Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITERATURA PIĘKNA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITERATURA PIĘKNA. Pokaż wszystkie posty

15:44:00

Kolonia

Kolonia

Oj, dawno nie było literatury irlandzkiej! Tytuł wypatrzyłam, gdy szukałam prezentu, ale doszłam do wniosku, że inna książka sprawdzi się lepiej. Łódzkie biblioteki jednak nie zawodzą i dorwałam egzemplarz dla siebie!

Tytuł: Kolonia
Tytuł oryginału: The Colony

Autor: Audrey Magee
Tłumacz: Dobromiła Jankowska

Rok: 2022 / 2024
Wydawnictwo: Poznańskie
ISBN: 987-83-68045-11-6 

Malutka irlandzka wyspa. Zamieszkana praktycznie przez jedną rodzinę - prababkę, babkę, matkę i nastoletniego syna. Zaopatrzeniem zajmują się mężczyźni z pozostałej części kraju. Odizolowana mikro-społeczność potrzebuje jednak pieniędzy. Dlatego chętnie przyjmują na całe lato Francuza (już kolejny rok) i Anglika (pierwsza jego tak karkołomna wyprawa). 


 

Francuz uzurpuje sobie prawo do wysepki i zażyłości z rodziną, ponieważ pisze rozprawę na temat wymierania języka irlandzkiego. Kolejne lato spędza nagrywając nestorkę rodu i analizując jej wypowiedzi. Z uporem godnym lepszej sprawy upiera się, żeby wszyscy mówili po irlandzku, mimo że z pokolenia na pokolenie obserwuje coraz częstsze użycie języka angielskiego. 

Anglik z kolei jest malarzem. Szybko okazuje się, że jednak nie takim wspaniałym i to nastoletni nieuk z wyspy uświadamia mu np. jak patrzeć na światło załamujące się na falach. W tajemnicy przed wyspiarzami maluje wielki obraz tego, jak ich postrzega. Czym wzbudza niemałe poruszenie! 

Sami wyspiarze w większości są pozbawieni głosu (metaforycznie i dosłownie w narracji), nie mają jak się bronić, a nawet najmłodszy James, który próbuje się buntować, spotyka się z prześmiewczą ignorancją lub otwartym gniewem. Kobiety są bardziej spolegliwe, ale tylko dlatego, że reprymendy są bardziej bolesne. 

Na otwartej przestrzeni, gdzie w uszach szumi wiatr i ocean, a jednak na minimalnej powierzchni domów może nie rozgrywają się donośne dramaty, ale smutek, rezygnacja, żal i tęsknota sączą się powoli. Głośne, brutalne i agresywne są za to wstawki o zamachach podsycających konflikt the Troubles. Katolicy i protestanci giną nagle i krwawo. A mieszkańcy wyspy śledzą doniesienia przez radio. 

Bardzo ciekawa pozycja, gdzie język i zabiegi stylistyczne przedstawiają myśli i charaktery poszczególnych postaci. Książka pozostawia nas na pewno z pewnym smutkiem i rozgoryczeniem. A mała wysepka, z której przyjezdni czerpali dla siebie przez jedno lato ile się da i bez zastanowienia nad konsekwencjami, jest świetną metaforą dla szerszej perspektywy. 

Polecam!

 

11:59:00

I wszystko stało się księżycem

I wszystko stało się księżycem

Georgi Gospodinow był moim odkryciem ubiegłego roku. Jednak książka, która wtedy do mnie trafiła - Ogrodnik i śmierć (recenzja, klik!) - była niezwykle osobistym i wzruszającym pożegnaniem z bliską osobą. Tym razem w moje ręce wpadły opowiadania - różne, choć powiązane, pisane na festiwale i zamówienia, ale tworzące ciekawą kompozycję. 

Tytuł: I wszystko stało się księżycem
Tytuł oryginału: И всичко стана луна 

Autor:  Georgi Gospodinow
Tłumacz: Magdalena Pytlak

Rok: 2026
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08878-4 

Z opisu wydawcy: Co można by zrobić w ciągu ostatnich 8 minut i 19 sekund świata? Ile kobiet mieści alfabet? Jak wygląda uojcowienie? I czy istnieje Bóg imion?


 

I choć opowiadania są krótkie (od kilku do kilkunastu stron), pozostawiają w nas pewną myśl przewodnią lub refleksje. Nie gnamy zatem przez tę książkę, chociaż to krótka lektura i możemy sobie dawkować tę bułgarską przyjemność. 

Powtarzającym się motywem jest koniec świata, ostatnie dni i minuty, które nam w życiu pozostają. I nie zawsze jest to globalna apokalipsa. Czasem to cichy koniec jednostki lub desperacki akt zemsty. Opowiadania są lekko ironiczne, jakby dystans, przez który oglądamy każdy poszczególny świat przedstawiony, sprawiał, że czujemy ten sam niesmak, smutek lub zachwyt co bohaterowie krótkiej formy. 

Ale innym istotnym motywem jest postać pisarza - możemy zgadywać, czy to ten sam człowiek we wszystkich tekstach, ile jest tam autobiograficznych przemyśleń Gospodinowa, a na ile to po prostu postmodernistyczny zabieg literacki, który gmera nam w głowie podczas lektury! 

A to nie wszystko. Bo choć wiadomo, niektóre opowiadania są lepsze lub gorsze (pierwsze ze zbioru w sumie w ogóle mnie nie zachwyciło), to większość ma raczej nieoczywiste zakończenia, słodko-gorzkie puenty lub każą nam się na chwilę zapatrzeć na ścianę w zadumie. Booker zasłużony!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu! 

18:50:00

Kiedyś były tu wilki

Kiedyś były tu wilki

Kolejna świetna książka, chociaż tutaj nie spodziewałam się aż takich fajerwerków. Głównie dlatego, że tytuł był mocno zachwalany na Instagramie, a zaczęłam już dość sceptycznie patrzeć na takie rekomendacje. Dałam książce szansę i o, wow!

Tytuł: Kiedyś były tu wilki
Tytuł oryginału: Once There Were Wolves

Autor:Charlotte McConaghy
Tłumacz: Katarzyna Bażyńska-Chojnacka

Rok: 2021 / 2026
Wydawnictwo: Filia
ISBN: 978-83-8441-192-6 

Inti przybywa do Szkocji, żeby wprowadzić na łono natury wilki. Okazuje się bowiem, że bez naturalnych drapieżników jelenie wyjadają zbyt dużo roślin i młodych pędów, aby naturalna gospodarka mogła zdrowo funkcjonować. 

Projekt badawczy budzi jednak spore kontrowersje. Okoliczni mieszkańcy żyją głównie z hodowli owiec. Jasne jest zatem, że wypuszczenie do lasów wilków będzie stanowiło dość oczywisty konflikt interesów. Inti i jej zespół są gotowi podjąć wszelkie środki, żeby ich misja zakończyła się sukcesem. Nawet jeśli będą wchodzić w grę wątpliwe moralnie posunięcia. 


 

Inti szybko podpada wielu Szkotom, ale z jednakową łatwością zdobywa też ich serca. Problem polega jednak na tym, że trudno przychodzi jej otworzyć swoje własne. Do Szkocji przybywa ze swoją siostrą bliźniaczką. Między kobietami jednak jest coś więcej niż tylko pokrewieństwo - łączy je też trauma z przeszłości, która być może jest zbyt makabryczna, żeby obie dziewczyny były w stanie normalnie funkcjonować. 

Ciekawostką jest również niezwykła przypadłość głównej bohaterki - synestezja lustrzana. To rzadka przypadłość neurologiczna, przez którą bohaterka fizycznie odczuwa to, co odczuwają ludzie w jej pobliżu. Empatia na zupełnie innym poziomie! Ale gdy Inti znajduje w lesie zmasakrowane zwłoki jednego z mieszkańców miasteczka, nie zdobywa się na współczucie. Zrobi wszystko, żeby jej wilki miały szansę na przetrwanie w naturalnym środowisku. Nawet jeśli oznacza to ukrycie zbrodni. 

Książkę czyta się błyskawicznie! Motyw zbrodni bardzo przypominał mi Prowadź swój pług przez kości umarłych Tokarczuk (recenzja tutaj - klik!). A motywy ekologii i próby odwrócenia szkód w środowisku dowolne książki Mai Lunde (np. Błękit - recenzja! lub Sen o drzewie - recenzja!). Ale ta pozycja wypada dużo lepiej!

Mogłabym się przyczepić pewnych irracjonalnych zachowań u bliźniaczek, pewnych luk w fabule, bo czasem przeskoki w narracji zbijały mnie z tropu. Ale jednak książka okazała się strzałem w dziesiątkę i nie mogłam się od niej oderwać. Dużo tu współuzależnienia, trudnych relacji i thrillera, który ukazuje całą masę innych napięć niż wypuszczenie 14 wilków na wolność. Polecam bardzo!

18:31:00

Zapiski o twoim zniknięciu

Zapiski o twoim zniknięciu

W końcu nastąpił przełom! Po serii książek średnich i niezadowalających mam tytuł, który spełnił oczekiwania!

Tytuł: Zapiski o twoim zniknięciu
Tytuł oryginału: Notes on Your Sudden Disappearance

Autor: Alison Espach
Tłumacz: Agnieszka Matkowska

Rok: 2026
Wydawnictwo: Poznańskie
ISBN: 978-83-68692-59-4 

Z Alison Espach już miałam okazję się poznać przy tytule Goście weselni. Chociaż już wtedy byłam pozytywnie zaskoczona (recenzję przeczytacie tutaj!), to ten tytuł wypadł chyba jeszcze lepiej! 

Główną postać - Sally - poznajemy, gdy zaczyna wakacje kończące siódmą klasę. Jest gotowa na upały, czas spędzany na basenie i przygody z siostrą. Jednak starsza o kilka lat Kathy wchodzi w okres dojrzewania i pierwszych miłości. I wprawdzie razem obserwują jak gwiazda szkolnej drużyny koszykówki - Billy Barnes - podrywa wszystkie dziewczyny ze szkoły, to różnica wieku między siostrami staje się coraz bardziej znacząca. 


 

Billy i Kathy zaczynają się jednak spotykać ze sobą, a Sally zaczyna tracić grunt pod nogami, gdy siostra, której nigdy nie odstępowała na krok, zaczyna żyć własnym życiem. Aż do tragedii, która przez wiele lat będzie wpływać na dwie rodziny. 

Chociaż książka ma wyczuwalny klimat historii o dorastaniu, takiego dusznego pokoju nastolatek, gdzie jednocześnie pachnie truskawkowym błyszczykiem i bałaganem, to jest to znów głębsza opowieść o radzeniu sobie ze stratą, przetrwaniu mimo wszystko i znalezieniu miłości wbrew sobie i otoczeniu. 

Espach stworzyła postać pełną ironii, bólu i chęci przetrwania, ale która de facto nie umie pogodzić się nie ze stratą, ale z tym, że to ona jest główną bohaterką swojego własnego życia. Postacie drugoplanowe pokazane są w rozsypce, gniewie, depresji. Ale ostatecznie też jedyne, czego pragną to spokój i miłość, na którą boją się uwierzyć, że zasługują. 

Mimo przejmującego tematu jest to lekka narracja, wręcz zabawna, taka, w której trzymamy kciuki za bohaterów, bo chcemy się wzruszyć i zaśmiać razem z nimi. Polecam bardzo!

20:38:00

Kasperl i Margit

Kasperl i Margit

No i ja znowu bardzo chciałam, żeby spodobała mi się ta książka! Autor zachwycił w Golemie, który rozłożył mnie emocjonalnie na łopatki - tutaj znajdziecie recenzję. Ale tym razem, byłam rozdrażniona lekturą. 

Tytuł: Kasperl i Margit
Autor: Maciej Płaza

Rok: 2026
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08884-5

Z okładki dowiemy się, że to monumentalna powieść. I owszem, objętościowo mamy tutaj 650 stron, fabuła rozwija się na przestrzeni trzech dekad, a bohaterowie krążą nie tylko między Poznaniem i Berlinem, ale wyprawiają się na Węgry lub do Salzburga. Nie jest to jednak ani powieść historyczna, ani powieść drogi. 

Kasperl pochodzi z bardzo ubogiej warstwy społecznej. I chociaż chciałoby się to romantyzować, że bieda, że głód, że trudne czasy, to po prostu jest wychowywany w najgorszej patologii i nią przesiąka na wskroś i na dekady do przodu. Chociaż ma wspaniały słuch muzyczny, bardziej zwraca uwagę to, że kradnie, z czasem pilnuje lokalnych prostytutek, a później w zasadzie jest tylko o krok od zabójstwa. Mało mnie ruszają te jego prostackie ballady i przygrywanie na akordeonie. 

Margit, a w zasadzie Małgorzata, na odwrót - pochodzi ze szlacheckiej rodziny, ale jej marzeniem jest zostać aktorką. I o dziwo rodzice zaczynają ją posyłać na prywatne lekcje, a na początku XX wieku to jednak szemrany zawód. Wprawdzie wychodzi za młodego lekarza niemieckiego pochodzenia, ale gdy ten jest na wojnie, ona z wiernością ma pewne kłopoty. 

Ale nie jest to też powieść ściśle o klasach społecznych. Kasperl niby pnie się w hierarchii poznańskich rzezimieszków, ale bierze też udział w powstaniu wielkopolskim. Mimo że dorasta, wciąż jest prostakiem i wulgarnym chamem. Margit przyjmuje węgierski pseudonim artystyczny i spektakularnie się stacza - z doniosłych sztuk przerzuca się na obrzydliwe erotyczne spektakle bardzo niskiej kategorii.  

I choć losy bohaterów się przeplatają, a w końcu splatają na dobre, to nie jest to też powieść o miłości. Starsza o dziesięć lat kobieta ma problemy z zaufaniem, ale przede wszystkim nie wie, czego chce. Chłopak jest równie nieogarnięty życiowo, ale jest klaunem i cwaniakiem. W pięknych słowach można powiedzieć, że miotają nimi żądze i wydarzenia historyczne, a oni i tak niestrudzenie poszukują swojej tożsamości. Ale na litość boską, ile można nie wiedzieć, czego się chce od życia?!

Jednak pomijając to, że nie polubiłam żadnej postaci, starałam się docenić hołd złożony Poznaniowi. Większość fabuły właśnie tam się rozgrywa. Ale koszmarem stała się dla mnie warstwa językowa. Kasperl posługuje się gwarą - ale tak do bólu wręcz niezrozumiałą. Rozdziały z jego perspektywy to męka dla oczu, uszu i intelektu. I gdy poznajemy go jako jedenastoletniego chłopaka, jesteśmy w stanie jeszcze co nieco sobie uzasadnić. Ale im bardziej wyrywa się z tego lumpiarstwa, tym bardziej chciałoby się usłyszeć, jak posługuje się językiem polskim. Niestety. A wiedząc, że postać jest nieukiem i wulgarnym prostakiem, dostajemy ohydny bełkot. Czy to przez dofinansowanie z budżetu Województwa Wielkopolskiego, czy przez oryginalny zamysł, Płaza faszeruje czytelnika bardzo niszowym słownictwem. W wersji papierowej, którą dostałam w okolicach premiery na szczęście jest słowniczek! 

Przebrnęłam przez tę książkę, ale niestety mi się nie podobała. Wszystko dałoby się skrócić o jakieś 300 stron, gdyby autor na siłę nie wciskał poznańskiej gwary posługując się ciągle tymi samymi zwrotami tylko po to, żeby przećwiczyć użycie tego słownictwa w pełnym zdaniu. Postacie są odpychające, Poznań nie zachwyca, a Berlin nie jest aż tak dobrze opisany. 

Może osoby z Poznania lepiej odniosą się do tej lektury. Ja odkładam ten tytuł na półkę bardzo zmęczona. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.  

  

12:11:00

Pani Bovary

Pani Bovary

Głód na klasyczne pozycje nadal doskwiera! A że wyczytuję domową biblioteczkę, to sięgnęłam po tytuł, który po Annie Kareninie (recenzja tutaj!) chodził mi po głowie od kilku tygodni!

Tytuł: Pani Bovary
Tytuł oryginału: Madame Bovary

Autor: Gustaw Flaubert
Tłumacz: Aniela Micińska

Rok: 1857 / 1957
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
ISBN: brak

Chyba znowu nie ma co się rozwodzić nad fabułą - Emma Bovary jest postacią, którą utożsamiamy z cudzołóstwem, rozwiązłością i zgorszeniem. Ale jak się to wszystko zaczęło? 


 

Młody wdowiec, lekarz z malutkiej francuskiej miejscowości, zakochuje się w córce jednego ze swoich pacjentów. Panna kształcona w klasztorze, ale nie zmanierowana religijnie, zaczytująca się romansami, ale ucieleśnienie cnót, piękna, bystra i wydawałoby się, odwzajemniająca uczucie. A że małżeństwu przychylny jest ojciec, szybko dochodzimy do ślubu. 

Emma jednak, chociaż pozornie pasuje do powyższego opisu, skrywa ambicje i marzenia, które szybko zderzają się z nową rzeczywistością. Samo wesele wcale nie jest wystawne, a raczej prostackie i wiejskie. Mąż, chociaż ją uwielbia aż do przesady, wcale nie spełnia jej oczekiwań - jest nudny, nijaki i pospolity. Życie w małej społeczności nie zapewnia rozrywek, nie sprzyja rozwijaniu ambicji, wręcz mierzi naszą bohaterkę. 

Dlatego kobieta ucieka w świat marzeń, raz rzuca się w wir religijnych uniesień, raz odgrywa przykładną żoneczkę, ale ostatecznie to w zdradzie odnajduje tę pasję i adrenalinę, której codzienne życie nie zapewnia. Szybko okazuje się jednak, że nawet w rozwiązłości kryje się nuda, relacje z kochankami stają się toksyczne, a sieć kłamstw doprowadza Emmę także na skraj bankructwa!

Chociaż nie trzymamy za nią kciuków i także w obecnych czasach potępiamy zdradę, to Flaubert stworzył świetną postać - w ironiczny sposób pokazuje każde zderzenie marzeń z rzeczywistością, każde zachłyśnięcie się niby to wyższymi sferami i emocjami w kontraście z dawniejszymi jeszcze obyczajami, każdą próbę rozniecenia namiętności zestawia z wypalającym się uczuciem i brutalną nudą związku. 

Oczywiście 'momentów' tutaj nie ma, ale doskonale wiemy, dlaczego książka została wpisana na listę ksiąg zakazanych. Jest tam też sporo wprost wyrażonej krytyki samego kościoła, więc nie tylko o rozwiązłość i lekkie obyczaje tutaj chodzi!

Jak pisałam na Instagramie, miałam wyobrażenie o świecie wielkiej francuskiej arystokracji, a dostajemy małe francuskie miasteczko, w którym nazbyt rozbuchane emocje i oczekiwania jeszcze bardziej dają się we znaki głównej bohaterce. 

A jeśli chodzi o samo wydanie - przedmowa Jana Parandowskiego daje tutaj również szczególny kontekst życia i twórczości autora - bez zagłębiania się w fabułę dostajemy szerszy kontekst powstawania dzieła, ale też wzloty i upadki związane z publikacjami innych tytułów. Zatem naprawdę warto sięgać po starsze wydania  i to nie tylko z sentymentu, że pół rodziny trzymało tę samą książkę w rękach 💜

11:55:00

Nadchodzi chłopiec

Nadchodzi chłopiec

Po ostatnich książkach, które były lekkie (Zaklinaczka kości) lub oszałamiająco słabe (Isola) musiałam sięgnąć po tytuł na zupełnie innym poziomie. Bałam się złamanego serca, ale ta przejmująca opowieść zostawia zupełnie inną refleksję. 

Tytuł: Nadchodzi chłopiec
Tytuł oryginału: 소년이 온다

Autor: Han Kang
Tłumacz: Justyna Najbar-Miller

Rok: 2014 / 2020
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 9788328061552

Tong-ho ma ledwie czternaście lat, gdy bierze udział w zawirowaniach historycznych, których sam nie rozumie. Maj 1980 to czas dziesięciodniowej masakry w południowokoreańskiej miejscowości Kwangju. To wtedy rząd Korei Południowej krwawo stłumił demonstracje potępiające zamach stanu i przejęcie władzy przez wojskową dyktaturę. 


 

Ale chłopiec tego nie pojmuje - nie rozumie dlaczego żołnierze strzelają do cywilów, dlaczego rodziny zmarłych śpiewają nad zwłokami hymn, skoro to państwo jest wszystkiemu winne. Ale rozumie, że musi coś zrobić, chociaż nie ma ambicji aby dać świadectwo męczeństwa lub cierpienia. To dzieje się samo, gdy zostaje zastrzelony, mimo tego że podniósł ręce na znak kapitulacji, mimo tego że nie miał broni w rękach. 

Autorka nagrodzonej Bookerem Wegetarianki oraz zdobywczyni literackiej Nagrody Nobla w 2024 przedstawia nam wydarzenia, o których większość polskich czytelników nie miała pojęcia. Sama musiałam doczytać kontekst polityczny, ale tylko dlatego, że poczułam taką potrzebę, a nie dlatego, że książka jest niejasna. 

Czasem możemy zagubić się w perspektywach i imionach (jeśli mało czytamy literatury azjatyckiej), ale siła tej krótkiej książki polega na lekkości przedstawienia cierpienia, wątpliwości i brutalności. Tu nie chodzi o bagatelizowanie problemu, ale o poetyckość i spokój, który panuje we wszystkich rozdziałach. Autorka niejako wsącza w nas tę opowieść, pokazuje różne perspektywy, nawet w odstępie kilku dekad, a brutalność przesłuchań, opisy rozkładu ciał, dramaty osób, które przeżyły, są wprowadzone jakby od niechcenia, jak wtrącenia, które nagle wyrywają nas ze spokojnej zadumy. 

Jeśli jesteście gotowi na książkę, która Was poruszy, zostanie na dłużej i chcecie ogromnej dawki emocji przekazanej w niezwykle delikatny sposób, to jest to tytuł dla Was!

15:29:00

Moby Dick

Moby Dick

Oj, ciągnie w tym roku do klasyki! W tamtym roku zaniedbałam trochę moją listę 100 tytułów BBC, ale nadrabiam jak mogę. Nawet tytuły, po które obawiałam się sięgnąć. 

Tytuł: Moby Dick
Tytuł oryginału: Moby Dick; The Whale

Autor: Herman Melville 
Rok: 1851
Wydawnictwo: Aleksandria
Format: audiobook

Klasyka literatury amerykańskiej, o której słyszeli wszyscy i doprawdy, chyba trudno powiedzieć o tej książce coś nowego. Choć narracja jest prowadzona przez Izmaela, który postanawia przez ciekawość wyruszyć na wyprawę wielorybniczą, to tak naprawdę kapitan Ahab najbardziej przyciąga uwagę czytelnika. Tajemniczy, na wpół obłąkany dowódca szybko pokazuje, że głównym celem jego podróży jest chęć zemsty na tytułowym białym kaszalocie, który go okaleczył. 

 

Moby Dick, choć dość upiorny postrach mórz i nieuchwytny stwór, to nie tylko zwierzę, ale przede wszystkim ucieleśnienie pogoni za przeznaczeniem, personifikacja zemsty, a także odniesienie do Biblii. Chociaż powieść może się wydawać po prostu przyrodniczą przygodą, dokładnie opisującą polowania na wieloryby i dość pokaźną wiedzę na ich temat, to znajdziemy w tekście wiele filozoficznych dywagacji o ludzkiej kondycji. 

Bohaterowie przedstawiają różne charaktery i doświadczenia, mają różne priorytety i manieryzmy. I choć większość akcji dzieje się na jednym statku, nie czujemy się przygnębieni monotonią i ograniczoną konstrukcją fabuły - pomiędzy szaleńczymi akcjami harpunników dostajemy też głęboką warstwę psychologiczną. 

Obawiałam się, że książka będzie męcząca w odbiorze, o monotonnej akcji i sztampowym opisie rozwoju szaleństwa. A słuchało się jej bardzo dobrze - na tyle dobrze, że nagłe (choć nie zaskakujące zakończenie) aż wydało mi się za krótkie. 

Jeśli się wahacie, to nie ma się co bać tej lektury. A co klasyka, to klasyka! 

 

 

21:57:00

Zaufanie

Zaufanie

Tak jak pisałam na Instagramie - książkę wybraliśmy dla mamy na święta i okazała się prezentem trafionym. A że sama byłam ciekawa fabuły... 

Tytuł: Zaufanie
Tytuł oryginału: Trust

Autor: Hernan Diaz
Tłumacz: Agnieszka Walulik

Rok: 2022 / 2025
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-8425-752-4 

Lata 20' ubiegłego wieku wszystkim kojarzą się z Wielkim Gatsby'm i czarnym czwartkiem 1929, prohibicją, flapperkami, jazzem i tymi pięknymi kieliszkami do szampana, którymi Leonardo wznosi w naszym kierunku toast. Diaz nie wpada w pułapkę skojarzeń i tworzy powieść oryginalną a jednocześnie świetnie wpisaną w wybrany okres. 

 

Cztery różne perspektywy, wszystkie skupiają się na tym samym wpływowym małżeństwie, ale to czytelnik musi rozszyfrować, która opowieść jest najbliżej prawdy. Na samym początku dostajemy powieść w powieści - pisaną surowym, ale dziwnie skondensowanym językiem. Fikcyjny finansista odludek spotyka niezwykle inteligentną i dużo młodszą od siebie kobietę. Ich nietuzinkowy związek, opierający się na szacunku własnej wolności i swobody, staje się pożywką dla socjety i dziennikarzy. 

Druga część to szkice prawdziwego (w książce) finansisty, który ma na celu odeprzeć kalumnie i narrację pierwszej części. Widać, że historia dotyczy tej samej pary, ale jest pełna luk, notatek do uzupełnienia, niepowiązanych myśli lub szkiców poszczególnych rozdziałów. 

Trzecia część to opowieść młodej dziewczyny o włoskich korzeniach, której ojciec anarchista i chłopak cwaniak nie mogą znieść myśli o jej emancypacji. Gdy Ida szuka pracy na Wall Street raczej aspiruje do roli podrzędnej sekretarki. Nigdy nie przychodzi jej do głowy, że będzie pracować dla największego finansisty tamtych czasów i pomagać mu w pisaniu autobiografii, która ma przedstawić jego żonę w jak najlepszym świetle. 

A czwarta część to dziennik samej żony. Tutaj nie zdradzę Wam już żadnych szczegółów, ale jest to wspaniałe uzupełnienie wcześniejszych punktów widzenia, gdzie fikcja mierzy się z fikcją!

Autor rewelacyjnie żongluje stylami. Jedna część jest pozbawiona dialogów i pełna finansowych niuansów, podczas gdy w drugiej rozmowy występują naturalnie i nie głowimy się nad giełdowymi transakcjami. Raz pisze chaotycznie, wręcz bez kontekstu, a raz prowadzi metodyczne notatki, które wskazują na zupełnie inny rodzaj bohatera. 

No i samo tytułowe Zaufanie możemy różnorako interpretować - tyle razy jest nadszarpnięte pomiędzy postaciami, ale przede wszystkim to czytelnik nie wie, komu uwierzyć! Kto jest tym wiarygodnym narratorem, ile prawdy jest w każdej z opowieści? Cudowna rozgrywka, która czyni lekturę tak bogatym doświadczeniem! 

Bardzo się cieszę, że takie powieści cały czas powstają - złożone, bogate, zmuszające do myślenia, podważające sympatie czytelnika i bawiące się stylem literackim. Przypominające nam o istnieniu postmodernizmu, nakazujące wątpić we wszystko, o czym czytamy, bawiące się formą i konstrukcją. I podwójnie cieszy, gdy właśnie takie tytuły dostają Pulitzera! 

Polecam bardzo! 

12:10:00

Anna Karenina

Anna Karenina

Kolejna klasyka zaliczona i to znów tytuł z listy BBC (klik!). Tutaj miałam jakiś niepohamowany głód i chociaż objętościowo książka wydaje się onieśmielająca, to przeczytałam ją błyskawicznie. No i jak ja lubię sięgać po takie stare wydania (tutaj z 1956) - wiem wtedy, że książka była czytana przez masę osób i że dołączam do grona moich dziadków i mamy, którzy też trzymali ją w rękach!

Tytuł: Anna Karenina
Tytuł oryginału: Anna Karenina

Autor: Lew Tołstoj
Tłumacz: Kazimiera Iłłakowiczówna

Rok:1875–1877 / 1956
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
ISBN: 83-05-11780-4

Historię kobiety upadłej, odrzuconej przez towarzystwo, targanej uczuciami, obawami i konwenansami wszyscy znamy. Anna - chociaż jest 8 lat w związku małżeńskim z Kareninem, z którym ma zresztą ukochanego synka - wdaje się romans z przystojnym Wrońskim - robiącym karierę wojskową bawidamkiem i lekkoduchem. 

I owszem, tak można skrócić całą fabułę. Ale jest to obraz uproszczony, wręcz ugrzeczniony i powielany w licznych adaptacjach filmowych, które cóż... wygląda na to, że za dużo z oryginału nie czerpały. 

 

Owszem, Anna wdaje się w romans - ale jakoś dziwnie łatwo przychodzi jej rozstanie z synem, którego na początku książki wręcz obsesyjnie wielbi. Jak na kobietę podziwianą i szanowaną, nawet powiedzmy to wprost, że nie zakochaną we własnym mężu, naprawdę błyskawicznie ulega Wrońskiemu. 

Na przestrzeni setek stron nie prezentuje się wcale jak kobieta upadła, ale raczej zepsuta i podła. Nic ją nie obchodzi socjeta, dopóki nie zaczyna dostrzegać, że wszyscy radzą sobie doskonale bez niej i pogardzają jej zachowaniem. Mimo że chorobliwie zazdrosna o Wrońskiego, sama z premedytacją flirtuje z innymi mężczyznami, do tego stopnia że z pełną świadomością chce rozkochać w sobie męża znajomej. I (spoiler? można tak zepsuć komuś klasykę?) nie rzuca się pod pociąg, bo zostaje wykluczona przez społeczeństwo, ale po to, żeby zrobić Wrońskiemu na złość.

A sam Wroński? Owszem, to amant, któremu nie zależy na ustatkowaniu się. Ale im dalej wdaje się w romans z Anną, im bardziej ich uczucie się rozwija, tym bardziej zależy mu na pewnych normach i standardach. Jest gotów wziąć z nią ślub, ale ona nie chce się rozwieźć. Rzuca karierę w wojsku i z sukcesem prowadzi posiadłość na wsi, żeby nie martwić się o to, że Anny nikt w mieście nie przyjmuje. Znosi jej napady zazdrości, złych humorów, dominacji i chorobliwego wręcz uczucia. Ale jest to bohater z krwi i kości, który musi czasem wyjść z domu, pełnić obowiązki zawodowe, odetchnąć! A po jej śmierci jest prawdziwie zdruzgotany!

Zatem jeśli chodzi o tę parę, to przeczytanie książki było dla mnie wywrotowe! To nie jest opowieść o wykorzystanej kobiecie, tylko o toksycznej relacji, niedojrzałości emocjonalnej i o dziwo! przemianie wewnętrznej Wrońskiego.

Ale wbrew pozorom to wcale nie jest najciekawszy wątek. Bałam się zabrać za Tołstoja, bo spodziewałam się tekstu ciężkiego i przegadanego. Ale autor z rozmachem zabiera się za omówienie ogromu zagadnień społecznych i politycznych - dla nas obecnie historycznych. Kwestia podziału dóbr, rozbieżności między arystokracją a chłopstwem, rozwoju Rosji w porównaniu z Europą, sama prezentacja stylu życia obywateli - to wszystko czytałam z zaciekawieniem!

Jak wspomniałam, postacie Anny i Wrońskiego wbrew tytułowi nie stanowią głównego wątku. Przyznaję, że mocno kibicowałam Lewinowi - chociaż palnął kilka głupot po drodze, mocno mnie zirytował i skupiał się na filozofowaniu wtedy, kiedy było to najmniej wskazane. Ale moja reakcja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że bohaterowie Tołstoja są do bólu ludzcy i dopracowani literacko w swoich niedoskonałościach: Obłoński jest błaznem, Kitty się ogarnia, Dolly sama nie wie, czego chce, a Karenin rzeczywiście, im dalej w las, tym bardziej jest odpychający!

Czy polecam? Z całego serca! Wiem, że to nie jest lektura dla każdego i na każde okoliczności. Ale naprawdę zmienia wyobrażenie o tytułowej bohaterce, wprowadza nas we wspaniały i miniony czas oraz w obszerny sposób przedstawia realia epoki, która dawno przeminęła. No złoto! 

16:28:00

Miasteczko Middlemarch

Miasteczko Middlemarch

Dawno nie było tu recenzji książki z listy 100 tytułów BBC (sprawdzam, co to - klik!) i powiem Wam, że cudownie jest odłożyć współczesną literaturę i sięgnąć po klasykę! Mamy tu inny styl, całkowicie odmienne budowanie fabuły, mnogość tematów społecznych, politycznych i gospodarczych. A poza tym, dostajemy dzieło, które jest naprawdę przemyślane. 

Tytuł: Miasteczko Middlemarch
Tytuł oryginału: Middlemarch, A Study of Provincial Life 

Autor: George Eliot
Tłumacz: Anna Przedpełska-Trzeciakowska

Wydawnictwo: Aleksandria
Format: audiobook 

 

Pierwsza połowa XIX w., fikcyjne angielskie miasteczko, różne grupy i klasy społeczne, mnogość postaci. Chociaż zaczynamy książkę od poznania Dorothei Brooke, młodej i ambitnej panny na wydaniu, której wizja małżeństwa jest mocno wyidealizowana, to szybko okazuje się, że kolejne części dość opasłego dzieła prezentują wątki równie ciekawe - ambitnego lekarza Tertiusa Lydgate'a, próżnego, choć poczciwego Freda Vincy'ego, dobrodusznej i pracowitej Mary Garth oraz pastorów, finansistów, przedstawicieli mieszczaństwa i chłopstwa, ludzi na wskroś dobrych i takich zepsutych do szpiku kości. 

Chociaż kolejne rozdziały skupiają się na indywidualnych wątkach, to szybko przekonujemy się, że losy bohaterów splatają się w bardziej ścisły lub luźny sposób. Dzięki temu dostajemy przekrój większości społeczności z odmiennymi problemami - moralnymi, finansowymi, no i oczywiście sercowymi, choć nie jest to romans w ścisłym znaczeniu tego gatunku. 

Początkowo wydawało mi się, że jest to dość smętna opowieść, pisana w stylu moralizatorskim. Ale im dalej w las, tym więcej wątpliwości (i ciekawości po stronie czytelnika!). Powieść porusza całą masę tematów, a współczesny odbiorca może zarówno dziwić się, jak to dawniej bywało lub oszołomić progresywnością autorki. Status kobiety w małżeństwie i społeczeństwie, ambicje, nieodpowiedzialność, problemy finansowe, hipokryzja jednostek lub - oddalając lupę od poszczególnych postaci - reformy społeczne, edukacyjne i medyczne. 

Przy tak szerokiej gamie motywów każdy znajdzie wątek, który go poruszy mniej lub bardziej. Z niektórymi postaciami można sympatyzować, innymi pogardzać. Co do niektórych możemy też zmieniać zdanie i po prostu czekać na rozwój wypadków. 

Może jedynym minusem wydania jest przedmowa, która odrobinę zdradza niektóre wątki. Bardzo bawi też postać nazwana Will Ladislaw, która ma być potomkiem jakiegoś polskiego powstańca (W. Ladislaw - czyli nasz swojski Władysław?) Czyżby to jakaś niewiedza autorki, żeby polskie imię rozbić w ten sposób? Nie doszukałam się jeszcze w źródłach żadnej informacji na ten temat, więc jeśli ktoś coś wie, to dawajcie znać!

20:05:00

W dobrych rękach

W dobrych rękach

Jestem prostą dziewczyną, jak widzę shortlistę Bookera i zwycięstwo w konkursie Women's Prize to nie trzeba mnie długo namawiać. I chociaż zaczynało się mgliście i tajemniczo, to skończyło się rozczarowaniem. 

Tytuł: W dobrych rękach
Tytuł oryginału: The Safekeep

Autor: Yael Van Der Wouden
Tłumacz: Justyna Hunia

Rok: 2024 / 2025
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-8367-245-8

Isabel mieszka samotnie na holenderskiej prowincji (co ostatecznie sprowadza się tylko do tego, że mieszka poza Amsterdamem). Ma dwóch braci: Louisa, który co pięć minut przyprowadza nową dziewczynę i Hendrika, który jest czarną owcą rodziny, bo ma partnera. 

Isabel jest rozgoryczona i sfrustrowana, to stereotypowa stara panna z syndromem niedopchnięcia, która nienawidzi całego świata, ale sama nawet nie wie dlaczego. Jak wchodzi do pokoju, to więdną kwiaty, kiśnie mleko, a niemowlęta zaczynają płakać. 


 

Pewnego dnia Louis stwierdza, że musi wyjechać służbowo, ale nie ma co począć ze swoją nową zdobyczą, więc jego dziewczyna Eva ma zamieszkać z naszą główną bohaterką. Isabel nie ma za dużo do gadania, ponieważ dom, w którym mieszka oficjalnie i prawnie należy się Louisowi (chociaż to ona zajmowała się schorowaną matką, która w nim zmarła i to ona mieszkała w nim większość życia). Ale mamy lata 60., kobieta jednak za dużo nie może, a patriarchat wiedzie prym. 

Eva oczywiście nie jest mile widzianym gościem, Isabel nie ukrywa swojej kwaśnej miny, ale jednak między kobietami pojawia się coś więcej. 

Uwaga, dalej mogę trochę przyspoilerować fabułę!  

Dawałam tej książce szansę, bo rozpalona seksualność, nagłe ataki pożądania, psychologiczna głębia i samoakceptacja to dobre motywy na literacką perełkę. Okazało się jednak, że to raczej prosta obyczajówka o dzikim pożądaniu, postać Isabel (jak już odkryła, co ją pociąga), przemienia się w seksualnego predatora, Eva wprawdzie ma ukryty plan, który stanowi całkiem znośny punkt zwrotny, ale też się jakoś rozmywa w ogólnym obrazie. 

Mocno też stawiałam na postawę powojennej Holandii wobec Żydów powracających z obozów i temat był tutaj ledwie draśnięty. Język niezwykle prosty, a nie poetycki, narracja dość chaotyczna i nieadekwatna do problematycznych momentów. Cała fabuła przewidywalna od 50 strony. Jedyne, do czego mnie książka prowokuje, to do wyrzucenia jej przez okno. Nie rozumiem zachwytów, nagród i ogólnego szału. 

To dobrze poprowadzona marketingowo sprzedaż, ale nie dobra książka. A moje refleksje tym bardziej mnie przerażają, że autorka prowadzi zajęcia z kreatywnego pisania. Może lepiej niech się trzyma krótkiej formy... Nie polecam.

20:58:00

Pantaleon i wizytantki

Pantaleon i wizytantki

Nie ma co czekać na lepszą chwilę - nową naklejkę naklejam od razu, pachnące mydło od razu ląduje przy umywalce, a tę śmieszną przyprawę chcę od razu wypróbować w kuchni! Zatem jak dostałam książkę od przyjaciółki, to postanowiłam ją przeczytać... od razu! 

Tytuł: Pantaleon i wizytantki
Tytuł oryginału: Pantaleón y las visitadoras

Autor: Mario Vargas Llosa
Tłumacz: Carlos Marrodán Casas 

Rok: 1973 / 2025
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83- 240-9574-2

Pantaleon jest żołnierzem cnotliwym, przestrzegającym zasad, wierzącym w ład, porządek i rozwój. Nie spodziewa się jednak najnowszego zadania, do którego delegują go dowódcy. Ma on utworzyć specjalną Służbę Wizytantek - kobiet świadczących usługi związane z najstarszym zawodem świata. Przyczyna? Liczba gwałtów, nieślubnych dzieci i istnego zaślepienia chucią wśród żołnierzy zaczyna wymykać się spod kontroli. 


 

Główny bohater, chociaż początkowo onieśmielony charakterem zadania, szybko bierze się do roboty i z przekomicznym poświęceniem rzuca się w wir spełniania rozkazów. 

Możecie sobie wyobrazić komizm sytuacyjny - absurdy wojaczki i priorytetów przypominają mocno Paragraf 22 (klik do recenzji!). Ale pokazują też gorycz wynikającą z zaślepienia i wątpliwej moralności. Mamy tutaj też fanatyzm religijny - bardzo groteskowy! A że fabuła dzieje się na peruwiańskim odludziu, przewiną się też postacie szemrane, prymitywne, zagubione. 

Chociaż wydaje mi się, że temat dałoby się wyczerpać w krótkiej formie, Llosa bawi się narracją - mamy tu raporty wojskowe, całe audycje radiowe, prywatną korespondencję i rozdziały z pomieszanymi dialogami - tak jakby nakładały nam się 3 różne sceny, a dialogi pozornie nie łączyły się w jedną spójną wypowiedź. 

To moje pierwsze spotkanie z autorem, więc tym bardziej dziękuję za prezent i polecenie! Ale trudno mi powiedzieć, czy książka mi się podobała - raczej uchyliła rąbka tajemnicy co do warsztatu literackiego noblisty, bo przyjemność z lektury jest bardziej literaturoznawcza niż fabularna! 

 

17:03:00

Las Birnamski

Las Birnamski

Tytuł, który w jasny sposób nawiązuje do Makbeta, autorka, którą miałam na oku od dłuższego czasu i literatura nowozelandzka, z którą nie miałam jeszcze styczności. Czy połączenie takich elementów to przepis na sukces?

Tytuł: Las Birnamski
Tytuł oryginału: Birnam Wood

Autor: Eleanor Catton 
Tłumacz: Maciej Świerkocki

Rok: 2023/ 2024
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08498-4 

Autorka została najmłodszą laureatką Nagrody Bookera za najdłuższe dzieło w historii tego wyróżnienia. Jednak to nie Wszystko, co lśni zwróciło moją uwagę, ale Próba, którą wydała jeszcze w 2008 - udoskonaloną wydawniczo własną pracą magisterską. 

Las Birnamski wydawał się zatem dobrym tytułem, żeby zacząć przygodę z autorką. Tytułowa grupa to filantropijny kolektyw, który działa trochę na granicy prawa, trochę na zasadzie społecznej uprzejmości. Ich głównym zadaniem jest sadzenie i uprawa roślin - czy działka jest publiczna, czy udostępniona przez właściciela posesji nie robi dla nich większej różnicy. 


 

W wyniku osunięcia ziemi na fikcyjnej przełęczy olbrzymia ferma, która została wystawiona na sprzedaż staje się interesującym miejscem dla Miry i Shelley, które nieformalnie kierują tytułową grupą. Ale pewien amerykański miliarder również zamierza dany teren wykorzystać. 

Do tego pojawia się jeszcze postać Tony'ego - bezrobotnego, antysystemowego dziennikarza, który kilka lat wcześniej pomagał zakładać kolektyw, ale po latach podróży w celu odkrywania samego siebie nie zgadza się z kierunkiem, który ogrodnicy-społecznicy chcą przyjąć. 

Fabuła rozwija się w kierunku spisku, nieoczywistej współpracy, wyzysku i manipulacji. Ale thriller zaczyna thrillerować dopiero koło 330 strony, kiedy w końcu pojawia się jakiś interesujący zwrot akcji i... no cóż, trup!

Przez prawie 500 stron wyczytujemy tyrady na temat konsumpcjonizmu, marksizmu, uprzedmiotowienia, wyzysku, sztucznej filantropii, konsumentów-ignorantów, trucicieli środowiska, intersekcjonalności i kapitalizmu, które można by skrócić do hasła: "j*bać system, wymordujmy milionerów, bierzmy kwas i wpieprzajmy sałatę, którą nielegalnie hodowaliśmy w cudzym ogródku". 

To ubrany w beletrystyczną otoczkę manifest, który nie brzmi ani dobrze, ani wiarygodnie, bo wszystkie postacie są egocentrycznymi, zimnokrwistymi dupkami, którzy przerzucają się trudnymi słowami. Liczyłam, że książka nagrodzonej autorki przybliży mi odległy świat, a dowiedziałam się tylko, że Nowa Zelandia jest nic nie znaczącym krajem walczącym o aprobatę amerykańskiej elity i że nadaje się tam tytuły szlacheckie.

Sama fabuła, rozciągnięta jak flaki z olejem, w końcu buduje napięcie. Ostatnie 100 stron rzeczywiście już nas prowadzi do rozwiązania wszelkich intryg. Ale akcja kończy się nagle, wydaje się bez przemyślenia, bez większego uzasadnienia na dosłownie czterech stronach. Nie tyle nie ma sensu, co raczej związku z całą książką. A związku z Makbetem (oprócz lasu, który się przemieszcza) też nie ma większego - można to wcisnąć w worek ambicji, ale to by było na tyle. 

Przeintelektualizowana, przegadana próba otworzenia oczu na ważne problemy. U europejskiego czytelnika może co najwyżej wywołać wzruszenie ramion. Chociaż okładka piękna. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.  

10:41:00

Dwa księżyce

 Dwa księżyce

Czy planowałam zostawić tę książkę na wyjazd do Kazimierza? Tak, ale po kilku stronach już nie mogłam się od niej oderwać! 

Tytuł: Dwa księżyce
Autor: Maria Kuncewiczowa 

Rok: 1933 / 2025
ISBN: 978-83-68367-70-6
Wydawnictwo: Marginesy

Międzywojenny Kazimierz Dolny widziany oczami artystki, która początkowo dość niechętnie wybrała to małe miasteczko jako swój dom. I chociaż sama byłam tam tylko kilka razy, to doskonale widzę rynek ze studnią, kościół farny, wąwozy i Wisłę, które opisuje Kuncewiczowa. 


W swoich opowiadaniach przedstawia historię mieszkańców Kazimierza - Polaków i Żydów, starych i młodych. Ale też przyjezdnych letników i artystów szukających natchnienia. Zabobon miesza się ze sztuką, a życie codzienne z egzotyką. Błoto i rynsztok płyną między muślinami pięknych sukni, a przyziemne udręki towarzyszą wybujałym marzeniom.

Chociaż każde opowiadanie stanowi odrębny tekst, to postacie przeplatają się, a im dalej posuwamy się z lekturą, tym lepiej rozumiemy i lokalnych i przyjezdnych. Język nie jest pompatyczny ani staroświecki, ale pięknie oddaje cierpienie ślepca, udrękę malarza czy kaprysy aktoreczki. A to wszystko wpisane zostaje w krajobraz i pejzaż. Kto był chociaż raz w Kazimierzu, na pewno zwrócił uwagę na mielizny na rzece, trzy krzyże dominujące nad miasteczkiem, czy stary zamek. Te punkty charakterystyczne, jak i masa kwiatów i roślin stanowią nieodłączny element tej krótkiej formy. 

Choć poprzednia książka Kuncewiczowej, którą czytałam - Tristan 1946 (tu recenzja) - posiadała inny rodzaj psychologicznej głębi, to Dwa księżyce, też zrobią na Was wrażenie. W sposób lżejszy i bardziej przystępny nakreślą różnorodne charaktery, śmieszne i poważne problemy, a wszystko to w pięknej pochwale ukochanego miasteczka. 

Polecam z całego serca. Dajcie szansę epoce, która już odeszła i miasteczku, które ciągle roztacza tę samą aurę niesamowitego artyzmu! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Marginesy! 

 

11:53:00

Anne z Zielonych Szczytów

Anne z Zielonych Szczytów

Nowe tłumaczenie nie zawsze jest dobrym pomysłem. Szczególnie unikałam Ani w nowym wydaniu, bo przecież tak umiłowana powieść nie powinna być przerabiana tylko ze względu na ego tłumacza. Ale chyba niepotrzebnie się bałam...

Tytuł: Anne z Zielonych Szczytów
Tytuł oryginału: Anne of Green Gables

Autor: Lucy Maud Montgomery
Tłumacz: Anna Bańkowska

Rok: 1908 / 2022
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-67022-63-7 

Marzycielskiej duszy Ani nie trzeba nikomu przedstawiać. Jeśli nie omawialiście tej książki w podstawówce, to pewnie musieliście żyć pod kamieniem, żeby w ogóle nie znać fabuły. W nowym tłumaczeniu Ania (bo chyba jednak zawsze będzie dla mnie Anią) ma te same cechy charakteru. Jest wybuchowa, pełna zachwytów i miłości do świata, wytrwała, spracowana i skrzywdzona. Aż w końcu znajduje swoje miejsce, swój dom, kochających opiekunów i z chudego dziecka wyrasta na mądrą i żądną wiedzy młodą dziewczynę. 

 

Bańkowska przyznaje, że dla wielu pokoleń 'zabiła' Anię i powołała do życia Anne, żeby młodszy czytelnik nie dziwił się, że na Wyspie Księcia Edwarda wcale nie mieszkał Mateusz, tylko Matthew, nie Małgorzata, ale Rachel, a że Białe Piaski to jednak White Sands. I jako filolog i tłumacz w pełni rozumiem chęć oddania oryginału jak najwierniej. Zwłaszcza, że pokój na facjatce to tak naprawdę szczytowe pomieszczenie, a tytułowe Zielone Wzgórza to po prostu szczyty domu pomalowane na zielono, a nie wybrzuszenie terenu, czy sam kolor dachu. 

Jednak dysonans (może odrobinę dyskomfort) czułam. Nie dlatego, że tekst jest zły, czy koślawy. Po prostu poprzednia wersja jest tak głęboko zakorzeniona w mojej świadomości, że czuję się jakbym się właśnie dowiedziała, że ktoś, kogo znam całe życie, ma na imię zupełnie inaczej niż myślałam. 

Nie zmienia to jednak faktu, że powrót do lektury sprawił mi ogromną przyjemność i rozlał się po sercu ciepłem i wzruszeniem. Z uśmiechem pochłaniałam dobrze znane rozdziały o rudej marzycielce, która ma tyle wiary w ludzi i taką miłość do otaczającego ją świata. Wzruszyłam się na tych samych fragmentach, żeby nie powiedzieć też, że spłakałam się jak nieludzkie stworzenie pod koniec.  

Powrót do Ani po tak wielu latach okazał się idealnym pomysłem, bo przypomniał mi jak kocham tę postać i że w każdym wieku warto pielęgnować wyobraźnię i pamiętać o zachwytach.  Z przyjemnością przypomnę sobie kolejne tomy, gdy tylko przyjdzie taka okazja!

 

06:00:00

Czas zatrzymany

Czas zatrzymany

To już czwarta książka tej autorki, którą mam przyjemność czytać, więc na dobrą sprawę sięgam w ciemno. Kryzys klimatyczny, jednostka a społeczność, refleksja nad tym, do czego nieuchronnie zmierzamy to u niej standardowe tematy. Co zatem mogło pójść nie tak?

Tytuł: Czas zatrzymany
Tytuł oryginału: Lukkertid

Autor: Maja Lunde
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Rok: 2023 / 2025
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08587-5

6 czerwca coś się zmienia. Śmiertelne choroby przestają postępować. Bóle ustępują. Głód przestaje doskwierać, a nawet włosy i paznokcie przestają rosnąć. Nikt nie umiera – to chyba powód do radości? Ale dzieci nie rozwijają swoich funkcji poznawczych, nie dorastają, nawet się nie rodzą – zamknięte na nie wiadomo jak długo w stanie próżni i zawieszenia w brzuchach ciężarnych kobiet.

Czas ludzki się zatrzymał. I chociaż wydawać by się mogło, że pokonanie śmierci powinno się świętować, to jednak zahamowanie całkowitego rozwoju całego gatunku zaczyna być niepokojące. Bo tylko ludzki czas został spauzowany. Świat roślin rozwija się zgodnie ze standardowym cyklem – wzrastają, usychają, więdną i odradzają się ponownie.


Lunde przedstawia różne perspektywy – kobiety śmiertelnie chorej na nowotwór, starszego mężczyzny na emeryturze, uzależnionej od adrenaliny pracownicy zakładu pogrzebowego oraz młodego ojca czekającego na narodziny syna. Przyznaję jednak, że to kolejna książka, gdzie trudno sympatyzować z którąkolwiek z postaci – są nijakie lub pretensjonalne, płytkie, trzymające się tylko jednej cechy charakteru. Po raz kolejny chyba odnoszę wrażenie, że autorka nie lubi kobiet – postacie męskie wychodzą spod jej pióra bardziej skomplikowane, chociaż też nie trzyma się za nich kciuków.

Zatrzymanie czasu ludzkiego, które budzi niepokoje społeczne niby dzieje się na całym świecie, ale brak tu szerszego kontekstu i bardziej długotrwałej skali problemu. Autorka wprawdzie rzuca parę razy hasło o międzynarodowej wymianie doświadczeń, ale gdy główny wątek jest niedopracowany, to nie zmusza do refleksji nad naturą człowieka, tylko nad czasem zmarnowanym na lekturę.

O ile we wcześniejszych książkach jak Błękit (recenzja!) czy Sen o drzewie (recenzja!) mogliśmy się głębiej pochylić nad konsekwencjami naszych działań, a w Śnieżnej siostrze (recenzja!) nad ludzką naturą i emocjami, tutaj brakuje tego czegoś, tej iskierki, która sprawi, że coś wartościowego zostanie w nas po skończeniu książki.

Może to za krótka forma na tak obszerny temat (tylko 290 stron i duża czcionka), może to tylko literackie ćwiczenie po stronie autorki, ale możecie przejść obok książki obojętnie. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu. 


06:00:00

Ogrodnik i śmierć

Ogrodnik i śmierć

Czy książka o śmierci najbliższej osoby może być piękna? Tak bardzo boimy się poruszać ten temat, niezależnie od kultury, religii czy wychowania. A może właśnie należy mówić o tym, co nieuniknione, żeby nasza rozpacz i tęsknota nabrały innego wymiaru, lepszego ze względu na osobę, która odchodzi.

Tytuł: Ogrodnik i śmierć
Tytuł oryginału: Градинарят и смъртта

Autor: Georgi Gospodinow
Tłumacz: Magdalena Pytlak

Rok: 2025
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-08600-1

Laureat nagrody Bookera przecież musi pisać wybitnie. Ale z tej książki tak naprawdę dowiecie się, jakim jest człowiekiem i jak bardzo kochał swojego ojca, który przyjeżdża do niego, gdy musi pójść do lekarza w większym ośrodku miejskim, a zostaje ledwie kilka miesięcy, ale aż do końca swoich dni.

To nie jest powieść, to elegijne pożegnanie z rodzicem, wyrażone w najczulszy sposób żal i tęsknota, spis wspomnień i wesołych anegdot, które przeplatają się z dławiącą w gardle rozpaczą.

Czy ogrodnik może być całym ogrodem? Czy botanika nie znalazła w wiosennym odrodzeniu odpowiedzi na pytania dotyczące nieśmiertelności? Czy hołd ukochanej osobie może być spisany jednocześnie lekko i fatalnie – w myśl największych filozofów. I czy proste życie człowieka, którego ograniczały normy społeczne i uwarunkowanie gospodarcze, żeby nie powiedzieć wprost – ustrój i bieda – nie żył zgodnie z najpiękniejszymi moralnymi sentencjami epickich myślicieli?

Wzruszająca opowieść o chwili przed i chwili po. O tym, co czyjaś śmierć oznacza dla tych, co zostają, jak poradzić sobie z bólem, wstydliwymi diagnozami, a później z ogrodem, który przeżył ogrodnika, popołudniami bez telefonów od ojca i świętami, podczas których nie wiadomo, gdzie podziać wzrok, który ciągle wraca do pustego krzesła.

Książka Was poruszy, ale w sposób czuły i delikatny. To nie jest pompatyczny spazm tragedii. To rozpacz, która woła po cichu, każe autorowi spisywać swoje myśli w notatniku i wracać do chwil, które stanowią o nierozerwalnej więzi. Tekst, który uczy współodczuwać i pięknie zmusza do refleksji.

Polecam!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.


16:17:00

Wyjarzmiona

Wyjarzmiona

Powieść łotrzykowska – już samo to określenie gatunku obiecuje przygody, niecnoty, odrobinę cwaniactwa połączonego ze zbrodnią, za którą nie będziemy zbyt surowo oceniać. A jak bohaterką jest dziewczyna? Robi się tylko ciekawiej!

Tytuł: Wyjarzmiona
Autor: Renata Bożek

Rok: 2025
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-68265-86-6

Rok 1831, Rozalka ma 9 lat. Jako prosta, ale bystra chłopska dziewczyna wierzy w zabobony i modlitwę jednocześnie. Już w tym wieku, wie, co to krzywda, ignorancja i przemoc. A panicz swoją brutalnością i chełpliwością zasłużył w jej oczach na najgorsze. Dlatego dziewczyna pędzi do lasu po hubę, pod pachą ma zasuszonego martwego kruka, w myśli tylko zemstę ubraną w klątwy babki, a na głowie kołtun.

Nie zdąży dokończyć rytuału, a wpada na topiącego się na bagnach mężczyznę. Wychowane pośród arogancji, biedy i agresji dziecko szybko podejmuje decyzję. A duch utopionego mężczyzny zaczyna towarzyszyć jej na jawie.


Każdy rozdział to kolejny rok z życia dziewczynki, która dorasta, pięknieje, staje się żądna wiedzy i zmiany społecznej. Oznacza to dla niej także, że staje się celem drwin i lęków we własnej społeczności, a hardość charakteru nie ułatwia jej relacji z najbliższymi. W końcu hrabia, który odwiedza sporadycznie pobliski dwór, sprawia że zostaje przyjęta na służbę do pomocy przy najstarszej dziedziczce. Tam okazuje się, że nadal jest wyśmiewana, ale nie z powodu swoich ambicji, ale pochodzenia.

Dziewczyna jest bystra, szybko się uczy, jak szyć, pomagać, nawet jest w stanie sklecić kilka słów po francusku i angielsku, naśladując panienkę. Ale przede wszystkim uczy się życia – z kim na co można sobie pozwolić, jak dopasowywać swoje zachowanie do charakteru innych. A hrabia stale pojawia się jak znienawidzony cień.

Powieść nie nudzi, ponieważ im Rozalka jest starsza, tym większe niebezpieczeństwa i bluźnierstwa na nią czekają. Przyznaję, że pierwsza połowa książki była dla mnie bardziej spójna – od momentu, gdy dziewczyna trafia do miasta, jej przygody są opisane zbyt chaotycznie, trudno się połapać w wydarzeniach i dialogach. Chociaż może to wyglądać na zabieg stylistyczny, gdzie życie miejskie zdecydowanie różni się tempem od tego wiejskiego, to lektura zaczęła trącać absurdem i zmęczyło mnie cofanie się o kilka stron, żeby ogarnąć fabułę.

Autorka jednak różnymi środkami pokazuje zmiany – od opisu śmierdzącej wiejskiej chałupy z kilkoma podstawowymi sprzętami przechodzimy do saloników z atłasami i stolikami, które pomieszczą raptem jeden kieliszek. Status społeczny bohaterki zmienia się również w warstwie językowej – początkowe rozdziały są trudne do przebrnięcia, ponieważ stylizowany język jest dźwięczny, ale kaleczony prostacką gwarą. Im bardziej Rozalka się rozwija, tym mniej kaleczy język i bardziej światła jest w swoich poglądach. A tych też nie brakuje, zwłaszcza że nie mówimy tylko o zarysie ruchów narodowowyzwoleńczych, ale także o traktowaniu masy chłopskiej i nierównościach społecznych.

Książkę brałam w ciemno, a zaskoczyła mnie na wielu płaszczyznach, dlatego polecam z całym sercem! Chociaż końcówka naprawdę nie musiała tak gnać i ostatnie sceny można by rozciągnąć do kilku stron więcej, bo dają sporą satysfakcję z zakończenia!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Marginesy.

18:46:00

Czas starego Boga

Czas starego Boga

Cały czas zadaję sobie pytanie, czemu ta książka nie dostała nagrody Bookera? 

Tytuł: Czas starego Boga
Tytuł oryginału: Old God's Time

Autor: Sebastian Barry
Tłumacz: Aga Zano

Rok: 2023/2024
Wydawnictwo: ArtRage
ISBN: 978-83-67515-93-1

Na hasło literatura irlandzka moje zielone serduszko bije trochę mocniej. Nie spodziewałam się jednak tak trudnej przeprawy, chociaż spodziewałam się kontrowersyjnych tematów. Ale nie kontrowersyjnych w stylu Lolity, tylko wyciągamy obrzydliwości, których dopuszczali się irlandzcy księża, zakonnicy i siostry. 

 


Tom Kettle niedawno przeszedł na emeryturę. Jako były policjant dopiero uczy się funkcjonować bez napięcia i stresu. Układa sobie życie w nowym otoczeniu, chociaż nie potrafi pozbyć się starych zawodowych nawyków.  Do czasu aż dwóch młodych policjantów odwiedza go bez zapowiedzi i zadaje pytania dotyczące sprawy, którą prowadził przed laty. 

Z roli konsultanta w stanie spoczynku jednak dość szybko wyczuwamy, że staje się głównym podejrzanym. Jego relacje dotyczące rodziny również tracą spójność z rozdziału na rozdział. Demencja, trauma i ciężar straty? Czy wyrachowanie, zwodnicza narracja i czyste zło?

Autor trzyma nas w niepewności, buduje ciężką narrację, której jednak nie da się ze spokojem odłożyć na półkę. Czujemy stratę i strach, gubimy się w pamięci i tożsamości razem z głównym bohaterem i jak on czujemy się samotni w tych rozważaniach.

Ogromnie wartościowa proza, gdzie współczesne relacje mieszają się z przebłyskami przeszłości, realizm z urojeniami, żywi z martwymi. Ale autor szanuje swojego czytelnika, choć trzyma go w niepewności do ostatnich rozdziałów. Posługuje się językiem dojrzałym i wyważonym. Prawdziwa perełka, choć zaboli Was serce od atmosfery i ciężaru tragedii. 

Czyli polecam!

Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger