17:12:00

Alicja w Krainie Czarów

Alicja w Krainie Czarów
Gnam w tym roku z listą tytułów BBC (klik!), ale niestety nie każda pozycja trafia w mój gust. Dzisiaj zatem nie będzie o fabule, ale o ciekawostkach, aby książka zyskała zarówno w moich oczach, jak i w Waszych! ;)

Tytuł: Alicja w Krainie Czarów
Autor: Lewis Carroll
Rok: 1865
format: audiobook 

Opowieść o Alicji, która podąża za białym królikiem, miota się między zmianą rozmiarów, wędruje po wyśnionej krainie i jest tak nieprzyzwoicie tępa, że obraża wszystko co tylko napotyka na swojej drodze, jest znana pewnie każdemu dziecku i każdemu dorosłemu. 

W dzieciństwie rzadko oglądałam tę bajkę, mimo że miałam ją na własnej kasecie VHS i nigdy nie potrafiłam ani utożsamiać się z główną bohaterką, ani sympatyzować z pozostałymi postaciami. Dosłownie można powiedzieć, że to nie moja bajka. Nie bawiły mnie te żarty, nie wciągał ten rodzaj fantazji, ale skoro już zaczęłam słuchać audiobooka, to nie wypadało mi przerwać w połowie. 

Jednak w tym miejscu należy się również sprostowanie dotyczące nazwy bloga! Zbieżność wydaje się jednoznaczna, jednak moja Kraina Czarów nie ma nic wspólnego z opisywaną tutaj książką. Mój "Wonderland", to każda kraina, do której przenoszę się dzięki lekturze, mój własny "Błękitny zamek" jak kto woli i mam nadzieję, że Wy również macie taką swoją własną wyśnioną krainę dziwów, do której uciekacie przed rzeczywistością właśnie dzięki książkom! ^_^
Wersja, na którą trafiłam była tłumaczona przez Roberta Stillera. Dlaczego o tym wspominam? Bo Alicja... doczekała się aż 11 różnych przekładów na język polski. Nie jest to chyba jednak wynik rekordowy, bo na język niemiecki tłumaczono ją aż 35 razy. Za każdym razem spierano się o fantazyjność i lekkość tekstu, a ostatnimi czasy zaczęto go "spłaszczać", aby był dostosowany do języka współczesnych odbiorców, co według mnie jest okropnym bezczeszczeniem tekstu i nie zdziwię się, jeśli idąc tym tropem za 30 lat będziemy sprowadzać klasykę do formy powieści graficznej, mówiąc ładnie, a komiksu, mówiąc otwarcie, tylko dlatego, że kolejne pokolenia nie będą umiały się skupić na blokach tekstu dłuższych niż 2 zdania. 

Ale tłumaczenie Stillera (z 1986r.) na pewno musiało lepiej brzmieć w formie pisemnej, ponieważ zirytowany poprzednimi tłumaczeniami, po wielu latach upraszania się o poprawki, sam zabrał się za przekład i opatrzył go dodatkowo przypisami, które 
wyjaśniały niuanse umykające [czytelnikom] bez dokładnego poznania epoki wiktoriańskiej i genezy książki.
źródło: Wikipedia

I tutaj aż żałuję, że to wszystko w audiobooku zniknęło, chociaż samo słuchowisko było przyjemnym zabiegiem, opatrzonym dodatkowymi efektami dźwiękowymi i muzyką!

Jednak wracając do samej książki, postacie, które w niej występują są inspirowane znajomymi z otoczenia autora i ta ciekawostka sprawia, że wszelkie cechy osobowości zaczynają w końcu być zabawne, biorąc po uwagę, że prawdziwi ludzie tak się zachowywali. 

Absurdalna narracja snu staje się zatem przykrywką, satyrą obśmiewającą niektóre wady otoczenia. Tak więc Alicja wzorowana jest na Alice Pleasance Liddell, dziewczynce, która była również fotomodelką autora, Mysz, która panicznie boi się kotów była prawdopodobnie odzwierciedleniem postaci guwernantki z domu Liddellów, a Dodo jest karykaturą samego autora.

Znając trochę lepiej rys historyczny epoki i język angielski, jesteśmy w stanie też dojść do tego, skąd się wzięły inne postacie. Szalony Kapelusznik powstał z idiomu "mad as a hatter", czyli dosłownie "szalony jak kapelusznik".
Kapelusznicy podobno naprawdę miewali stany psychotyczne i tzw. „drgawki kapelusznicze” ze względu na opary rtęci, którą się posługiwali przy wyrobie filcu.
źródło: przypis z książki tłumaczenia Stillera

Zając Marcowy również był inspirowany idiomem. "Mad as a March hare" to nic innego jak "szalony jak marcowy zając", a imię Fałszywego Żółwia 
pochodzi od "mock turtle soup" (pol. "fałszywa zupa żółwiowa"), przyrządzanej z głowy cielęcia, przypominającą zupę żółwiową.
źródło: tamże
Stąd rysunki tej postaci z cielęcą głową, ogonem i nogami! 

Znając takie ciekawostki, dostrzegamy w książce nowe znaczenia, lektura staje się rozszyfrowywaniem zagadek kulturowych i językowych, a sama irracjonalna fabuła i płytkość głównej bohaterki przestają drażnić. Bądź co bądź, Carroll był wykładowcą matematyki, więc możemy zrozumieć jego zamiłowanie do zagadek. Stąd też pomysł na pracę pod innym nazwiskiem. Lewis Carroll tak naprawdę nazywał się Charles Lutwidge Dodgson. Pseudonimu artystycznego używał, aby oddzielić

matematyczne dzieła naukowe i popularnonaukowe prace o matematyce i grach logicznych (które sygnował prawdziwym nazwiskiem) od literatury pięknej, wydawanej pod pseudonimem.
źródło: Wikipedia
Wiedząc to wszystko, ja jestem w stanie inaczej spojrzeć na książkę, którą rzeczywiście coraz trudniej nazwać tylko i wyłącznie lekturą dla dzieci. A Wy? Czytaliście Alicję...? A może macie własną ulubioną ekranizację?

13:58:00

Mirror, mirror

Mirror, mirror
Kiedy słyszymy, że ktoś z innej branży zabiera się za pisanie książki, pewnie myślimy sobie, że to musi być pomyłka, niewypał, marketing, albo że ktoś już się "znudził" pierwotnym zajęciem. Takie głosy pojawiały się w mediach, gdy brytyjska modelka Cara Delevingne zaczęła pojawiać się w filmach. Okazało się, że nie jest w tym tak zła jak większość się spodziewała. Te same jednak głosy zaczęto podnosić, gdy okazało się, że dziewczyna wyda swoją książkę! I co o tej książce można powiedzieć?

Tytuł: Mirror, mirror
Autor: Cara Delevingne, Rowan Coleman
Rok: 2017
Wydawnictwo: Jaguar
ISBN:978-83-7686-620-8

Jak widać brytyjska gwiazda nie napisała książki sama, nie zatrudniła też ghost writera, ale nawiązała współpracę z bardziej doświadczoną pisarką i uczciwie nie chce nikomu wmawiać, że wszystko w książce jest jej dziełem. 

Poznajemy grupę znajomych, którzy są zmartwieni zaginięciem ich koleżanki z zespołu. Grupa ta jest dość specyficzna - na pierwszy rzut oka w ogóle do siebie nie pasują. Gdyby jeden z nauczycieli nie połączył ich dość przypadkowo, aby stworzyli zespół muzyczny w ramach zajęć z muzyki, pewnie nigdy by nie nawiązali ze sobą znajomości. Są outsiderami, ale każde z nich ma ku temu inne przyczyny - agresywny brat, alkoholizm rodzica, trauma z przeszłości lub skrajne zainteresowanie obcą kulturą, którego nasze otoczenie nie akceptuje. A wszystko to w sercu Londynu, które tętni życiem i daje młodym ludziom schronienie, to miejsce, w którym czują się dobrze, którego atmosferę kochają.

Wszystkie krzywdy i niepewności związane z dorastaniem wychodzą w zachowaniu, ubiorze i sposobie bycia tych szesnastolatków, przez co nierzadko czują się źle we własnej skórze lub stwarzają pozory, maski, które ukrywają jacy tak naprawdę są. 

I w momencie, gdy przepada jedna osoba z grupy, policja i rodzice nie wierzą reszcie nastolatków, że to do tej dziewczyny już niepodobne. Dorośli biorą pod uwagę podobne ekscesy z przeszłości i nie dopuszczają myśli, że zaginiona w końcu "wyszła na prostą" dzięki przyjaźniom, które nawiązała w zespole. 

Ale dziewczyna się w końcu odnajduje. Pobita, nieprzytomna, dryfująca w Tamizie, w śpiączce. I tylko jej przyjaciele zauważają rzeczy, na które dorośli nie zwrócili uwagi, np. pojawienie się dziwnego tatuażu na nadgarstku, a dziewczyna nienawidziła tatuaży, jej dziwne zachowanie w mediach społecznościowych, zmiana stylu ubierania tuż przed zaginięciem. I tylko oni dostrzegają, że coś tutaj nie gra.

Powieść, która zaczyna się jak standardowa książka dla nastolatków, przeradza się w thriller, który nie tylko mówi o problemach związanych z dorastaniem, odkrywaniem własnej seksualności, dręczeniem w szkole, ale też o tym jak rodzice i inni dorośli podchodzą do "faz", przez które przechodzą dzieci i jak łatwo można dać się zwieść, gdy otrzymamy tylko odrobinę szacunku i zaufania. A co, jeśli te "fazy", to nie zawsze są etapy przejściowe? Gdzie należy zdać sobie sprawę, że powinno się szanować młodych ludzi?

Książka raczej trzyma w napięciu i muszę przyznać, że jej druga połowa może zmrozić krew w żyłach. Pozycja pisana jest językiem odważnym, przedstawia prawdziwą komunikację, niepozbawioną przekleństw i odbywającą się głównie przez media społecznościowe. 

Na lubimyczytac.pl znalazłam opinię, że książka

źródło: lubimyczytac.pl
i przyznaję, że mogę się pod tym podpisać. Co więcej, książka, po którą sięgnie wiele osób ze względu na nazwisko autorki, ma kilka naprawdę dobrych zabiegów literackich i zwrotów akcji, których używała w swojej twórczości np. Virginia Woolf (swoją drogą brawa dla tłumacza, za trzymanie czytelnika w niepewności!), więc może nie trzeba od razu skreślać tej pozycji za głośną promocję. 

Cara Delevingne przyznała, że wiele czerpała z własnych przeżyć nastolatki, z otoczenia i środowiska i książka posiada widoczny ładunek emocjonalny, którego nie udałoby się wcisnąć w fabułę, gdyby zabrał się za to autor po czterdziestce. Więc jeśli dziewczyna łapie swoje 5 minut i wykorzystuje je w nieskandaliczny sposób, to nie ma się co oburzać. Bo, swoją drogą, na Toma Hanksa nikt nie naskakuje, że wydał książkę, prawda?

Za egzemplarz recenzencki i zaufanie dziękuję wydawnictwu Jaguar!

11:51:00

Kaukasis

Kaukasis
Jak często zdarza Wam się chodzić do restauracji? A jak często wybieracie klimaty odmienne od burgerów, steków lub kuchni włoskiej? Ja ostatnio zadurzyłam się w kuchniach, które zaskakują smakiem, tradycją i kulturą, dlatego staram się odwiedzać miejsca, które oferują oryginalne dania, ale też i zupełnie odmienny klimat.

Jednak często chcemy zabrać te smaki do domu i sami spróbować przyrządzić potrawy, które nas zachwycają - czy to w restauracjach, czy w odwiedzanych obcych krajach.

Dzisiaj przedstawiam Wam książkę, która pomaga przenieść się w inny świat i jednocześnie sprowadzić ten świat do naszej prywatnej kuchni.

Tytuł: Kaukasis. Kulinarna podróż po Gruzji i innych krajach Kaukazu.
Autor: Olia Hercules
Rok: 2017
Wydawnictwo: Buchmann
ISBN: 978-83-280-4658-0
Książka wykracza poza tradycyjnie rozumianą "książkę kulinarna". To nie jest suchy zbiór przepisów, który metodycznie wylicza składniki, a później instruuje nas jak to wszystko połączyć, żeby wyszło danie prezentowane na zdjęciu obok.

Autorka przybliża nam pokrótce sytuację krajów, które wprawdzie łączą smaki, ale dzielą spory, waśnie i konflikty, uchylając rąbka tajemnicy i dzieląc się wspomnieniami. Sytuacje gospodarcze i polityczne skłócają ludzi, zmuszają ich do podziałów, ucieczki, mimo że większość z nich zdaje sobie sprawę, że wybuchające konflikty są sztucznie stworzone, że nie ma potrzeby nienawidzić całych grup etnicznych.

Książka podzielona jest na rozdziały zgodnie z produktami, które wykorzystujemy do przygotowania opisywanych potraw, ale znajdziemy też rozdział poświęcony tylko słodkościom lub rozdział z potrawami wzmacniającymi podczas chorób i innych dolegliwości. Każdy przepis natomiast opatrzony jest krótkim wstępem, historią dania lub ciekawostkami, które udało się zebrać autorce. Czasem są to cytaty, czasem zwykłe rady dotyczące różnych wariantów jednego dania, czasem kluczowe informacje o danej kuchni. 
Znajdziemy tu przepisy tradycyjne i zaskakujące! Bo odważylibyście się połączyć arbuza z rybą lub przygotować deser z młodych szyszek sosnowych?

Jednak tak jak pisałam na początku, to nie jest zwykła książką kucharska, która składa się z list produktów i bezpłciowych, mechanicznych instrukcji postępowania. To podróż, to lekcja historii i kultury i opisy przypadkowo spotykanych ludzi. Bo to ludzie tworzą kraje i zwyczaje.

Zachwycające jest również samo wydanie książki. Nie chodzi mi o to, że może to być oryginalny prezent lub że sama okładka robi wrażenie.

Książka pełna jest zdjęć, które w zimny sposób przedstawiają krajobrazy, w rustykalny sposób przedstawiają dania, ale w ogromnie ciepły i sympatyczny sposób przedstawiają ludzi, a każda strona stanowi przyjemną lekcję smaków i zwyczajów.



Jeśli choć odrobinę fascynuje Was ten rejon, chcecie dowiedzieć się o nim więcej i lubicie kulinarne wyzwania, to książka będzie dla Was idealną pozycją!

Za egzemplarz recenzencki niezmiernie dziękuję wydawnictwu Buchmann!

10:17:00

Czasami kłamię

Czasami kłamię
Od początku przyznaję się do błędu. Spodziewałam się książki sztampowej, trochę niedopracowanej, nagłośnionej przez zagraniczne media. Ale nie mogłam się bardziej pomylić. Już od pierwszych stron jesteśmy wciągnięci w intrygę, której końca nawet nie podejrzewamy.

Tytuł: Czasami kłamię
Autor: Alice Feeney
Rok: 2017
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: egzemplarz przedpremierowy

Poznajcie Amber Raynolds. Sama twierdzi, że powinniście wiedzieć o niej trzy rzeczy: jest w śpiączce, jej mąż jej już nie kocha i... czasem kłamie.
Fabuła od samego początku wprowadza nas w umysł pogrążony w śpiączce, tylko, że główna bohaterka słyszy to co się dzieje dookoła. Uwięziona w swoim własnym ciele nie jest w stanie się poruszyć, wydać dźwięku lub uciec przez osobami, których się boi, ale jej świadomość pracuje na najwyższych obrotach, próbując odróżnić iluzję od prawdy, majaki od rzeczywistości.

Wiemy, że doszło do wypadku, że Amber odwiedzają jej rodzice, siostra, mąż. Z urywków ich wypowiedzi i ze strzępów wspomnień głównej bohaterki próbujemy odtworzyć przebieg wydarzeń i szło by nam to całkiem sprawnie, gdyby nie to, że Amber czasem kłamie. 

Nie zdajemy sobie z tego sprawy, dopóki nie pojawiają się małe elementy układanki, które nagle nie pasują nam do całego obrazka. Z początku autorka wrzuca pojedyncze słowa, które budzą naszą czujność. Później są to całe zdania, które nie są spójne z historią, którą już znamy. Następnie są to całe sekwencje, które burzą całą naszą misterną analizę! Bo czy może być coś bardziej intrygującego niż narrator, który zwraca się do nas bezpośrednio, ale któremu nie możemy ufać?

Opowieść nie jest prowadzona linearnie. Autorka prezentuje nam trzy etapy życia bohaterki, które rozwijają się chronologicznie, uzupełniając naszą wiedzę o Amber. Do samego końca jednak nie wiemy, gdzie czai się kłamstwo. Manipulacja jest tak perfekcyjnie przeprowadzona, że kolejne rozdziały zaskakują i budzą niepokój. Takie rzeczy przecież nie dzieją się w rzeczywistym świecie... prawda? Kłamstwa w tej książce są krzywdzące, manipulują otoczeniem, ale też stanowią element obronny, który może niebezpiecznie przejąć kontrolę nad czyimś życiem.

Przyznaję, że książka jest thrillerem psychologicznym na najwyższym poziomie, jej konstrukcja jest przemyślana, fabuła trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, a zwroty akcji, a raczej momenty, w których odkrywamy prawdę są strategicznie rozmieszczone. 

Trudno pisać cokolwiek więcej o książce, którą powinniście poznać sami. Jej premiera jest zaplanowana na 25 października, więc koniecznie trzymajcie rękę na pulsie. 

Zamieszczam również wywiad z autorką, z którego dowiecie się odrobinę więcej o zarysie fabuły, o kolejnej książce, ale też i o produkcji serialu na podstawie Czasami kłamię (klik!)

A ja za egzemplarz recenzencki niezmiernie dziękuję wydawnictwu W.A.B.! Nawet rozpakowywanie książek od Was sprawia przyjemność! ^_^

09:14:00

Głębia

Głębia
Rok 1914. Szwecja stawia swoją marynarkę w najwyższej gotowości. Mimo że oficjalnie kraj przyjmuje neutralne stanowisko w konflikcie, to wśród oficerów i społeczeństwa da się zaobserwować z kim sympatyzuje większość. Jednak główny bohater ma własne aspiracje i problemy, z którymi się zmaga.

Tytuł: Głębia
Autor: Henning Mankell
Rok: 2004 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-280-3724-3

Lars Tobiasson-Svartman jest inżynierem, któremu wyznaczono specjalne zadanie zmierzenia głębin morskich i wyznaczenia nowego kanału żeglugowego. Okręty są coraz większe i cięższe, a w razie otwartego konfliktu marynarka musi mieć niewyznaczone do tej pory, tajne trasy, dzięki którym szybko i bezpiecznie pokona duże odległości. 

I właśnie te odległości są największą pasją Svartmanna. Potrafi on bez problemu odmierzać czas, odległości między obiektami, odległości na morzu oraz głębokości. Głębiny stanowią jego największą fascynację - marzy on bowiem, aby pewnego dnia natrafić na taki rozłam w dnie morskim, gdzie sonda miernicza nigdy się nie zatrzyma. Chce znaleźć głębię bez dna. 

Pełniąc swoje obowiązki na morzu, pewnego dnia dopływa do małej wysepki, którą, ku jego zdziwieniu, zamieszkuje samotna kobieta. Od tego momentu inżynier nie jest w stanie myśleć o niczym innym. Fascynacja tą kobietą przywykłą do mrozu, sztormów i samotności przejmuje nad nim kontrolę. 

Aby do niej wracać, wielokrotnie posuwa się do kłamstw, oszustw, zbrodni i wyzbywa się całkowicie moralności, tylko po to, aby ostatecznie znaleźć tę wymarzoną głębię właśnie w sobie.

Przemiana głównego bohatera lub raczej stopniowe poznawanie jego osobowości opisane jest językiem zimnym, spokojnym, ale pełnym mocy. Książka trzyma w napięciu dzięki niespokojnej i mroźnej atmosferze, którą stwarza autor.

Nie tylko nakreśla on nam sytuację polityczną i niepokoje społeczne, ale wchodzi w umysł człowieka, który dręczony konfliktami z dzieciństwa, przeistacza się w człowieka, który jest gotów zrezygnować z całego swojego ustatkowanego życia na rzecz półdzikiej kobiety, o której nie potrafi zapomnieć. 

Książka mówi o tytułowej głębi w sposób dosłowny i metaforyczny, ale znajdziemy w niej też dużo odniesień do ciszy, do różnych jej rodzajów - do ciszy, która koi zmysły, do ciszy zwiastującej konflikt, ale też do ciszy, która huczy w umyśle i zmusza do działania lub doprowadza do szaleństwa. 

Było to moje pierwsze spotkanie z autorem, który głównie znany jest z kryminałów, ale dzięki swojej atmosferze i nieprzewidywalności fabuły książka robi ogromne wrażenie. 

Za egzemplarz recenzencki niezmiernie dziękuję wydawnictwu W.A.B.

10:09:00

Folwark zwierzęcy

Folwark zwierzęcy
Kolejny audiobook, kolejna klasyczna pozycja. Dzisiaj na warsztat idzie powieść, która została przeanalizowana na milion sposobów, ale która niestety wciąż jest zadziwiająco aktualna. Tym razem pozycja była czytana przez Wiesława Michnikowskiego, który zmarł niedawno, 29 września, w wieku 95 lat.

Dla przypomnienia tylko piszę, że jest to kolejna pozycja z listy 100 książek BBC (klik!), do której cały czas gorąco zachęcam.

Tytuł: Folwark zwierzęcy
Autor: George Orwell
Rok: 1945
format: audiobook

Książka opisuje zwierzęta, które postanawiają wypędzić ludzi z folwarku. Koncept jest przedstawiony przez wiekowego knura, który zaszczepia w pobratymcach iskrę buntu i marzenie o lepszym bycie. Oczywiście przewrót ma miejsce, zwierzęta nie bez problemów zaczynają prowadzić folwark, ale klasyczne mechanizmy totalitarne zaczynają się błyskawicznie pojawiać w ich społeczności.

Folwark... został napisany jako satyra rewolucji rosyjskiej, która przedstawiając swoją opowieść w poniekąd ezopowym stylu, miała ukazywać prawdę o stalinizmie. Jednak to ostrzeżenie przed Rosją Sowiecką tak naprawdę jest ostrzeżeniem przed dowolnym reżimem totalitarnym.

Rewolucja, która miała poprawić życie mas, która wyrosła z marzenia o lepszym życiu, doprowadziła do wywyższenia innych klas, ale nie do poprawy sytuacji ogółu. Działania świń, które do rewolucji dążyły najbardziej, wykorzystywały ogólną chęć zmian na lepsze, tylko po to, aby później stosować te same idee jako aparat ucisku.

Tak naprawdę ostatecznie zmienia się tylko osoba trzymająca bat, ponieważ życie jednostki wcale się nie poprawiło, a nawet wręcz przeciwnie, uległo znacznemu pogorszeniu. Zawsze chodzi o lepszą sytuację grupy rządzącej. Zwierzęta, którymi łatwo było sterować, zdają sobie z tego sprawę dopiero na sam koniec, kiedy tak naprawdę jest już za późno na jakiekolwiek zmiany.

Fascynujące jest jednak to, jak dokładnie Orwell prowadzi swoją alegoryczną opowieść. Nie pomija żadnego elementu przemian. Proces dochodzenia do władzy, zwłaszcza z perspektywy obecnej sytuacji politycznej w naszym kraju, jest boleśnie aktualny. Zaczyna się od obietnic, od zgromadzenia siły, a następnie ucieka się do manipulacji, aby kontrolować te masy, które ślepo podążają za swoimi przywódcami. Propaganda, publiczne procesy, opieranie się na ideach, które są przeinaczane na potrzeby grupy rządzącej, manipulacja przepisami prawnymi, a ostatecznie degeneracja i zaanektowanie pozycji, przeciwko której na początku się buntowano.

Folwark... jest książką, która daje do myślenia w sposób przejmujący i która w równie gorzki sposób ukazuje swoją ponadczasowość - ideały są martwe, jeśli stawiamy na pierwszym miejscu niskie i prywatne pobudki.

Z ciekawostek historycznych warto wspomnieć, że Orwell miał początkowo problem z wydaniem książki.
Kilku wydawców odmówiło jej publikacji ze względu na sugestię pochodzącą z brytyjskiego Ministerstwa Informacji, które zaznaczało jej antyrosyjski charakter (w tym czasie kraje związane były sojuszem wojennym). Dziś uważa się, że osobą odpowiedzialną za wydanie takiej opinii był Peter Smollett (Peter Smolka) – żyjący w latach 1912–1980 dziennikarz, wydawca i agent sowiecki.
(źródło: Wikipedia
W Polsce książka była zakazana przez cenzurę aż do 1988 r. Co jednak wywołuje u mnie chichot nikczemny, to fakt, że książki nie wydano od razu na rynku amerykańskim, bo
książki o zwierzętach nie sprzedają się dobrze w Stanach Zjednoczonych.
(źródło: Wikipedia)

Także tego... brawo Wy! :D 

15:04:00

Charlie i fabryka czekolady

Charlie i fabryka czekolady
I kolejna pozycja z listy BBC (klik!) za mną! Dzięki audiobookom błyskawicznie pochłaniam lektury, po które nie miałam czasu sięgnąć w wersji papierowej. Dzisiaj słów kilka o książce, którą na pewno wszyscy znają, choćby z ekranizacji. 

Tytuł: Charlie i fabryka czekolady
Autor: Roald Dahl
Rok: 1964
format: audiobook

Główny bohater - Charlie - pochodzi z ubogiej rodziny, jednak chłopiec dorasta w atmosferze pełnej miłości i troski. To, że jego rodzicom i dziadkom nie powodzi się finansowo, nie przeszkadza mu być dobrze wychowanym, zawsze martwić się o innych i starać się wywoływać uśmiech na twarzy najbliższych. Całe jego życie jednak zmienia się, gdy ekscentryczny właściciel fabryki czekolady postanawia otworzyć bramy swojego słodkiego królestwa dla pięciu szczęśliwców, którzy znajdą w jego produktach złoty bilet.
Ponieważ fabryka osnuta jest tajemnicą, ludzie histerycznie rzucają się na produkty Wonki, aby znaleźć bilet wstępu, dowiedzieć się czegoś więcej o właścicielu i zdobyć dożywotni zapas czekolady w nagrodę. I tak rodzice kupują swoim dzieciom czekolady całymi tonami i tylko biedny Charlie może sobie pozwolić na zaledwie kilka tabliczek. Szczęście jednak się do niego uśmiecha i znajduje on ostatni bilet na wyjątkową podróż po wnętrzu fabryki.

Skracając odrobinę fabułę, Willy Wonka okazuje się wesołym, choć irytującym wariatem, pozostałe dzieci i ich rodzice prezentują jak najgorsze maniery i wady, których każde dziecko powinno się wystrzegać, a Charlie otrzymuje niespodziewaną nagrodę za to jakim chłopcem się okazał, chociaż tak naprawdę po prostu nie zrobił nic głupiego. W sumie nie zrobił nic przez całą wycieczkę. 

Ze wstępu dowiadujemy się, że autor początkowo chciał stworzyć Charliemu aż kilkunastu rywali, ale siostrzeniec Dahla stwierdził, że książka będzie wtedy nudna. Cóż, niestety nawet przy pięciu złotych biletach książka dłuży się niemiłosiernie i nie wzbudza żadnych emocji. Postacie są płytkie, niedopracowane, piosenki Upa-Lumpasów są zbędne i cały proces moralizatorski jest przewidywalny i sztampowy. 
Jedyne co wzbudza ciekawość, to ciekawostki, które krążą wokół książki. Otóż Dahla zainspirowały prawdziwe firmy zajmujące się produkcją czekolady, które wysyłały dzieciom produkty w zamian za ich opinie oraz które rywalizowały ze sobą do tego stopnia, że wysyłały sobie wzajemnie szpiegów pod postacią nowych pracowników, aby wykradać przepisy na nowe produkty. 

Ponadto, według wywiadu z żoną autora, Charlie miał być czarnoskórym chłopcem i informacje te potwierdza biograf Dahla. W pierwotnej wersji powieści również Upa-Lumpasi byli czarnoskórymi Pigmejami, jednak Organizacja National Association for the Advancement of Colored People uznała, że ich praca za bardzo przypomina niewolnictwo, zatem autor musiał co nieco w książce pozmieniać. Więcej o tym pisze Niestatystyczny (klik!).
Książka niewątpliwie ma szansę dotrzeć do najmłodszego czytelnika, ale tylko i wyłącznie jeśli podetknie mu się ją odpowiednio wcześnie, zanim zacznie kwestionować sens czytania takiej lektury. Jest to pozycja szanowana zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i nawet sama J.K. Rowling umieściła ją na swojej liście 10 książek, które każde dziecko powinno przeczytać. Po zapoznaniu się z nią jednak, wcale się nie dziwie, czemu dzieci w szkołach nie chcą jej tknąć i wolą ograniczać się do ekranizacji, gdy wokół tyle ciekawych i mądrych książek, które mogą najmłodszego czytelnika zachwycić.

18:47:00

Kijanki i kretowiska

Kijanki i kretowiska
Nie każdy zbiór opowiadań jest dobry. Nie każde opowiadanie potrafi trzymać w napięciu, nie każdy autor potrafi stworzyć teksty, które nie będą odstawać od siebie pod względem wartości. Z twórczością Aleksandry Zielińskiej spotykam się po raz pierwszy. I jest to spotkanie udane. To niepokojąca miłość od pierwszego wejrzenia. 

Tytuł: Kijanki i kretowiska
Autor: Aleksandra Zielińska
Rok: 2017
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-280-4743-3

Opis książki na okładce nabiera sensu dopiero, gdy zapoznamy się ze wszystkimi opowiadaniami w zbiorze. 

Małe dziewczynki widzą przyszłość w muszlach szczeżuj. Dwugarbne wielbłądy spacerują po ogrodach. Ludzie przychodzą, ludzie odchodzą, złe jest zawsze na wyciągnięcie ręki. 

Zawsze sceptycznie patrzę na dzieła rówieśników, ponieważ sama sceptycznie patrzę na swoją wiedzę o świecie, wciąż czuję się za młoda, żeby uznać, że wiem na czym polega dorosłość i jak grać w grę zwaną życiem. Ale Aleksandra Zielińska wprowadza nas w świat niedopowiedzeń i niepokoju w sposób mistrzowski. 

Na kursach kreatywnego pisania zwraca się uwagę na pierwsze zdania - zdania, które wprowadzają czytelnika w zupełnie nowy świat. To od nich często zależy czy będziemy czytać dalej. Pierwsze opowiadanie zatytułowane "Do zobaczenia, dziewczynki" zaczyna się od stwierdzenia "Przestaniesz bać się guzików tego dnia, gdy woda wypełni płuca twojej siostry". 
Takie intrygujące początki, niedopowiedzenia, które pozwalają uruchomić wyobraźnię, które nie podają wszystkiego od razu i wprost, historie z przeszłości, które wypływają na powierzchnię opisu codzienności przeplatają się płynnie i zwinnie kuszą czytelnika by sięgnął po jeszcze jedno opowiadanie, by przerzucił jeszcze jedną kartkę. 

Przeważająca ilość tych utworów pisana jest z perspektywy kobiet, dziewczynek, które w większości pochodzą z rejonów wiejskich, tam się wychowują, tam wracają, ale też stamtąd uciekają. To one zmagają się z rzeczywistością, konsekwencjami wyborów swoich lub cudzych.

Jedenaście opowiadań pokazuje nam mieszaninę indywidualnych historii, opowieści, problemów, traum i szaleństw. Wszystkie krążą wokół potrzeby zmian, ale także ludzkiej niegodziwości, która jest nieodłącznym elementem naszej natury i otaczającego nas świata. Zło, które dosłownie czai się wszędzie, dostrzegamy w wariacji na temat bajki dla dzieci, w opowieściach o krzywdach, chorobach, dewiacjach, rozstaniach, złamanych obietnicach lub zwykłych wypadkach. 

Zielińska mimo swojego wieku, mimo naszego wieku, jest doskonałym obserwatorem i potrafi uchwycić niepokojące znamiona w różnych sytuacjach. Co więcej, potrafi je później tak opisać, że niepokój tekstu udziela się czytelnikowi, a granica między wydarzeniami prawdziwymi, a fantazjami i wymyślonymi scenariuszami staje się niewidoczna. Możemy gubić się w tym co wyimaginowane, ale zawsze zaczynamy od rzeczywistych problemów.

Dodatkowo sam język sprawia, że odczuwamy przyjemność z lektury. Autorka bawi się tekstem, wrzucając rymy, piosenki, nawiązania do innych utworów literackich, wulgaryzmy, sprawdzając czujność odbiorcy, puszczając do niego oko. Postacie są żywe, często zagubione, stale poszukujące. Czasem to one mówią do nas, czasem to autorka przemawia do nich. Chronologia nie jest ważna, liczą się emocje, tragedie i wybory, przed którymi stają. 

A na końcu... zostajemy my, czytelnicy. Nienasyceni, zaintrygowani i często wstrząśnięci. 

Za niesamowitą lekturę i egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B. Polecam, po stokroć polecam!

20:10:00

Kubuś Puchatek

Kubuś Puchatek
Znowu wracamy do listy BBC (klik!), która motywuje mnie do zapoznawania się z literaturą, po którą sama z siebie bym nie sięgnęła. Przyznaję, że zaległości zaczynam nadrabiać od książek, których nie udało mi się przeczytać w dzieciństwie. Po prostu nigdy nie zostały mi one podsunięte przez rodzicielkę. 

Tytuł: Kubuś Puchatek
Autor: A.A. Milne
Rok: 1926 (Świat) / 1938 (Polska)
format: audiobook

Kubuś Puchatek jest postacią klasyczną i nie trzeba nikomu przedstawiać pulchniutkiego misia o małym rozumku, który szczególnym zamiłowaniem darzy chłopca Krzysia, zawsze znajdzie czas, żeby zjeść odrobinę swojego ulubionego miodku i wyruszyć na wyprawę z przyjaciółmi.
Przyznaję, że jako dziecko nie przepadałam szczególnie za tą postacią. Lubiłam te dobranocki, ale nie były one moimi ulubionymi. Książka jednak w ciepły sposób opisuje poszczególne przygody misia, który budzi sympatię i wcale nie irytuje, tak jak mi się do tej pory wydawało.

Jak na książkę dla dzieci przystało, jest to opowieść stosunkowo krótka, ale czytana przez Janusza Gajosa mogłaby dla mnie trwać jeszcze kilka dodatkowych godzin.

Pewnie wiele osób domyśla się, że postać Krzysia była wzorowana na synu autora, ale może nie każdy wie, że w Polsce mamy dwa przekłady tego dzieła. Pierwsze, to najbardziej znane, zawdzięczamy Irenie Tuwim. To w nim miś dostaje imię Kubusia. Drugie tłumaczenie z roku 1986 zawdzięczamy Monice Adamczyk Garbowskiej, która misia nazwała Fredzią Phi-Phi.
Czemu miś nagle dostał żeńskie imię? Otóż oryginalnie miś był wzorowany na pluszowej zabawce małego Christophera Milne'a, a zabawka została nazwana od imienia niedźwiedzicy Winnipeg będącej żywą maskotką kanadyjskiego wojska z Korpusu Weterynaryjnego Kanady, która w 1914 roku trafiła do londyńskiego zoo. "Winnie" to zdrobnienie od imienia Winnipeg, a oryginalny tytuł to właśnie Winnie the Pooh

[To swoją drogą przypomina mi o misiu Wojtku, który został adoptowany przez żołnierzy 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii w 2 Korpusie Polskim dowodzonym przez generała Władysława Andersa. (Tak, miś brał udział w bitwie o Monte Cassino i nawet dostał stopień kaprala!).]
 
Rozróżnienie płci imienia i postaci może przychodzić polskiemu czytelnikowi z trudem. Irena Tuwim zdecydowała się sprawę uprościć i wybrała dla misia męskie imię. Drugie tłumaczenie natomiast, często uznawane jako bliższe oryginałowi, zachowuje żeńskie imię, ale czasowniki posiadają formy męskie - np. "Fredzia miał, powiedział" itp. 
Niedźwiedzica Winnie - źródło: Wikipedia
Sam autor natomiast przyznawał, że o ile sukces książki miał wyraźne przełożenie na jego sytuację materialna, zaszufladkował go jako pisarza specjalizującego się w literaturze dla dzieci. Osobiście nie ukrywam, że z chęcią zapoznałabym się z jego twórczością skierowaną do dorosłego odbiorcy. 

A Wy? Czytaliście inne książki Milne'a? A może macie swoje ulubione tłumaczenie?
Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger