Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WARSZTAT TŁUMACZA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WARSZTAT TŁUMACZA. Pokaż wszystkie posty

14:20:00

Błękitny zamek

Błękitny zamek

Przeczytałam w wakacje Anne z Zielonych Szczytów, czyli nowe tłumaczenie ukochanej Ani z Zielonego Wzgórza (tutaj recenzja - klik!). Mniejsze udomowienie i oddanie oryginałowi nie zmieniły mojej miłości do rudowłosej marzycielki! Zatem co mogło pójść nie tak przy współczesnym przekładzie innej uwielbianej przeze mnie książki? Oj, dużo!

Tytuł: Błękitny zamek
Tytuł oryginału: The Blue Castle

Autor: Lucy Maud Montgomery
Tłumacz: Kaja Makowska

Rok: 1926 / 2025
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-68367-79-9

O tym, jak ważna była postać Joanny (teraz Valancy) może świadczyć fakt, że umieściłam jej przygody w poście sprzed 10 lat, gdzie wymieniałam "10 książek, które odmieniły moje życie" (klik!). Tytuł ten zresztą też czytałam po raz ostatni 10 lat temu (znalazłam starą recenzję tutaj!) i recenzja nadal dobrze oddaje moje uwielbienie. 


 

Valancy ma 29 lat i bezlitośnie wytyka się jej staropanieństwo. Matka i ciotka tłamszą ją i ganią za najdrobniejsze przewinienia. Jedyne ukojenie od szarej rzeczywistości i docinek rodziny Valancy znajduje w książkach przyrodniczych i swojej wyobraźni. Jednak emocjonalne nieszczęścia to nic w porównaniu z chorobą serca, która coraz bardziej jej dokucza. 

W wielkiej tajemnicy udaje się do lekarza i otrzymuje druzgocącą diagnozę. I nie dość, że nigdy nie żyła tak naprawdę, to teraz zostało jej zaledwie kilka miesięcy tej udręki. Ponieważ Valancy ma w gruncie rzeczy wesołą naturę i bystry umysł, postanawia nie tylko zrobić w końcu coś dla siebie, ale także coś dobrego dla innych. 

Po przekomicznej awanturze rodzinnej główna bohaterka wyprowadza się z domu, żeby zajmować się chorą przyjaciółką z dzieciństwa. Uczy się żyć pełną piersią, robić to, na co ma ochotę, a nawet kochać bezgranicznie człowieka, na którym całe miasteczko wiesza psy. 

Na Instagramie pewnie widzieliście moje święte oburzenie tym, że pojawiły się pewne akapity, które zaczęły przedstawiać fabułę w innym, bardziej rozbudowanym kontekście i że niektóre cechy osobowości głównej bohaterki dużo wyraziściej wychodzą na światło dzienne. Już na tym etapie czułam złość do tłumacza wersji, którą wszyscy do tej pory czytali, bo jak to tak sobie wyrzucać żarty czy opisy, które poddajemy własnej cenzurze?

Ale moi kochani, jak doszłam do rozdziału, którego W OGÓLE NIE BYŁO w poprzedniej wersji, to myślałam, że się wścieknę! Klauzula sumienia? Cenzura? Własna wizja artystyczna? Co to do cholery ma być? Poprzedni tłumacz po prostu stwierdził, że nie pasuje mu cały rozdział do jego wizji fabuły? To niech napisze własną książkę, a nie wycina ogromne fragmenty tekstu z oryginału, który ma PRZETŁUMACZYĆ! 

Cały czas szaleje mi ciśnienie... Jeśli kochacie Błękitny zamek, koniecznie przeczytajcie nowe tłumaczenie, bo okaże się że dostaniecie opowieść mniej infantylną niż do tej pory. Jeśli natomiast pierwszy raz słyszycie o Valancy, to polecam z całego serca! Od razu skoczy Wam poziom romantyzmu we krwi i osłodzicie sobie zimowy wieczór!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

11:53:00

Anne z Zielonych Szczytów

Anne z Zielonych Szczytów

Nowe tłumaczenie nie zawsze jest dobrym pomysłem. Szczególnie unikałam Ani w nowym wydaniu, bo przecież tak umiłowana powieść nie powinna być przerabiana tylko ze względu na ego tłumacza. Ale chyba niepotrzebnie się bałam...

Tytuł: Anne z Zielonych Szczytów
Tytuł oryginału: Anne of Green Gables

Autor: Lucy Maud Montgomery
Tłumacz: Anna Bańkowska

Rok: 1908 / 2022
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-67022-63-7 

Marzycielskiej duszy Ani nie trzeba nikomu przedstawiać. Jeśli nie omawialiście tej książki w podstawówce, to pewnie musieliście żyć pod kamieniem, żeby w ogóle nie znać fabuły. W nowym tłumaczeniu Ania (bo chyba jednak zawsze będzie dla mnie Anią) ma te same cechy charakteru. Jest wybuchowa, pełna zachwytów i miłości do świata, wytrwała, spracowana i skrzywdzona. Aż w końcu znajduje swoje miejsce, swój dom, kochających opiekunów i z chudego dziecka wyrasta na mądrą i żądną wiedzy młodą dziewczynę. 

 

Bańkowska przyznaje, że dla wielu pokoleń 'zabiła' Anię i powołała do życia Anne, żeby młodszy czytelnik nie dziwił się, że na Wyspie Księcia Edwarda wcale nie mieszkał Mateusz, tylko Matthew, nie Małgorzata, ale Rachel, a że Białe Piaski to jednak White Sands. I jako filolog i tłumacz w pełni rozumiem chęć oddania oryginału jak najwierniej. Zwłaszcza, że pokój na facjatce to tak naprawdę szczytowe pomieszczenie, a tytułowe Zielone Wzgórza to po prostu szczyty domu pomalowane na zielono, a nie wybrzuszenie terenu, czy sam kolor dachu. 

Jednak dysonans (może odrobinę dyskomfort) czułam. Nie dlatego, że tekst jest zły, czy koślawy. Po prostu poprzednia wersja jest tak głęboko zakorzeniona w mojej świadomości, że czuję się jakbym się właśnie dowiedziała, że ktoś, kogo znam całe życie, ma na imię zupełnie inaczej niż myślałam. 

Nie zmienia to jednak faktu, że powrót do lektury sprawił mi ogromną przyjemność i rozlał się po sercu ciepłem i wzruszeniem. Z uśmiechem pochłaniałam dobrze znane rozdziały o rudej marzycielce, która ma tyle wiary w ludzi i taką miłość do otaczającego ją świata. Wzruszyłam się na tych samych fragmentach, żeby nie powiedzieć też, że spłakałam się jak nieludzkie stworzenie pod koniec.  

Powrót do Ani po tak wielu latach okazał się idealnym pomysłem, bo przypomniał mi jak kocham tę postać i że w każdym wieku warto pielęgnować wyobraźnię i pamiętać o zachwytach.  Z przyjemnością przypomnę sobie kolejne tomy, gdy tylko przyjdzie taka okazja!

 

15:44:00

Komu bije dzwon

Komu bije dzwon

Tę książkę po prostu wypadało przeczytać. Na studiach dość szeroko omijałam Hemingwaya, jego życie prywatne też nie bardzo zachęcało mnie do lektury, ale widocznie wiele zmienia się z czasem. Całkiem niedawno recenzowałam przecież Ruchome święto, które mnie zaskoczyło pozytywnie (tutaj przeczytacie recenzję) oraz Rajski ogród, który był irytującym rozczarowaniem (przeczytajcie o co mi chodziło tutaj).

Po eksperymentach literackich i niedokończonych szkicach przyszedł czas na książkę, która jest okrzyknięta jednym z najważniejszych dzieł autora.

Tytuł: Komu bije dzwon
Tytuł oryginału: For Whom the Bell Tolls

Autor: Ernest Hemingway
Tłumacz: Rafał Lisowski

Rok: 1940 / 2024
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-68226-14-0

Opis wydawcy:
Do grupy republikańskich partyzantów działającej w górach na południu Hiszpanii, na terenie kontrolowanym przez faszystów, zostaje wysłany młody amerykański ochotnik. Robert Jordan ma za zadanie wysadzić strategiczny most w określonym czasie, aby ułatwić jednoczesny atak republikanów na miasto Segowia. W ciągu trzech dni spędzonych wysoko w górach Jordan mierzy się z niebezpieczeństwami wojny, ale też zawiązuje braterstwo broni z antyfaszystowskimi partyzantami. I tam spotyka Marię, młodą kobietę, która uciekła przed bojownikami generała Franco…

 


 


Podczas budowania fabuły Noblista dużo czerpał z własnych doświadczeń w Hiszpanii. Jako recenzent wojny domowej z bliska obserwował sytuację polityczną, społeczną, czysto ludzką. Widać w tej powieści ból związany z rozpadającym się światem, niepewność jutra, całą gamę ludzkich emocji – od poczucia obowiązku, fanatyzmu, po rozpacz i wręcz histeryczne próby chwytania nielicznych szczęśliwych chwil. Autor w brutalny sposób pokazuje, jak wygląda fanatyzm na froncie, jakie okrucieństwo może wydobyć ze zwykłych ludzi ideologia, na czym polega lojalność, ale ostatecznie też jak umiera nie tylko żołnierz, ale i ideał, który przyświecał milionom.
 
I to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy. Książka przez ponad 600 stron opisuje 3 dni życia głównego bohatera. Dygresje innych postaci, wspomnienia i przemyślenia uzupełniają tę narrację, ale warstwa językowa Hemingwaya mocno drażni. Miłośnicy nazwą ten styl oszczędnym, dziennikarskim, konkretnym, rzeczowym. I choć rzeczywiście znajdziemy tam zdania złożone (zwłaszcza podczas wewnętrznych monologów), to dialogi brzmią prymitywnie, prostacko, jak szczekanie ujadających psów.

W połowie książki zaczęłam się zastanawiać, czy nie dostaję udaru – mięśnie twarzy nie współgrały z uśmiechem, miałam problem z konstrukcją zdań i czy ktoś czuje zapach spalonych tostów? Na szczęście okazało się, że to celowy zabieg literacki, który wykrzywiał mi twarz. Z radością zatem dobrnęłam do posłowia tłumacza, który ratuje czytelnika z opresji i daje wgląd w to, jak tekst wyglądał w oryginale. Hemingway kiepsko znał hiszpański, ale na tyle dobrze się nim posługiwał, że potrafił zamówić sobie drinka w barze i spytać o drogę na front. Postanowił więc stworzyć pozory komunikacji w tym języku i główny bohater ma się porozumiewać z partyzantami w ich rodzimym dialekcie.

Język przez to się rozsypuje (jak to Lisowski pięknie ujmuje, przestawiając rozsypujący się świat w obliczu wojny), to kubistyczny eksperyment, walka z cenzurą wydawniczą i dla mnie po trochę pijacka buta noblisty, ale to już osobista refleksja. Prostackie zwroty (wygląda na to, że żaden Hiszpan nie potrafi skonstruować zdania bez przekleństwa), dialogi jak serie z karabinu, komunikacja ograniczona tylko do niezbędnych czasowników rzeczywiście przedstawiają w jakimś stopniu brutalność wojennej rzeczywistości i ból bohaterów. Jednak na dłuższą metę tych sześciuset stron jest to zbyt ordynarne, zbyt rozedrganie i chaotyczne. No i dajcie czasem czytelnikowi jakiś przymiotnik!

Czuję, że spełniłam swój literacki obowiązek filologia. Poznałam dzieło, które jest uznawane za jedną z najważniejszych powieści wojennych wszech czasów. I za tę możliwość dziękuję wydawnictwu Marginesy, chociaż wydawniczo duży minus za nie oznaczenie przypisów w tekście. Jednak na razie od Hemingwaya czeka mnie zasłużona przerwa.

13:50:00

Gdy leżę, konając

Gdy leżę, konając

Klasyka literatury amerykańskiej w nowej odsłonie - nie chodzi tylko o piękne wydanie, które zachwyca moimi ulubionymi kolorami i minimalistycznymi motywami, ale o nowy przekład. Czy warto?

Tytuł: Gdy leżę, konając
Tytuł oryginału: As I Lay Dying

Autor: William Faulkner
Tłumacz: Jacek Dehnel

Rok: 1930 / 2024
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-8336-7

Addie umiera. Jej syn szykuje dla niej trumnę, a ona obserwuje ten proces przez okno. Pozostali członkowie rodziny na zmianę odwiedzają ją przy łożu śmierci, ale z nikim nie zamienia słowa. Jej ostatnim życzeniem jest bycie pochowaną w odległej miejscowości, skąd pochodziła. 


Gdy nadchodzi odpowiednia pora, cała rodzina, z Addie zamkniętą w trumnie domowej roboty na wozie, wyrusza w podróż, która okaże się dla nich ogromnym wyzwaniem. Wydaje się, że pech ich nie opuszcza - powódź, pożar, wypadki. Ale najgorszy jest brak komunikacji między rodziną, która zmuszona do przebywania ze sobą tak ściśle podczas podróży, odsłania swoje najgorsze oblicze. Wszystko na tym wozie gnije - wśród żywych i umarłych, dosłownie i w przenośni. Nie ma się co dziwić, że im dalej od domu, tym więcej sępów zaczyna podążać za obscenicznym i przerażającym karawanem.

Faulkner, noblista, modernista, mistrz południowego gotyku amerykańskiego przerzuca narrację między postaciami, które przeżywają odmienne problemy, mają różne style mówienia. Złożoność perspektyw pięknie uwypukla konflikty, brak zrozumienia, kierowanie się własnymi interesami. Książka niedługa, a jakże treściwa. Bawią mnie zdziwione komentarze współczesnych recenzentów, którzy są zaskoczeni mnogością poruszanych tematów w książce, która nie musi mieć tysiąca stron. 

A nowe tłumaczenie? To jest właśnie nowa praca, która ma sens - wypowiedzi nadal są stylizowane, nadal oddają mnogość charakterów i dialogów. Ale to nie jest przekład na język prosty, wręcz prostacki, żeby współczesny czytelnik nie musiał się nad nim wysilać. To nadal piękna przygoda literacka, a Dehnel bardzo dobrze ten proces opisuje w posłowiu. Tak samo, jak zwraca uwagę na podobieństwa między południowym gotykiem a realizmem rosyjskim i przybliża nam postać samego autora. Złoto!


09:03:00

Morski ogień

Morski ogień

Zachciało mi się książek o piratach, o morskich opowieściach, o sztormach, abordażach i tajemniczych tawernach na wyspach nieoznaczonych na mapach. Więc sięgnęłam po:

Tytuł: Morski ogień
Tytuł oryginału: Seafire: Book 1

Autor: Natalie C. Parker
Tłumacz: Paweł Dembowski

Rok: 2018 / 2019
Wydawnictwo: Zyska i S-ka
ISBN: 978-83-8116-754-3

I teoretycznie dostałam to, co chciałam. Caledonia Styx jest młodą dziewczyną, przez której błędy ginie załoga całego statku. Przy życiu zostaje tylko ona i jej przyjaciółka Pisces. Razem postanawiają stworzyć nową załogę, nową rodzinę, samodzielnie odbudowują splądrowany statek i z motyką na słońce porywają się na złego Athaira i bandę Pocisków, którzy mu służą, aby odegrać się za wszystkie krzywdy tego świata. (Aha, gówny bad guy nie pojawia się w książce ani razu).

Odstawiając morską partyzantkę (bo złoczyńca ma całą flotę, a dziewczyny tylko jeden statek), przygarniają do załogi tylko dziewczyny. Nawet nie kobiety, po prostu jest to banda podlotków, które pływają sobie dzielnie po morzach, wmawiając sobie, że stanowią cierń w boku Athaira. Ale przychodzi dzień, gdy hormony robią swoje (znaczy litość i uczucia wyższe, ekhm) i na ich pokład trafia Pocisk, którego postanawiają jednak nie zabijać. I wtedy dopiero zaczyna się clown-fiesta.

Cały świat jest skonstruowany przekomicznie. Myślałam, że będzie to opowieść o piratach w klasycznym stylu, bo przegapiłam opis na okładce, że UWAGA! ma to być "brawurowa opowieść łącząca kobiecą siłę Wonder Woman z wybuchową akcją Mad Maxa: Na drodze gniewu". Nawet śmiech mnie nie ogarnia, bo mamy do czynienia z nazi-feminizmem, histerią nastolatek i Wodnym światem (ktoś jeszcze pamięta tę katastrofę z Kevinem Costnerem?). 

Fabuła niby jest wartka, bo postacie nie są dobrze wykreowane i czymś trzeba było książkę zapchać, ale przygody mają głębię kałuży i opierają się tylko na nieprzemyślanych zachowaniach głównej bohaterki. Umęczyłam się tą historią okrutnie i robiłam bardzo długie przerwy w lekturze, co samo w sobie już nie świadczy najlepiej.

Nie byłabym również sobą, gdybym nie wspomniała o feminatywach, które drażnią tak samo jak miotanie się Caledonii od katastrofy do katastrofy. Pani kapitan jest w tej książce "kapitaną", która kole w oczy co drugą stronę. Wdawaliśmy się w tę dyskusję już wcześniej przy okazji innej młodzieżówki, więc nie zachęcam do wylewania na mnie wiadra pomyj, bo słowniki takiej formy nie przyjmują, a jedna książka uzusu językowego nie zmieni.

źródło: sjp.pwn.pl
 

Podsumowując: po drugi tom nie sięgnę, bo książka, która nawet miała się dramatycznie zakończyć, każe nam się zastanawiać, po co to wszystko było. I Wam też tej książki nie polecam, bo stracicie tylko czas.

09:26:00

The Tales of Beedle the Bard

The Tales of Beedle the Bard

Czasem trzeba popracować nad zmniejszeniem swojego stosu hańby. Ale ponieważ z ochotą na konkretny tytuł bywa trudno, postanowiłam wybrać jakąś pozycję na chybił trafił. I był to świetny strzał, bo sięgając po książkę anglojęzyczną, przypomniałam sobie, że mam też polskie wydanie. 

Tytuł oryginału: The Tales of Beedle the Bard
Tytuł polski: Baśnie barda Beedle'a

Autor: J.K. Rowling
Tłumacz: Andrzej Polkowski

Rok: 2008 / 2017
Wydawnictwo: Bloomsbury / Media Rodzina
ISBN: 978-0-7475-9987-6 / 978-83-8008-297-7


Każdy fan Harrego Pottera doskonale orientuje się, czym są tytułowe baśnie — to bajki opowiadane młodym czarodziejom, magiczny odpowiednik mugolskich baśni Andersena czy Ezopa. To historie, które mają uczyć, podsuwać wnioski i wpajać wartości, którymi powinien kierować się każdy człowiek: szlachetnością, pomysłowością i zdrowym rozsądkiem.

Oczywiście złe uczynki są karane, a dobre nagradzane, ale magia w tych opowieściach jest czymś naturalnym, a nie dodatkowym elementem potęgującym morał lub przyczyną kłopotów głównych bohaterów. 

Ważny jest także ogólny wydźwięk tych opowieści. Kobiece postacie są tutaj bardziej samodzielne, to znaczy nie czekają na księcia, który je uratuje, ale biorą sprawy w swoje ręce. Własnym sprytem, zaradnością i pracą dochodzą do sukcesów lub wychodzą z tarapatów. To bardzo istotny element, zwłaszcza dla współczesnych młodych czytelniczek.

Sama forma książki to swojego rodzaju hybryda gatunkowa. Mamy tutaj wstęp J.K. Rowling, baśnie barda Beedle'a w tłumaczeniu Hermiony Granger oraz komentarz krytyczny Albusa Dumbledore'a. Ten ostatni to połączenie luźno powiązanych z baśniami anegdot, ciekawostek ze świata magicznego, ale też dogłębna analiza motywów. 

Jakby komplikacji było mało, postanowiłam równolegle czytać też polski przekład! Po każdej baśni i komentarzu anglojęzycznym sięgałam więc po nasze wydanie i porównywałam tłumaczenie. Byłam ciekawa, jak Polkowski zabrał się za niektóre zwroty, czasem byłam zaskoczona tym, co pominął, a innym razem biłam brawo za pomysłowość i zręczność tłumaczenia. 

Byłam także przekonana, że ilustracje w książce będą identyczne, ale i w tym przypadku znajdziemy różnice. Polskie wydanie ma bogatsze rysunki, jednak styl, kreska i minimalizm tego oryginalnego mają w sobie coś równie urzekającego. Nie powiem Wam zatem, które lepsze :) Ale mogę powiedzieć, że to świetne uzupełnienie całego uniwersum, zwłaszcza ostatnia "Opowieść o trzech braciach".

Postem tym nie zachęcam Was do dyskusji na temat kontrowersyjnych tweetów autorki. Grubą kreską oddzieliłam baśnie (wydane lata temu) od współczesnych kontrowersji.

14:35:00

Bogowie pokazują klaty

Bogowie pokazują klaty

To chyba pierwszy taki przypadek, gdy zainteresowałam się książką przez wzgląd na tłumacza. A gdyby nie spotkania z autorem organizowane w moim rodzinnym mieście, ta pozycja pewnie długo czekałaby na swoją kolej, a może nawet bym o niej zapomniała. 

Tytuł: Bogowie pokazują klaty
Autor: Bill Gaston

Tłumacz: Krzysztof Majer, Kaja Gucio
Rok: 2019
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-66335-02-8

Nie podaję tytułu oryginału, ponieważ nie znajdziemy odpowiednika tej książki na rynku zagranicznym. Krzysztof Majer, konsultując się z autorem, wybrał te teksty, które oddają pewną spójność motywów, ale jednocześnie prezentują ich na tyle dużo, aby czytelnik miał w czym przebierać. 


Osobliwe poczucie humoru jest czymś, co od razu zwróciło moją uwagę. Opowiadania Gastona niby wywołują uśmiech, niby przedstawiają sytuacje zabawne i humorystyczne, ale jednak zawsze podszyte są niepokojem, tym uczuciem, które nazywam nieprzyjemnym mrowieniem pod skórą. 

Ociera się to niebezpiecznie o groteskę, ale nie jest to komiczna farsa, tylko zabawa z psotnym ogniem, który w każdej chwili może nam się wymknąć spod kontroli. Jednak gdy zabawne tony opowiadań już wybrzmią, złapiemy oddech po chichocie, który nam się mimowolnie wyrwał, będziemy w stanie dostrzec bardziej mroczny klimat, który przypomina amerykański gotyk.

Może to być świetny początek dyskusji o tym, co tak naprawdę uznajemy za literaturę kanadyjską — temat nakreślony również w posłowiu książki. Skąd Gaston (swoją drogą niezwykle zabawny i sympatyczny człowiek) czerpie tak niepokojące inspiracje, na kim się wzoruje?

Dlaczego z taką pasją wrzuca nas raz za razem w wir świata literatury — pisarzy, poetów, literaturoznawców? Muszę przyznać, że z dziką satysfakcją czytałam "Leśną ścieżkę" — opowiadanie strącające z piedestału Malcoma Lowry'ego. Pod wulkanem — rzekomą perłę modernizmu — wspominam raczej jako niestrawne widma alkoholizmu… Chociaż może powinnam ją teraz uważniej przeczytać. 

Kolejnym motywem, który wybrzmiewa nad wyraz często jest szeroko rozumiana rodzina i relacje międzyludzkie. Wszystkie postacie Gastona czegoś od życia chcą, czegoś oczekują i czasem samo uświadomienie sobie takich potrzeb jest punktem kulminacyjnym opowiadania. 

Jednak niezależnie od tematu przewodniego, postacie przeżywają jakiś kryzys, który podsyca wszechobecny niepokój. I to napięcie nie tyle wynika z niedopowiedzeń, co z próby zdefiniowania problemu. Jak do tych nieszczęść dochodzi? Kto jest odpowiedzialny? Tłumacz świetnie nazywa to "autosabotażem", ponieważ nie wszystko tym bohaterom się po prostu przydarza. Czasem są wręcz perfidnie odpowiedzialni za swoje niepowodzenia. 

I o motywach w tej książce pisałabym jeszcze długo, bo jest o czym i z całego serca ją polecam, ale chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na sam język. Rzadko stwierdzam, że książka tłumaczona przez kilku tłumaczy jest dziełem spójnym. Tutaj jednak nic nie zgrzyta, ton opowiadań jest harmonijny, a jednak mimo wszystko tłumacze podkreślają swoją odrębność, podpisując się pod każdym tekstem. 

I bardzo mi się taki zabieg podoba. Bo teraz do tablicy mogę wezwać od razu Krzysztofa Majera i spytać, czemu, na litość boską, znów kwestionuje moją znajomość języka polskiego!? Oczywiście zawsze słusznie. :)

Wyświetl ten post na Instagramie.

Powoli wygrzebuję się ze stosów zaległości. Mam dzisiaj dla Was recenzję, o książce, która na bookstagramie była tak potwornie niedoceniona, że zaczęłam się zastanawiać czy miałam przed nosem inny tekst. Dawno nie czytałam tak niepokojących opowiadań, zbioru o tylu złożonych i przeplatających się motywach i tekstu tak podważającego moje rozumienie języka! Jest nieźle, więc zapraszam na bloga! Recenzja już wisi, link w bio! . . . . #billgaston #bogowiepokazująklaty #wydawnictwomarginesy #krzysztofmajer #kajagucio #opowiadania #shortstories #literaturakanadyjska #canadianliterature #canada #canadacouncilforthearts #warsztattłumacza #bookstagrampl #bookobsessed #booklovers #bookishlife #booksofinsta #bookaholic #igreads #bookworm #książkanadziś #bookoftheday #książka #czytanie #czytamwszędzie #bookreview #autumn #autumnvibes

Post udostępniony przez Redhead in Wonderland (@redhead_in_wonderland)

10:31:00

Jak uspokoić swoje myśli

Jak uspokoić swoje myśli
Z książkami tej autorki znam się już od dawna. Recenzowałam już dla Was Magię olewania (link do recenzji znajdziecie TUTAJ) i Ogarnij się (i TUTAJ), dlatego nie mogłam się doczekać, aż zapoznam się z jej najnowszym tytułem. Każdemu zdarzyło się przecież wpaść w panikę, gdy coś nie poszło po naszej myśli, dlatego taki poradnik uznałam za niezwykle przydatny. 

Tytuł: Jak uspokoić swoje myśli
Tytuł oryginału: Calm the f*ck down

Autor: Sarah Knight
Tłumacz: Anna Czajkowska

Rok: 2017/2020
Wydawnictwo: Muza S.A.
ISBN: egzemplarz recenzencki

Jak zwykle u Knight zachwycam się oryginalnym tytułem. Autorka nie ma problemu z użyciem słów dosadnych, dzięki czemu, sięgając po książkę, od razu wyobrażamy sobie, że z zaciętą miną próbuje nas uspokoić, nie wmawiając nam bezradnie, że "wszystko będzie dobrze".

Ponieważ autorka sama ma zdiagnozowane zaburzenia lękowe, doskonale wie o czym mówi. Bez wymądrzania się. Ale też i bez nieporadnego klepania nas po ramieniu. Wie, kiedy może pomóc, zdaje też sobie sprawę, że są problemy, których nie doświadczyła i takie, których nie można bagatelizować. Stara się zatem dać nam narzędzia, które ułatwią nam samodzielne opanowanie paniki, żalu czy histerii. 

Książka podzielona jest na cztery części i każda z nich, krok po kroku, pomaga nam zrozumieć oblicza paniki, ale też jak sobie z nimi radzić. Na początku wpadamy zatem w histerię! Razem z autorką wybieramy reakcję, która jest dla nas najbardziej charakterystyczna (lęk, smutek, gniew czy unikanie wszelkiego działania). 

I dowiadujemy się, że z praktycznie każdego nieszczęścia możemy wyjść obronną ręką. Bo najważniejszym pytaniem, jakie możemy sobie zadać, jest: Czy jestem w stanie kontrolować sytuację? Jeśli NIE, to moje zmartwienia przyprawią mnie o ból brzucha i kilka siwych włosów, ale nic nie zmienią. Jeśli odpowiedź brzmi TAK, to możemy przejść do kolejnych kroków. Czyli do uspokojenia się. 

Knight zdaje sobie sprawę, że samo powiedzenie komuś spanikowanemu „weź się uspokój” bardzo rzadko przynosi oczekiwane rezultaty. Chyba nigdy jeszcze w historii ludzkości nikt nie zareagował spokojem na takie hasło. Rękę dam sobie uciąć, że większość z Was tylko jeszcze bardziej się piekli (zwłaszcza podczas kłótni :D No, nie mówcie, że jest inaczej!)

Autorka proponuje nam odpowiednie kategorie do naszych „gównoburz” (ang. shit storm). Dzięki logicznemu podejściu i odstawieniu emocji w kąt, będziemy w stanie podejść racjonalnie do problemu i (uwaga, werble) nawet go rozwiązać! Drobny bilans, rachunek zysków i strat, ustalenie priorytetów działania, rozpatrzenie realnych możliwości i ta dam! Możemy przystąpić do produktywnego działania i nasze kłopoty przestają być kłopotami!

Ostatnia część książki to swojego rodzaju sprawdzian. Autorka przedstawia nam hipotetyczne (ale bardzo barwne) sytuacje, gdzie sami możemy podjąć decyzję, jak się zachować i jakie działania podjąć. To świetna zabawa i możliwość przetestowania teorii w praktyce, zanim nasze własne problemy tak nas obezwładnią, że z trudem przypomnimy sobie swoje własne imię i nazwisko, a tym bardziej racjonalne podejście do opanowywania histerii! 

Bardzo przyjemna lektura, idealna dla fanów autorki, bo gwarantuje nam wybuchanie śmiechem co kilka stron i całkiem racjonalne podejście do problemów, z którymi zmagamy się wszyscy. 

Problemem jednak jest język książki. Ja wiem, że wulgarny tytuł nie miałby prawa zaistnieć na naszym rynku wydawniczym (za tytuł w większości wypadków odpowiada wydawnictwo, a nie tłumacz) i że dostałam egzemplarz recenzencki przed korektą, ale o, mamuniu! Szykujcie się na małą lekcję języka polskiego i warsztatu tłumacza! Chyba, że sama recenzja Wam wystarczyła, to na dzisiaj już wszystko ;)

Po pierwsze osoba tłumacząca tekst nie wyłapała wielu żartów sytuacyjnych i komentarzy kulturowych. 
(…) podczas ogromnie ważnych wyborów ludzie oddają głos na pypcia w tanim czerwonym kapelusiku.
fragment książki, str. 17
Autorka wielokrotnie i w mniej zawoalowany sposób krytykuje Trumpa, który podczas kampanii prezydenckiej nosił czerwoną czapkę z daszkiem z hasłem „MAKE AMERICA GREAT AGAIN”. Czapkę z daszkiem, baseballówkę, ale nie kapelusik. 

Knight mówiąc o ignorowaniu naszych problemów przytacza bardzo znany rysunek. Nie znajdziemy go w książce, ale jeśli ktoś korzysta z Internetu, to na pewno skojarzy go po szczegółowym opisie. Tłumaczka nie zna obrazka i nie pofatygowała się, żeby go wyszukać, przez co „This is fine” (jako sytuacja, w której znajduje się piesek) jest przetłumaczona jako „To jest dobre. To jest naprawdę dobre”.  Nie ma w tym nic dobrego. Piesek nie mówi o tym, że kawa, którą pije mu smakuje, tylko, że sytuacja, w której się znalazł, nie jest taka zła. 

W innym fragmencie książki Knight nawiązuje do innej osobistości, którą (zwłaszcza w Stanach) wszyscy wielbią. Zgadliście, to Oprah Winfrey. Knight parafrazuje słynne „You get a car! And you get a car!” jako „Ty odczuwasz emocje! I ty odczuwasz emocje!”, ale tłumaczka tego nie wyłapuje i mało tajemniczy guru nagle staje się mężczyzną. Wszystko ma rodzaj męski. Tylko nie Oprah.

W książce roi się od błędów językowych i literówek, tłumaczka nie korzysta z tyldy (tego wężyka nad ñ), tworzy kalki językowe z angielskiego, nie tłumaczy tego, co powinna (np. autorka wybiera się na mocno zakrapiany rumem rejs ze znajomymi i nazywa statek "SS Mama needs her juice". Nie jest to prawdziwa nazwa prawdziwego statku, więc swobodnie można było to przetłumaczyć). Za to raper 50 Cent stał się 50 centówkami. Brawo… A amerykańskie słówko „trunk” zamiast być bagażnikiem stało się kufrem.

Ostatnim błędem, który kłuje w oczy jest niepoprawne stosowanie konstrukcji „odnośnie”. Poprawną wersją jest „odnośnie do czegoś”. Pierwsza jest rusycyzmem i uznaje się ją za błąd. (To, że błąd jest często powtarzany, nie oznacza od razu, że przestaje nim być). Mirosław Bańko, Katarzyna Kłosińska i Jan Miodek w różnych artykułach, na wszelkich portalach językowych dodatkowo zwracają uwagę, że jest to także określenie dość oficjalne i proponują stosowanie synonimów. To oznacza, że do swobodnego stylu wypowiedzi autorki, nijak ma się ten zwrot, błędnie stosowany i powtarzający się co 3-4 strony. 

Problemy z kursywą, interpunkcją przy wyliczeniach i nieporadność przy stosowaniu niektórych zwrotów są nagminne. Ja wiem, że niektóre z tych rzeczy zostaną wyłapane przy korekcie, ale tłumacze zazwyczaj sczytują tekst po sobie. Znaczy sprawdzają go, czytają, ZANIM odeślą gotową pracę. Takie niedbalstwo wydaje się dziwne, bo tłumaczka ma na koncie już całkiem sporo przetłumaczonych książek.

Ja z wydawnictwa nie dostanę egzemplarza finalnego, ale jeśli pokusicie się na kupno książki (która przecież ma przyjemną i przydatną treść), to dajcie znać, czy takie kwiatki językowe przeszły przez korektę! Jestem bardzo ciekawa!
Wyświetl ten post na Instagramie.
Dość dawno nie czytałam żadnych poradników. A że twórczość autorki znam, to z przyjemnością rzuciłam się na najnowszy tytuł. Książka nie zawiodła, jest zabawna, pomocna i nie jest protekcjonalna. Problemem okazała się cała masa błędów językowych w tłumaczeniu! Jeśli macie czas i ochotę zerknąć, jak tłumacz ocenia tłumaczenie, to zaparzcie sobie herbatę i pędźcie na bloga! Bardzo długa recenzja już czeka! . . . . #jakuspokoićswojemyśli #sarahknight #calmthefuckdown #poradnik #wydawnictwomuza #antiguru #nofucksgivenguides #guide #bookstagrampl #takczytam #czytaniejestfajne #książkanadziś #bookworm #czytambolubie #błędyjęzykowe #tłumaczenie #warsztattłumacza #swójswegopozna #translation #lostintranslation #spring #wiosna #flowers #plantsforlife #przedpremierowarecenzja #instabooks #kochamksiążki #composition #pinkisthenewblack #flowersforspring
Post udostępniony przez Redhead in Wonderland (@redhead_in_wonderland)


Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger