpitala, rozkładając też na czynniki pierwsze różnice między uduszeniem a zadzierzgnięciem lub lekarzem sądowym a lekarzem medycyny sądowej! 

Niektóre dialogi wywołują uśmiech, inne wprawiają w osłupienie. W pewnym momencie zaczynamy podejrzewać wszystkich w otoczeniu głównej bohaterki, a połączenie humoru, thrillera i lekkiego wątku romansowego tworzy mieszankę idealną! Jeśli książka będzie miała swoją kontynuację, to już nie mogę się doczekać! 

Obsesja pojawia się w księgarniach już 27 września.

Za zaufanie i egzemplarz przedpremierowy dziękuję wydawnictwu W.A.B.! Recenzowanie takich książek, to sama przyjemność!

14:12:00

BowlLove

BowlLove
Okres wakacyjny można śmiało uznać za zakończony, a nasze zbędne fałdki i boczki mogą się ukryć pod cudownie grubymi swetrami. Nie oznacza to jednak, że nasza dieta - w tym znaczeniu to co spożywamy - powinna stać się niezdrowa i doprowadzać naszą kondycję i zdrowie na skraj wyczerpania. 

Zdrowe jedzenie i odrobina ćwiczeń sprawiają, że nasze samopoczucie może się radykalnie zmienić! Jesteśmy mniej zmęczeni, czujemy się lżej, a co za tym idzie, nie tracimy energii w jesienne i szare dni.

Czasem jednak trudno znaleźć inspirację lub motywację, żeby nasze jedzenie było równie kolorowe jak nasze życie. I tutaj z pomocą przychodzi nam David Bez. 

Tytuł: BowlLove. Zdrowe i odżywcze miski pełne smaku
Autor: David Bez
Rok: 2017
Wydawnictwo: Buchmann
ISBN: 978-83-280-4603-0

David Bez z pasją i zaangażowaniem przedstawia nam swoje propozycje na zdrowe i pyszne jedzenie. Autor zainteresował się mniej przetworzoną żywnością już kilka lat temu, a temat, który do tamtej pory był mu obcy, zainspirował go do tego stopnia, że otworzył własną knajpkę i zaczął doceniać kontakt z prawdziwymi ludźmi, którego nie pobiją nawet tysiące lajków na Instagramie.

W swojej książce inspirowanej porą jesienną, gdy czas sałatek i owoców powoli zaczyna przemijać, Bez proponuje nam dania, które nie tylko dobrze wyglądają, ale i świetnie smakują. Ideą, która łączy wszystkie przepisy jest przygotowywanie ich z prostych, ale różnorodnych składników. Dla mnie jest to pozycja idealna, ponieważ zawsze zniechęcam się do potraw, które mają bajecznie wymyślne składniki, których nie mogę dostać w najczęściej odwiedzanych sklepach.

Mimo że proponowane potrawy to głównie zupy, to Bez podrzuca nam garść pomysłów, jak sprawić, aby były one bardziej treściwe, pozostawiając nam dużą swobodę, jeśli chodzi o proporcje składników. W książce znajdziemy jednak również przepisy na dania "na sucho", które także pięknie się prezentują w miseczkach i czasem są szybsze w przygotowaniu (nie musimy np. gotować bulionów lub kremów).

Autor zwraca uwagę na wartości odżywcze, jego dania w większości odpowiadają wegetarianom i weganom, ale mięsożercy też znajdą w książce coś dla siebie. Co jednak jest jeszcze jednym atutem proponowanych dań, to walory estetyczne! Autor pamięta o tym, że jedzenie też ma cieszyć oko, zwraca uwagę na obróbkę i przygotowanie produktów, ale też na ostateczną formę podania, co widać na kolorowych i cudownie apetycznych zdjęciach. 

Za pyszny egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Buchmann!

13:11:00

Małe kobietki

Małe kobietki
Całkowicie odnawiając bloga w ubiegłym tygodniu nie mogłam pominąć podstrony Sto tytułów BBC, którą znajdziecie pod tym linkiem (klik!) lub u góry strony. Zakładając ją, obiecałam sobie czytać co najmniej dwie książki rocznie z wymienionej listy, ale oczywiście ubiegły rok minął bezowocnie.

Dzisiaj natomiast mogę pochwalić się, że skończyłam klasyczną amerykańską powieść o dorastaniu, która została nagrana przez Annę Nehrebecką dla Zakładu Wydawnictw i Nagrań Polskiego Związku Niewidomych w Warszawie w 1992.

Tytuł: Małe kobietki
Autor:









17:49:00

Mleko i miód

Mleko i miód
W natłoku pracy i innych recenzji czasem trudno sięgnąć w porę po książkę, o której jest głośno w mediach. Mleko i miód to właśnie pozycja, którą kilka miesięcy temu czytali wszyscy, a którą zachwycała się większość. Ale zacznijmy od moich uprzedzeń!

Tytuł: Mleko i miód. Milk and honey
Autor: Rupi Kaur
Rok: 2015 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: Otwarte
ISBN: 978-83-7515-433-7

Otóż moje pierwsze wrażenia nie były związane z książką, ale z recenzjami, które się na jej temat pojawiały. Absolutny wybuch zachwytów na temat poezji odrobinę mnie zaskoczył. Może to brak wiary w polskiego czytelnika jest odpowiedzialny za takie nastawienie, jednak jeśli poezja ta dotarła do tak szerokiego grona i tak skutecznie podbiła serca, to... coś jest nie tak. 

Ale to właśnie ten prosty przekaz i brak poetyckiego patosu sprawia, że łatwo zrozumieć, co autorka chciała nam przekazać i może dlatego pojawiły się nawet głosy, że poezją tego nazwać się nie da.

Książka jest otwarcie kierowana do kobiet i porusza zagadnienia związane z kobiecym ciałem, miłością, ale też z krzywdzącą sytuacją społeczną. Wiersze podzielone są na cztery rozdziały: "Cierpienie", "Kochanie", "Zrywanie" i "Gojenie", ale co ciekawe, utwory pojawiają się i przed nimi i już po zakończeniu książki, co sprawia, że czujemy pewną specyficzną więź z autorką, która prowadzi z nami dialog. 

Pierwsze dwa rozdziały nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Niestety uznałam, że masowy zachwyt nie był uzasadniony, a wiersze, które czasem są tylko jednym zdaniem, niepełną refleksją, nie spełniają moich oczekiwań. Zaskoczyła mnie natomiast tematyka wierszy, ponieważ "Cierpienie" związane jest z molestowaniem, kazirodztwem, ale też z relacjami córka-ojciec i sytuacją kobiet, którym nie wolno zabierać głosu i które uczone są, aby były przezroczyste. 
Jest to uzasadnione pochodzeniem autorki, która jest Kanadyjką o indyjskich korzeniach. 

"Kochanie" dość pobieżnie mówi o miłości matki do dziecka i głównie skupia się na relacjach damosko-męskich, zarówno tych dotyczących sfery erotycznej, wzajemnych fascynacji oraz tego jak mężczyzna lub miłość do niego oddziałują na kobietę. 

Jednak to trzeci rozdział, "Zrywanie", zrobił na mnie największe wrażenie, bo to tutaj możemy dostrzec pewną głębię tych króciutkich utworów. Być może jednak coś jest w powiedzeniu, że prawdziwa sztuka bierze się z cierpienia. To rozdział głównie dla kobiet, które nie wiedzą, że są z nieodpowiednimi mężczyznami. Ci mężczyźni albo są źli z natury, albo są nieodpowiedni przez to, że są nieświadomi wartości swoich partnerek. Autorka przedstawia relacje z różnymi typami mężczyzn, ale wnioski są te same - jako kobieta, jesteś wartościowa, zasługujesz na to co najlepsze, ale miłość nie zawsze pomaga to zrozumieć. 

Zrywanie staje się czymś bolesnym, ale koniecznym, wynikającym z tego, że kobieta staje się mądrzejsza, silniejsza, jest porzucona lub trwa w związku, w którym nie ma miłości, a wzajemne zadawanie sobie bólu jest z nią nieraz mylone. 

Ostatni rozdział, "Gojenie", nie robi już tak silnego wrażenia jak jego poprzednik, ale też znajdziemy w nim wiersze, a może raczej sentencje, które mają nam uświadomić, że jesteśmy piękne, silne i jeśli ktoś nie potrafi tego docenić albo uszanować, to powinien z naszego życia zniknąć.


Jeśli chodzi o język, to jak już wspomniałam jest prosty, ale to właśnie na tym opiera się cały przekaz. Udało mi się wypożyczyć wersję dwujęzyczną, dzięki czemu najpierw miałam możliwość zapoznać się z wersją angielską, a później z polską. Przyznam, że tłumaczenie czasem nie potrafiło sprostać zwięzłości języka angielskiego i zdecydowanie bardziej do gustu przypadł mi oryginał. 

Wydanie samo w sobie jest eleganckie, minimalistyczne jak wiersze i opatrzone ilustracjami samej autorki. 

Całościowo jest to książka mądra, poruszająca tematykę zmysłowości, emocji i konfliktów - nie tylko tych towarzyszących relacjom z mężczyznami, ale i z całymi rodzinami i społeczeństwem. Pozycja z mądrym przekazem, ale odrobinę przesadzonym PR-em.






11:38:00

Stancje

Stancje
Tytuł: Stancje
Autor: Wioletta Grzegorzewska
Rok: 2017
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-280-4596-5

Poprzednia książka autorki - "Guguły" - zdobyła nominację do nagrody Nike, a jej przekład zdobył nominację do nagrody The Man Booker International Prize. Czytając liczne komentarze o Grzegorzewskiej, która jest poetką, prozaikiem i tłumaczem, spodziewałam się książki, która zachwyci mnie swoim językiem. 

I to jedno na pewno się sprawdziło. Książka, która przedstawia dość luźno powiązane ze sobą obrazy, tworzące na pierwszy rzut oka mało harmonijną opowieść, na pewno zachwyca językiem. Tego nie można jej odmówić. Opisy są pełne odważnych metafor, poetyckich porównań, które korzystnie wpływają na wrażenia czytelnika. Znajdujemy tam językowe refleksje na temat rzeczy zwykłych, pozornie bezbarwnych, a które autorka przedstawia w zmuszający do myślenia sposób, w sposób, który prezentuje nam te rzeczy od nowa, w bardziej wartościowym wydaniu.

Książka opowiada historię Wioli, bohaterki wspomnianej już wcześniej książki, która postanawia wyjechać ze swojej rodzinnej wsi i rozpocząć studia w Częstochowie. 
Akcja powieści rozgrywa się w roku 1994, co autorka często przypomina wtrącając informacje ze świata polityki lub znane przeboje, które można było w tamtych czasach usłyszeć. Ale osobiście miałam wrażenie, że opowieść raczej nie pasuje do tej epoki. Sięga wręcz głębiej w przeszłość i nie prezentuje tych lat 90tych, które sama pamiętam. 

Wiola, dziewczyna, która jest nieświadoma życia w mieście, zderza się boleśnie z dorosłością i życiem poza dobrze znaną wsią, z relacjami międzyludzkimi, ze świadomością własnego ciała. Rozpoczyna studia filologiczne, ale w trzyletnim przedziale czasu, do którego mamy dostęp, nie poznajemy wiele z jej życia studenckiego. Tak na dobrą sprawę nie wchodzimy zbyt głęboko w umysł Wioli.

Wędrujemy z bohaterką od stancji do stancji, zanurzamy się we wspomnieniach, ocieramy o realizm magiczny, doświadczamy absurdalnych zdarzeń, gubimy się w tożsamościach i niestety niewiele z tego wynosimy. 

Być może dzieje się tak przez to, że bohaterka jest ozięble zdystansowana, a to pozostałe postacie książki stanowią jej treść. To postacie z hotelu robotniczego tworzą fabułę pierwszego rozdziału, to siostry zakonne zamknięte mentalnie w wojennej historii miasta "podszytego wsią" są spoiwem drugiego. Bohaterka, która samodzielnie zaczyna egzystować w ostatnim rozdziale, dopiero wtedy zaczyna być interesującą postacią dla czytelnika.

Murzę przyznać, że najciekawsze z tego wszystkiego jest zakończenie książki, które otwiera przed bohaterką nowe możliwości, a czytelnika w końcu zasypuje pytaniami.

Bez wątpienia jest to powieść o niepewności, zagubieniu, poznawaniu innych ludzi, aby w końcu zacząć rozumieć samego siebie. Piękny zamysł, piękny język, ale opowieść pozbawiona "tego czegoś", tej iskierki, którą podszyta byłaby fabuła, niestety nie wzbudza oczekiwanego zachwytu.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

18:32:00

Dziewczyna z Brooklynu

Dziewczyna z Brooklynu
Tytuł: Dziewczyna z Brooklynu
Autor: Guillaume Musso
Rok: 2016 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: Albatros
ISBN: 978-83-6578-133-8

Guillaume Musso już od dawna kusił mnie swoimi pozycjami. Trudno przejść obojętnie obok autora, którego książki wręcz piętrzą się w księgarniach i są tłumaczone na prawie 40 języków. Do tej pory jednak ograniczałam się do zapoznania się z opisami fabuły zamieszczonymi na okładkach, dopóki pożyczona książka nie wpadła w końcu w moje ręce. 

Przez moją pobieżną znajomość (a raczej kojarzenie) jego utworów, wydawało mi się, że są to książki obyczajowe, raczej opierające się na wątkach miłosnych, czasem fantastycznych. 

Wyobraźcie sobie zatem moje zdziwienie, gdy zorientowałam się, że czytam kryminał! :D Ale Dziewczyna z Brooklynu to kryminał, który czyta się dobrze i szybko. Akcja jest wartka, nie ma nużących opisów, sytuacja głównego bohatera rozwija się w zastraszającym wręcz tempie, dzięki czemu każdy rozdział dostarcza nam nowych zwrotów akcji, od których niestety czasem aż zaczyna kręcić się w głowie. 

Książka rozpoczyna się od sielskiego wieczoru, gdzie para zakochanych nagle zaczyna się spierać. On czuje, że dziewczyna coś ukrywa, ona nie chce się do tego przyznać. On mając już w przeszłości złamane serce nalega, naciska, wręcz wymusza na dziewczynie, aby przyznała się, co takiego robiła w przeszłości. Ona - zmęczona kłamstwami i pełna wiary w zrozumienie, które okaże jej mężczyzna jej życia - w końcu wyjawia straszną tajemnicę z przeszłości. 
Tylko, że on niestety nie potrafi zareagować jak należy i wszystko zaczyna się od tego momentu rozsypywać. Wzburzony kłótnią mężczyzna opuszcza dom, ale oddalając się od dziewczyny, którą jednak kocha, postanawia zawrócić, przeprosić i zrozumieć co tak naprawdę wyjawiła mu jego narzeczona. 

Gdy dociera na miejsce, jej już tam nie ma. Co gorsza, pełen złych przeczuć, zdaje sobie sprawę, że stało się coś złego. Postanawia ją odnaleźć i wplątuje się tym w aferę, która przerasta najśmielsze oczekiwania. 

Główny bohater jest pisarzem, zatem autor za jego pomocą uchyla nam rąbka tajemnicy o tym jak to jest pisać powieść i jak pisarza mogą zaskoczyć jego własne postacie. Ponieważ główny bohater też pisuje kryminały, bez trudu przeistacza się w detektywa, aby odnaleźć swoją ukochaną. 

Nowe poszlaki wypływają na światło dzienne, makabryczna zbrodnia okazuje się prowadzić do dużo poważniejszego spisku, który ma źródło w przeszłości i wszystko świetnie by się czytało, gdyby te rewelacje nie były tak szybko pozyskiwane przez naszego bohatera (wydaje się, że na dobrą sprawę wszyscy chcą z nim współpracować lub rozmawiać), gdyby nie było tych zwrotów akcji aż tak dużo i gdyby nie wkradł się w wątek bardzo dziwny sentymentalizm. 

Na to ostatnie, być może, ma wpływ fakt, że autor jest Francuzem i ten temperament romantycznego kochanka znalazł ujście w tekście. Jednak pewna doza szlachetnych emocji lub rozentuzjazmowanych, a wręcz rozszalałych objawów uczuć wydaje mi się nie na miejscu przy całym tym kryminalnym wątku. Taka skrajność wygląda w moich oczach odrobinę tandetnie, mimo że książka jest całkiem przyjemną lekturą. 

Cóż, na pewno sprawdzi się w pociągu lub na urlopie i jak na pierwsze spotkanie z Musso, stwierdzam, że nie było całkiem najgorzej. :)


Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger