20:36:00

Spektrum. Leonidy

Spektrum. Leonidy
Już dawno nie czytałam takiej pozycji. Po części dlatego, że głowni bohaterowie mają po 15 lat. Po części dlatego, że duża część akcji dzieje się w szkole. Myślałam, że trudno będzie mi się przestawić na sposób myślenia nastolatków. Ale Nanna Foss wie jak poprowadzić fabułę.

Tytuł: Spektrum. Leonidy
Autor: Nanna Foss
Rok: 2016 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: Driada
ISBN: 978-83-945-990-1-0

Poznajcie Emi - główną bohaterkę, która jest nerdem i się tego nie wstydzi. Lubi siedzieć cicho na lekcjach, mimo że jest bystra i dobrze się uczy. Nie pochodzi z najbogatszej rodziny w mieście, nie jest najbardziej popularną osobą w szkole, ale jednak, jak na piętnastolatkę, jest zadowolona z tego kim jest, jaką ma rodzinę i przyjaciół. Z pasją oddaje się rysowaniu, nie ma ponadprzeciętnych mocy, to normalna, zwyczajna dziewczyna. 

Wszystko do czasu, gdy śni jej się przedziwny sen - znajduje się w pomieszczeniu, którego nigdy wcześniej nie odwiedzała, widzi chłopaka (super przystojnego chłopaka), którego nie zna i dostaje ataku paniki, który ją z tego snu wyrywa. I pewnie szybko by o tym śnie zapomniała, gdyby nie fakt, że następnego dnia ten chłopak pojawia się w jej szkole jako nowy uczeń. Razem ze swoją siostrą bliźniaczką. 

W wyniku fortunnych lub niefortunnych zdarzeń w szkole pojawia się też nowy nauczyciel, który nie znając nastrojów panujących w klasie, łączy uczniów w tylko sobie znany sposób do szkolnych projektów - wszystkie muszą być związane z kosmosem! Ponieważ w miasteczku mieszka pewien znany naukowiec, Emi, jej dwóch przyjaciół, koleżanka, z którą robi projekt, chłopak ze snu i jego siostra bliźniaczka, wybierają się na wykład poświęcony zagadnieniom potrzebnym im do projektów. 
Sprawa zaczyna wyglądać coraz bardziej podejrzanie, gdy naukowiec jest zdziwiony, że ktokolwiek do niego przyszedł, bo żadnego wykładu nie organizował. Ponieważ jednak widzi zapał wśród niektórych nastolatków, zaprasza ich do siebie. Gdy wchodzą do obserwatorium, Emi dostaje nagłego ataku paniki - to jest pomieszczenie, które jej się śniło. Znajduje się w nim również pewien przyrząd, który dla samego naukowca jest zagadką. To rodzaj szyfrowanego kompasu, któremu jednak brakuje ostatniego elementu.

Ten element natomiast ma Noa - nowy chłopak. Nikt nie podejrzewa co się stanie, gdy tajemniczy pryzmat z zawieszki nastolatka trafi do urządzenia. Ogrom bólu, światła i oszołomienia jest jedynym co nastolatkowie zapamiętują z tego wieczoru. A później odkryją, że są w stanie robić rzeczy, o które by się nigdy nie podejrzewali. 

Książka pisana jest prostym, przyjemny językiem, dość młodzieżowym, z masą anglojęzycznych zwrotów. Fabuła jest wartka i nie zauważamy jak przewracamy kartkę za kartką, chcąc się dowiedzieć co się wydarzy w następnym rozdziale. 

Oczywiście głównym motywem każdej książki młodzieżowej będą kwestie przyjaźni, pierwszych miłości i nauki podejmowania ważnych życiowych decyzji. Ponieważ właśnie tego oczekujemy po tej pozycji, książka nie rozczarowuje. Nie są to jednak przyjaźnie typowe, sztampowe - otrzymujemy powiew świeżości, który zwiastuje, że autorka wie jak uatrakcyjnić swoją twórczość. Dodatkowo, widać, że problemy nastolatków nie są jej obce. 

Książka na tym jednak nie poprzestaje. To nie tylko problemy szóstki nastolatków, którzy przypadkowo znaleźli się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Fabuła z rozdziału na rozdział nabiera tempa, od przypadkowych wypadków, po śmiertelne niebezpieczeństwo i morderstwo. Brzmi ciekawie?

Miłym akcentem na rynku jest też to, że akcja dzieje się w Danii i to właśnie z duńskiego jest tłumaczona książka. Widać pewne zwroty, które tłumacz musiał "przekalkować" z języka oryginału, ponieważ po polsku brzmią odrobinę koślawo, ale książkę i tak czyta się przyjemnie. 

Na pewno będzie to świetna pozycja dla młodzieży, chociaż i starsze osobniki mogą się na nią skusić. Od razu jednak zaznaczyć trzeba, że jest to pierwszy tom cyklu, zatem możemy spokojnie czekać na kontynuację! Ja dałam się wciągnąć!

A za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Driada.

18:33:00

Grudniowe inspiracje vol. 3

Grudniowe inspiracje vol. 3
Kochani, mamy grudzień, zbliżają się święta, a zatem przyszedł również czas na post pełen inspiracji. Na pewno w każdej rodzinie, czy kręgu znajomych znajdzie się osoba, która uwielbia czytać. Często wydaje nam się, że nowa książka będzie najlepszym i najbardziej oczywistym prezentem. Jeśli dobrze znamy gusta tej osoby, możemy jej sprawić nie lada radochę. Czasem jednak zdarza się, że nie mamy zielonego pojęcia co kupić i żadne gazetki, listy rankingowe lub posty z rekomendacjami nie pomogą.

I tutaj z pomocą przychodzę ja! ;) Jak co roku już przedstawiam Wam propozycje prezentów dla moli książkowych, które mogą zachwycić, rozbawić lub umilić czas nad dowolną lekturą.

Zatem do dzieła!

1. Lampka w kształcie książki.

Może nie jest to idealne źródło światła do czytania, ale bez wątpienia taka ozdoba doda uroku każdej biblioteczce. Znalazłam dwa warianty takich lampek. Pierwsza, rozkładana wersja dostępna jest w różnych sklepach, nawet na Amazonie. Jej zaletą jest to, że możemy ją układać w różnych pozycjach, a nawet dobierać różne warianty kolorystyczne.
  

Dostępne na: Luminate Book (klik!) oraz Amazon (klik!)

Druga natomiast, opatrzona tytułem The Enlightenment (Oświecenie), dostępna jest tylko na oficjalnej stronie produktu. Sprzedaż tych lampek połączona jest akcją Humanistisch Verbond - holenderskiego stowarzyszenia promującego zasady świeckiego humanizmu. Część dochodu ze sprzedaży przeznaczona jest na działania wspierające wolność słowa w krajach, gdzie krytyczne wypowiedzi wobec dominujących religii są karane.

Dostępne na: Light up your world (klik!)

2. Doniczki w kształcie książek

Pomysł może wydawać się śmieszny, ale jeśli komuś brakuje miejsca na nowe pozycje i zaczyna je upychać po parapetach, może się okazać, że takie doniczki pozwolą na utrzymanie chociaż odrobiny zieleni w pokoju, w którym wszystkie powierzchnie zajęte są książkami ;)


Dostępne na: Etsy (klik!)

Tylko uważajcie przy podlewaniu, żeby nie zalać prawdziwych książek!!

3. Poduszki  

Mole książkowe czytają o wszystkich porach dnia i nocy. I zdarza nam się bardzo często zasnąć nad książką (nie zawsze dlatego, że jest nudna!), co kończy się sztywnym karkiem przez cały następny dzień. Może czas na prezent, który trochę ułatwi życie? ;)

 
 

Dostępne na: Think Geek (klik!)
W sprzedaży znajdziemy trzy warianty: Przygody Sherlocka Holmesa, Wyspa skarbów i Alicja w Krainie Czarów.

4. Ekslibris

Mole książkowe uwielbiają mieć porządek w swojej biblioteczce. Rok temu proponowałam prezent, który ułatwi zapamiętanie komu pożyczyliśmy swoje skarby. Teraz proponuję prezent, który ułatwi nam zapamiętanie, które książki są nasze!

Ekslibris może być karteczką przyklejoną do okładki, pieczątką lub wytłoczonym znakiem! Jeśli prezent ma być niespodzianką, warto ograniczyć się do prostej grafiki i/lub imienia i nazwiska osoby obdarowywanej. Jeśli planujecie odważniejszą i bardziej złożoną grafikę, warto to jednak skonsultować, żeby ekslibris był używany z zadowoleniem i dumą! ;) 
 

Dostępne np. na: DaWanda (klik!) lub w dowolnym sklepie robiącym pieczątki na zamówienie.

5. Foremki do ciasteczek 

Nawet jeśli Wasi introwertyczni znajomy nie organizują przyjęć, na których mogliby częstować ciastkami prezentującymi twarzoczaszkę Williama Shakespeare'a lub Emily Dickinson, to nie oznacza, że nie będą piekli takich ciasteczek tylko dla siebie! Osobiście jestem zachwycona pomysłem i teraz tylko muszę zdecydować kogo bym schrupała!
 

Dostępne na: Etsy (klik!)

Oprócz Poe, Dickinson, Austen i Shakespeare'a znajdziemy również Chaucera, Freuda, Teslę, Dickensa i parę innych osobistości, więc warto zajrzeć choćby z ciekawości ;)

Jeśli tegoroczne pomysły Was nie zainspirowały, zachęcam serdecznie do przejrzenia świątecznych postów z 2015 (klik!) i z 2016 roku (klik!). Może właśnie tam znajdziecie coś dla siebie i swoich bliskich. 

Przypominam również, że do świąt zostało:



Planując zakupy przez Internet pamiętajcie o uwzględnieniu czasu dostawy.
Linki, które pojawiły się w poście nie są linkami sponsorowanymi.






17:18:00

Ostatnie srebrniki

Ostatnie srebrniki
"Polska nareszcie doczekała się autora, który potrafi połączyć historię ze współczesnością we wciągającej kryminalno-sensacyjnej powieści."

"Autor - wzorem Dana Browna i Umberto Eco - po mistrzowsku prowadzi nas przez zaułki historii, pokazując jak wydarzenia z przeszłości wpływają na jej bieg, wywołują tragiczne skutki w ciągu dwóch tysięcy lat i powodują śmiertelne zagrożenie dla współczesnych Europejczyków."

Trudno się nie skusić, czytając takie słowa zachęty. Jednak hasła drukowane na okładce dodają książce wartości, której treść nie jest w stanie obronić.

Tytuł: Ostatnie srebrniki
Autor: Tadeusz Biedzki
Rok: 2017
Wydawnictwo: Bernardinum
ISBN: 978-83-7823-990-1

Para głównych bohaterów, o których nie wiemy nic, spędza wakacje na Cyprze i kupuje tam od znajomego handlarza zabytkową szkatułkę, która podobno ma sprowadzać na właścicieli ogromne nieszczęścia. Kilka miesięcy później, będąc w Barcelonie, są świadkami okrutnego morderstwa na duchownym. Po złożeniu zeznań na komisariacie postanawiają ni stąd, ni zowąd samodzielnie rozwikłać zagadkę morderstwa, które wygląda rytualnie i dość makabrycznie. Sprawa zaczyna prezentować się coraz bardziej intrygująco, gdy bohaterowie dowiadują się, że policja całą sprawę zatuszowała, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności dowiadują się o supertajnym stowarzyszeniu, powołanym raptem kilka lat wcześniej, składającym się z garstki osób, które mają na celu zniszczenie chrześcijaństwa na całym globie. To rzeczywiście przypomina Browna, wręcz trąca bardzo niedopracowanym plagiatem.

Równolegle czytamy o srebrnikach, które Judasz uzyskał za zdradę Jezusa. Najpierw poznajemy ich historię z perspektywy Piłata, później kolejnych osób, w których ręce wpadły pieniądze i szkatuła, w której zostały ukryte. I przyznaję, że ten wątek prezentuje się w książce najciekawiej. Autor przedstawia drogę pechowego artefaktu na przestrzeni dwóch tysiącleci. Wszystko jednak jest szyte grubymi nićmi, bo każdy z właścicieli zostawia po sobie jakąś formę notatki lub dokumentu, które opisują dotychczasowe losy szkatuły. Wątek traci na atrakcyjności jeśli rozpatrzymy jak wielce nieprawdopodobne jest to zachowanie.

Historia, która ma się splatać ze względu na konsekwencje wydarzeń historycznych, łączy się w jeden wątek tylko dzięki przypadkowi - dzięki temu, że dwoje Polaków, którzy najwyraźniej mają nieograniczone fundusze i czas, żeby z dnia na dzień podróżować po całej Europie, natyka się na szkatułkę i tajny zakon. Nie ma tu zatem żadnych spajających wydarzeń, a fabuła może i opiera się na Brownie i Eco, jednak daleko jej do mistrzowskich dzieł, którymi zaczytuje się cały świat.

Język książki jest prosty, brakuje opisów, rozbudowy wydarzeń. Autor skacze między kontynentami, godzinami, zdarzeniami z akapitu na akapit i ma się wrażenie, że czytamy wstępny scenariusz filmowy, w którym ktoś koniecznie chciał streścić cały pomysł, ale ma zamiar jeszcze go doszlifować.

Bohaterowie są płytcy, nic o nich nie wiemy, zwłaszcza o głównych postaciach. O kobiecie wiemy, że ma na imię Wanda. Imię mężczyzny ujawnione jest dopiero na ostatnich kilku stronach. Z podziękowań można wywnioskować, że autor wykorzystał osobę własną i swojej żony, aby stworzyć Ostatnie srebrniki (te same imiona).

Trzeba jednak przyznać, że autor ma wiedzę historyczną, którą się dzieli. Mnogość przypisów może zniechęcić niektórych czytelników, ale niewątpliwie dzięki nim jesteśmy w stanie zrozumieć niektóre jednostki miar i wag, wydarzenia, architekturę i chronologię. Więc plus za research, którego podjął się Biedzki - na końcu książki znajdziemy również literaturę źródłową. Ale minus za przepisywanie Wikipedii, żeby przekroczyć 200 stron druku. Autor nawet się z tym nie kryje i w tekście znajdziemy zwroty w stylu "cytując za Wikipedią...". To nie tylko brak szacunki do własnej książki, ale też i do czytelnika.

Kuleje również to, jak autor "powołuje do życia" zakon, który ma na celu zniszczyć chrześcijaństwo. Otóż nie składają się na niego osoby, które od pokoleń zgłębiały naukę o i wzniecały nienawiść do danej wiary z różnych mistycznych lub ekonomicznych powodów. Autor wielokrotnie podkreśla, że wyimaginowana instytucja składa się z reprezentantów "lewicowych i lewackich sił w Europie", które nawet w Polsce mają swoje szpony. Przykładem z książki jest bezczeszczenie krzyża i pogarda dla miesięcznic odbywających się pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Wniosek, który daje się również odszyfrować z niektórych komentarzy oznacza, że gender i homoseksualizm dążą do przemocy wymierzonej przeciwko kościołowi, co zaczyna trącać obłędem.

Książka niewątpliwie jednak przemówi do niektórych środowisk i to im życzę owocnej lektury.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Bernardinum.


17:12:00

Alicja w Krainie Czarów

Alicja w Krainie Czarów
Gnam w tym roku z listą tytułów BBC (klik!), ale niestety nie każda pozycja trafia w mój gust. Dzisiaj zatem nie będzie o fabule, ale o ciekawostkach, aby książka zyskała zarówno w moich oczach, jak i w Waszych! ;)

Tytuł: Alicja w Krainie Czarów
Autor: Lewis Carroll
Rok: 1865
format: audiobook 

Opowieść o Alicji, która podąża za białym królikiem, miota się między zmianą rozmiarów, wędruje po wyśnionej krainie i jest tak nieprzyzwoicie tępa, że obraża wszystko co tylko napotyka na swojej drodze, jest znana pewnie każdemu dziecku i każdemu dorosłemu. 

W dzieciństwie rzadko oglądałam tę bajkę, mimo że miałam ją na własnej kasecie VHS i nigdy nie potrafiłam ani utożsamiać się z główną bohaterką, ani sympatyzować z pozostałymi postaciami. Dosłownie można powiedzieć, że to nie moja bajka. Nie bawiły mnie te żarty, nie wciągał ten rodzaj fantazji, ale skoro już zaczęłam słuchać audiobooka, to nie wypadało mi przerwać w połowie. 

Jednak w tym miejscu należy się również sprostowanie dotyczące nazwy bloga! Zbieżność wydaje się jednoznaczna, jednak moja Kraina Czarów nie ma nic wspólnego z opisywaną tutaj książką. Mój "Wonderland", to każda kraina, do której przenoszę się dzięki lekturze, mój własny "Błękitny zamek" jak kto woli i mam nadzieję, że Wy również macie taką swoją własną wyśnioną krainę dziwów, do której uciekacie przed rzeczywistością właśnie dzięki książkom! ^_^
Wersja, na którą trafiłam była tłumaczona przez Roberta Stillera. Dlaczego o tym wspominam? Bo Alicja... doczekała się aż 11 różnych przekładów na język polski. Nie jest to chyba jednak wynik rekordowy, bo na język niemiecki tłumaczono ją aż 35 razy. Za każdym razem spierano się o fantazyjność i lekkość tekstu, a ostatnimi czasy zaczęto go "spłaszczać", aby był dostosowany do języka współczesnych odbiorców, co według mnie jest okropnym bezczeszczeniem tekstu i nie zdziwię się, jeśli idąc tym tropem za 30 lat będziemy sprowadzać klasykę do formy powieści graficznej, mówiąc ładnie, a komiksu, mówiąc otwarcie, tylko dlatego, że kolejne pokolenia nie będą umiały się skupić na blokach tekstu dłuższych niż 2 zdania. 

Ale tłumaczenie Stillera (z 1986r.) na pewno musiało lepiej brzmieć w formie pisemnej, ponieważ zirytowany poprzednimi tłumaczeniami, po wielu latach upraszania się o poprawki, sam zabrał się za przekład i opatrzył go dodatkowo przypisami, które 
wyjaśniały niuanse umykające [czytelnikom] bez dokładnego poznania epoki wiktoriańskiej i genezy książki.
źródło: Wikipedia

I tutaj aż żałuję, że to wszystko w audiobooku zniknęło, chociaż samo słuchowisko było przyjemnym zabiegiem, opatrzonym dodatkowymi efektami dźwiękowymi i muzyką!

Jednak wracając do samej książki, postacie, które w niej występują są inspirowane znajomymi z otoczenia autora i ta ciekawostka sprawia, że wszelkie cechy osobowości zaczynają w końcu być zabawne, biorąc po uwagę, że prawdziwi ludzie tak się zachowywali. 

Absurdalna narracja snu staje się zatem przykrywką, satyrą obśmiewającą niektóre wady otoczenia. Tak więc Alicja wzorowana jest na Alice Pleasance Liddell, dziewczynce, która była również fotomodelką autora, Mysz, która panicznie boi się kotów była prawdopodobnie odzwierciedleniem postaci guwernantki z domu Liddellów, a Dodo jest karykaturą samego autora.

Znając trochę lepiej rys historyczny epoki i język angielski, jesteśmy w stanie też dojść do tego, skąd się wzięły inne postacie. Szalony Kapelusznik powstał z idiomu "mad as a hatter", czyli dosłownie "szalony jak kapelusznik".
Kapelusznicy podobno naprawdę miewali stany psychotyczne i tzw. „drgawki kapelusznicze” ze względu na opary rtęci, którą się posługiwali przy wyrobie filcu.
źródło: przypis z książki tłumaczenia Stillera

Zając Marcowy również był inspirowany idiomem. "Mad as a March hare" to nic innego jak "szalony jak marcowy zając", a imię Fałszywego Żółwia 
pochodzi od "mock turtle soup" (pol. "fałszywa zupa żółwiowa"), przyrządzanej z głowy cielęcia, przypominającą zupę żółwiową.
źródło: tamże
Stąd rysunki tej postaci z cielęcą głową, ogonem i nogami! 

Znając takie ciekawostki, dostrzegamy w książce nowe znaczenia, lektura staje się rozszyfrowywaniem zagadek kulturowych i językowych, a sama irracjonalna fabuła i płytkość głównej bohaterki przestają drażnić. Bądź co bądź, Carroll był wykładowcą matematyki, więc możemy zrozumieć jego zamiłowanie do zagadek. Stąd też pomysł na pracę pod innym nazwiskiem. Lewis Carroll tak naprawdę nazywał się Charles Lutwidge Dodgson. Pseudonimu artystycznego używał, aby oddzielić

matematyczne dzieła naukowe i popularnonaukowe prace o matematyce i grach logicznych (które sygnował prawdziwym nazwiskiem) od literatury pięknej, wydawanej pod pseudonimem.
źródło: Wikipedia
Wiedząc to wszystko, ja jestem w stanie inaczej spojrzeć na książkę, którą rzeczywiście coraz trudniej nazwać tylko i wyłącznie lekturą dla dzieci. A Wy? Czytaliście Alicję...? A może macie własną ulubioną ekranizację?

13:58:00

Mirror, mirror

Mirror, mirror
Kiedy słyszymy, że ktoś z innej branży zabiera się za pisanie książki, pewnie myślimy sobie, że to musi być pomyłka, niewypał, marketing, albo że ktoś już się "znudził" pierwotnym zajęciem. Takie głosy pojawiały się w mediach, gdy brytyjska modelka Cara Delevingne zaczęła pojawiać się w filmach. Okazało się, że nie jest w tym tak zła jak większość się spodziewała. Te same jednak głosy zaczęto podnosić, gdy okazało się, że dziewczyna wyda swoją książkę! I co o tej książce można powiedzieć?

Tytuł: Mirror, mirror
Autor: Cara Delevingne, Rowan Coleman
Rok: 2017
Wydawnictwo: Jaguar
ISBN:978-83-7686-620-8

Jak widać brytyjska gwiazda nie napisała książki sama, nie zatrudniła też ghost writera, ale nawiązała współpracę z bardziej doświadczoną pisarką i uczciwie nie chce nikomu wmawiać, że wszystko w książce jest jej dziełem. 

Poznajemy grupę znajomych, którzy są zmartwieni zaginięciem ich koleżanki z zespołu. Grupa ta jest dość specyficzna - na pierwszy rzut oka w ogóle do siebie nie pasują. Gdyby jeden z nauczycieli nie połączył ich dość przypadkowo, aby stworzyli zespół muzyczny w ramach zajęć z muzyki, pewnie nigdy by nie nawiązali ze sobą znajomości. Są outsiderami, ale każde z nich ma ku temu inne przyczyny - agresywny brat, alkoholizm rodzica, trauma z przeszłości lub skrajne zainteresowanie obcą kulturą, którego nasze otoczenie nie akceptuje. A wszystko to w sercu Londynu, które tętni życiem i daje młodym ludziom schronienie, to miejsce, w którym czują się dobrze, którego atmosferę kochają.

Wszystkie krzywdy i niepewności związane z dorastaniem wychodzą w zachowaniu, ubiorze i sposobie bycia tych szesnastolatków, przez co nierzadko czują się źle we własnej skórze lub stwarzają pozory, maski, które ukrywają jacy tak naprawdę są. 

I w momencie, gdy przepada jedna osoba z grupy, policja i rodzice nie wierzą reszcie nastolatków, że to do tej dziewczyny już niepodobne. Dorośli biorą pod uwagę podobne ekscesy z przeszłości i nie dopuszczają myśli, że zaginiona w końcu "wyszła na prostą" dzięki przyjaźniom, które nawiązała w zespole. 

Ale dziewczyna się w końcu odnajduje. Pobita, nieprzytomna, dryfująca w Tamizie, w śpiączce. I tylko jej przyjaciele zauważają rzeczy, na które dorośli nie zwrócili uwagi, np. pojawienie się dziwnego tatuażu na nadgarstku, a dziewczyna nienawidziła tatuaży, jej dziwne zachowanie w mediach społecznościowych, zmiana stylu ubierania tuż przed zaginięciem. I tylko oni dostrzegają, że coś tutaj nie gra.

Powieść, która zaczyna się jak standardowa książka dla nastolatków, przeradza się w thriller, który nie tylko mówi o problemach związanych z dorastaniem, odkrywaniem własnej seksualności, dręczeniem w szkole, ale też o tym jak rodzice i inni dorośli podchodzą do "faz", przez które przechodzą dzieci i jak łatwo można dać się zwieść, gdy otrzymamy tylko odrobinę szacunku i zaufania. A co, jeśli te "fazy", to nie zawsze są etapy przejściowe? Gdzie należy zdać sobie sprawę, że powinno się szanować młodych ludzi?

Książka raczej trzyma w napięciu i muszę przyznać, że jej druga połowa może zmrozić krew w żyłach. Pozycja pisana jest językiem odważnym, przedstawia prawdziwą komunikację, niepozbawioną przekleństw i odbywającą się głównie przez media społecznościowe. 

Na lubimyczytac.pl znalazłam opinię, że książka

źródło: lubimyczytac.pl
i przyznaję, że mogę się pod tym podpisać. Co więcej, książka, po którą sięgnie wiele osób ze względu na nazwisko autorki, ma kilka naprawdę dobrych zabiegów literackich i zwrotów akcji, których używała w swojej twórczości np. Virginia Woolf (swoją drogą brawa dla tłumacza, za trzymanie czytelnika w niepewności!), więc może nie trzeba od razu skreślać tej pozycji za głośną promocję. 

Cara Delevingne przyznała, że wiele czerpała z własnych przeżyć nastolatki, z otoczenia i środowiska i książka posiada widoczny ładunek emocjonalny, którego nie udałoby się wcisnąć w fabułę, gdyby zabrał się za to autor po czterdziestce. Więc jeśli dziewczyna łapie swoje 5 minut i wykorzystuje je w nieskandaliczny sposób, to nie ma się co oburzać. Bo, swoją drogą, na Toma Hanksa nikt nie naskakuje, że wydał książkę, prawda?

Za egzemplarz recenzencki i zaufanie dziękuję wydawnictwu Jaguar!

11:51:00

Kaukasis

Kaukasis
Jak często zdarza Wam się chodzić do restauracji? A jak często wybieracie klimaty odmienne od burgerów, steków lub kuchni włoskiej? Ja ostatnio zadurzyłam się w kuchniach, które zaskakują smakiem, tradycją i kulturą, dlatego staram się odwiedzać miejsca, które oferują oryginalne dania, ale też i zupełnie odmienny klimat.

Jednak często chcemy zabrać te smaki do domu i sami spróbować przyrządzić potrawy, które nas zachwycają - czy to w restauracjach, czy w odwiedzanych obcych krajach.

Dzisiaj przedstawiam Wam książkę, która pomaga przenieść się w inny świat i jednocześnie sprowadzić ten świat do naszej prywatnej kuchni.

Tytuł: Kaukasis. Kulinarna podróż po Gruzji i innych krajach Kaukazu.
Autor: Olia Hercules
Rok: 2017
Wydawnictwo: Buchmann
ISBN: 978-83-280-4658-0
Książka wykracza poza tradycyjnie rozumianą "książkę kulinarna". To nie jest suchy zbiór przepisów, który metodycznie wylicza składniki, a później instruuje nas jak to wszystko połączyć, żeby wyszło danie prezentowane na zdjęciu obok.

Autorka przybliża nam pokrótce sytuację krajów, które wprawdzie łączą smaki, ale dzielą spory, waśnie i konflikty, uchylając rąbka tajemnicy i dzieląc się wspomnieniami. Sytuacje gospodarcze i polityczne skłócają ludzi, zmuszają ich do podziałów, ucieczki, mimo że większość z nich zdaje sobie sprawę, że wybuchające konflikty są sztucznie stworzone, że nie ma potrzeby nienawidzić całych grup etnicznych.

Książka podzielona jest na rozdziały zgodnie z produktami, które wykorzystujemy do przygotowania opisywanych potraw, ale znajdziemy też rozdział poświęcony tylko słodkościom lub rozdział z potrawami wzmacniającymi podczas chorób i innych dolegliwości. Każdy przepis natomiast opatrzony jest krótkim wstępem, historią dania lub ciekawostkami, które udało się zebrać autorce. Czasem są to cytaty, czasem zwykłe rady dotyczące różnych wariantów jednego dania, czasem kluczowe informacje o danej kuchni. 
Znajdziemy tu przepisy tradycyjne i zaskakujące! Bo odważylibyście się połączyć arbuza z rybą lub przygotować deser z młodych szyszek sosnowych?

Jednak tak jak pisałam na początku, to nie jest zwykła książką kucharska, która składa się z list produktów i bezpłciowych, mechanicznych instrukcji postępowania. To podróż, to lekcja historii i kultury i opisy przypadkowo spotykanych ludzi. Bo to ludzie tworzą kraje i zwyczaje.

Zachwycające jest również samo wydanie książki. Nie chodzi mi o to, że może to być oryginalny prezent lub że sama okładka robi wrażenie.

Książka pełna jest zdjęć, które w zimny sposób przedstawiają krajobrazy, w rustykalny sposób przedstawiają dania, ale w ogromnie ciepły i sympatyczny sposób przedstawiają ludzi, a każda strona stanowi przyjemną lekcję smaków i zwyczajów.



Jeśli choć odrobinę fascynuje Was ten rejon, chcecie dowiedzieć się o nim więcej i lubicie kulinarne wyzwania, to książka będzie dla Was idealną pozycją!

Za egzemplarz recenzencki niezmiernie dziękuję wydawnictwu Buchmann!

10:17:00

Czasami kłamię

Czasami kłamię
Od początku przyznaję się do błędu. Spodziewałam się książki sztampowej, trochę niedopracowanej, nagłośnionej przez zagraniczne media. Ale nie mogłam się bardziej pomylić. Już od pierwszych stron jesteśmy wciągnięci w intrygę, której końca nawet nie podejrzewamy.

Tytuł: Czasami kłamię
Autor: Alice Feeney
Rok: 2017
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: egzemplarz przedpremierowy

Poznajcie Amber Raynolds. Sama twierdzi, że powinniście wiedzieć o niej trzy rzeczy: jest w śpiączce, jej mąż jej już nie kocha i... czasem kłamie.
Fabuła od samego początku wprowadza nas w umysł pogrążony w śpiączce, tylko, że główna bohaterka słyszy to co się dzieje dookoła. Uwięziona w swoim własnym ciele nie jest w stanie się poruszyć, wydać dźwięku lub uciec przez osobami, których się boi, ale jej świadomość pracuje na najwyższych obrotach, próbując odróżnić iluzję od prawdy, majaki od rzeczywistości.

Wiemy, że doszło do wypadku, że Amber odwiedzają jej rodzice, siostra, mąż. Z urywków ich wypowiedzi i ze strzępów wspomnień głównej bohaterki próbujemy odtworzyć przebieg wydarzeń i szło by nam to całkiem sprawnie, gdyby nie to, że Amber czasem kłamie. 

Nie zdajemy sobie z tego sprawy, dopóki nie pojawiają się małe elementy układanki, które nagle nie pasują nam do całego obrazka. Z początku autorka wrzuca pojedyncze słowa, które budzą naszą czujność. Później są to całe zdania, które nie są spójne z historią, którą już znamy. Następnie są to całe sekwencje, które burzą całą naszą misterną analizę! Bo czy może być coś bardziej intrygującego niż narrator, który zwraca się do nas bezpośrednio, ale któremu nie możemy ufać?

Opowieść nie jest prowadzona linearnie. Autorka prezentuje nam trzy etapy życia bohaterki, które rozwijają się chronologicznie, uzupełniając naszą wiedzę o Amber. Do samego końca jednak nie wiemy, gdzie czai się kłamstwo. Manipulacja jest tak perfekcyjnie przeprowadzona, że kolejne rozdziały zaskakują i budzą niepokój. Takie rzeczy przecież nie dzieją się w rzeczywistym świecie... prawda? Kłamstwa w tej książce są krzywdzące, manipulują otoczeniem, ale też stanowią element obronny, który może niebezpiecznie przejąć kontrolę nad czyimś życiem.

Przyznaję, że książka jest thrillerem psychologicznym na najwyższym poziomie, jej konstrukcja jest przemyślana, fabuła trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, a zwroty akcji, a raczej momenty, w których odkrywamy prawdę są strategicznie rozmieszczone. 

Trudno pisać cokolwiek więcej o książce, którą powinniście poznać sami. Jej premiera jest zaplanowana na 25 października, więc koniecznie trzymajcie rękę na pulsie. 

Zamieszczam również wywiad z autorką, z którego dowiecie się odrobinę więcej o zarysie fabuły, o kolejnej książce, ale też i o produkcji serialu na podstawie Czasami kłamię (klik!)

A ja za egzemplarz recenzencki niezmiernie dziękuję wydawnictwu W.A.B.! Nawet rozpakowywanie książek od Was sprawia przyjemność! ^_^

09:14:00

Głębia

Głębia
Rok 1914. Szwecja stawia swoją marynarkę w najwyższej gotowości. Mimo że oficjalnie kraj przyjmuje neutralne stanowisko w konflikcie, to wśród oficerów i społeczeństwa da się zaobserwować z kim sympatyzuje większość. Jednak główny bohater ma własne aspiracje i problemy, z którymi się zmaga.

Tytuł: Głębia
Autor: Henning Mankell
Rok: 2004 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-280-3724-3

Lars Tobiasson-Svartman jest inżynierem, któremu wyznaczono specjalne zadanie zmierzenia głębin morskich i wyznaczenia nowego kanału żeglugowego. Okręty są coraz większe i cięższe, a w razie otwartego konfliktu marynarka musi mieć niewyznaczone do tej pory, tajne trasy, dzięki którym szybko i bezpiecznie pokona duże odległości. 

I właśnie te odległości są największą pasją Svartmanna. Potrafi on bez problemu odmierzać czas, odległości między obiektami, odległości na morzu oraz głębokości. Głębiny stanowią jego największą fascynację - marzy on bowiem, aby pewnego dnia natrafić na taki rozłam w dnie morskim, gdzie sonda miernicza nigdy się nie zatrzyma. Chce znaleźć głębię bez dna. 

Pełniąc swoje obowiązki na morzu, pewnego dnia dopływa do małej wysepki, którą, ku jego zdziwieniu, zamieszkuje samotna kobieta. Od tego momentu inżynier nie jest w stanie myśleć o niczym innym. Fascynacja tą kobietą przywykłą do mrozu, sztormów i samotności przejmuje nad nim kontrolę. 

Aby do niej wracać, wielokrotnie posuwa się do kłamstw, oszustw, zbrodni i wyzbywa się całkowicie moralności, tylko po to, aby ostatecznie znaleźć tę wymarzoną głębię właśnie w sobie.

Przemiana głównego bohatera lub raczej stopniowe poznawanie jego osobowości opisane jest językiem zimnym, spokojnym, ale pełnym mocy. Książka trzyma w napięciu dzięki niespokojnej i mroźnej atmosferze, którą stwarza autor.

Nie tylko nakreśla on nam sytuację polityczną i niepokoje społeczne, ale wchodzi w umysł człowieka, który dręczony konfliktami z dzieciństwa, przeistacza się w człowieka, który jest gotów zrezygnować z całego swojego ustatkowanego życia na rzecz półdzikiej kobiety, o której nie potrafi zapomnieć. 

Książka mówi o tytułowej głębi w sposób dosłowny i metaforyczny, ale znajdziemy w niej też dużo odniesień do ciszy, do różnych jej rodzajów - do ciszy, która koi zmysły, do ciszy zwiastującej konflikt, ale też do ciszy, która huczy w umyśle i zmusza do działania lub doprowadza do szaleństwa. 

Było to moje pierwsze spotkanie z autorem, który głównie znany jest z kryminałów, ale dzięki swojej atmosferze i nieprzewidywalności fabuły książka robi ogromne wrażenie. 

Za egzemplarz recenzencki niezmiernie dziękuję wydawnictwu W.A.B.

10:09:00

Folwark zwierzęcy

Folwark zwierzęcy
Kolejny audiobook, kolejna klasyczna pozycja. Dzisiaj na warsztat idzie powieść, która została przeanalizowana na milion sposobów, ale która niestety wciąż jest zadziwiająco aktualna. Tym razem pozycja była czytana przez Wiesława Michnikowskiego, który zmarł niedawno, 29 września, w wieku 95 lat.

Dla przypomnienia tylko piszę, że jest to kolejna pozycja z listy 100 książek BBC (klik!), do której cały czas gorąco zachęcam.

Tytuł: Folwark zwierzęcy
Autor: George Orwell
Rok: 1945
format: audiobook

Książka opisuje zwierzęta, które postanawiają wypędzić ludzi z folwarku. Koncept jest przedstawiony przez wiekowego knura, który zaszczepia w pobratymcach iskrę buntu i marzenie o lepszym bycie. Oczywiście przewrót ma miejsce, zwierzęta nie bez problemów zaczynają prowadzić folwark, ale klasyczne mechanizmy totalitarne zaczynają się błyskawicznie pojawiać w ich społeczności.

Folwark... został napisany jako satyra rewolucji rosyjskiej, która przedstawiając swoją opowieść w poniekąd ezopowym stylu, miała ukazywać prawdę o stalinizmie. Jednak to ostrzeżenie przed Rosją Sowiecką tak naprawdę jest ostrzeżeniem przed dowolnym reżimem totalitarnym.

Rewolucja, która miała poprawić życie mas, która wyrosła z marzenia o lepszym życiu, doprowadziła do wywyższenia innych klas, ale nie do poprawy sytuacji ogółu. Działania świń, które do rewolucji dążyły najbardziej, wykorzystywały ogólną chęć zmian na lepsze, tylko po to, aby później stosować te same idee jako aparat ucisku.

Tak naprawdę ostatecznie zmienia się tylko osoba trzymająca bat, ponieważ życie jednostki wcale się nie poprawiło, a nawet wręcz przeciwnie, uległo znacznemu pogorszeniu. Zawsze chodzi o lepszą sytuację grupy rządzącej. Zwierzęta, którymi łatwo było sterować, zdają sobie z tego sprawę dopiero na sam koniec, kiedy tak naprawdę jest już za późno na jakiekolwiek zmiany.

Fascynujące jest jednak to, jak dokładnie Orwell prowadzi swoją alegoryczną opowieść. Nie pomija żadnego elementu przemian. Proces dochodzenia do władzy, zwłaszcza z perspektywy obecnej sytuacji politycznej w naszym kraju, jest boleśnie aktualny. Zaczyna się od obietnic, od zgromadzenia siły, a następnie ucieka się do manipulacji, aby kontrolować te masy, które ślepo podążają za swoimi przywódcami. Propaganda, publiczne procesy, opieranie się na ideach, które są przeinaczane na potrzeby grupy rządzącej, manipulacja przepisami prawnymi, a ostatecznie degeneracja i zaanektowanie pozycji, przeciwko której na początku się buntowano.

Folwark... jest książką, która daje do myślenia w sposób przejmujący i która w równie gorzki sposób ukazuje swoją ponadczasowość - ideały są martwe, jeśli stawiamy na pierwszym miejscu niskie i prywatne pobudki.

Z ciekawostek historycznych warto wspomnieć, że Orwell miał początkowo problem z wydaniem książki.
Kilku wydawców odmówiło jej publikacji ze względu na sugestię pochodzącą z brytyjskiego Ministerstwa Informacji, które zaznaczało jej antyrosyjski charakter (w tym czasie kraje związane były sojuszem wojennym). Dziś uważa się, że osobą odpowiedzialną za wydanie takiej opinii był Peter Smollett (Peter Smolka) – żyjący w latach 1912–1980 dziennikarz, wydawca i agent sowiecki.
(źródło: Wikipedia
W Polsce książka była zakazana przez cenzurę aż do 1988 r. Co jednak wywołuje u mnie chichot nikczemny, to fakt, że książki nie wydano od razu na rynku amerykańskim, bo
książki o zwierzętach nie sprzedają się dobrze w Stanach Zjednoczonych.
(źródło: Wikipedia)

Także tego... brawo Wy! :D 

Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger