Kilka lat temu dużo mówiło się o metodach wychowawczych Montessori. Wręcz na gwałt powstawały szkoły, publikowano poradniki, zakładano grupy internetowe dla rodziców, wychowawców i nauczycieli. I po trochu chyba wylano dziecko z kąpielą.
Tytuł: Montessori od narodzin
Tytuł oryginału: The Montessori Baby
Autor: Simone Davies, Junnifa Uzodike
Tłumacz: Ewa Pater-Podgórna
Rok: 2021
Wydawnictwo: Bukowy Las
ISBN: 978-83-8074-367-0
Maria Montessori opracowała metodę, gdzie rodzice dają dziecku jak największą swobodę na rozwój. Po takim zdaniu wszyscy możemy odpowiedzieć, że przecież wręcz o to chodzi! Czasy, gdy uznawano, że dzieci i ryby głosu nie mają już się skończyły, a bycie rodzicem nie oznacza terroru i zamordyzmu.
Tylko że w obecnych czasach większość jej teorii sprowadza się do komentarza, że to po prostu zdrowy rozsądek i może nie ma co udziwniać niektórych spraw na siłę.
Jak wspomniałam wcześniej, metoda Montessori stała się bardzo popularna w przedszkolach i szkołach, ale niektórzy rodzice i pedagodzy czuli potrzebę wprowadzenia jej zdecydowanie wcześniej. Stąd też pomysł na recenzowaną książkę, która podpowiada, jak traktować dziecko ze swobodą i szacunkiem już od pierwszych chwil po porodzie i we własnym domu.
Podczas lektury skrupulatnie wypisywałam racjonalne podpowiedzi, jak i absolutne brednie, które w moim przekonaniu nie mają racji bytu i zaczynają graniczyć z absurdem. Ale od plusów zacznijmy!
Według szkoły Montessori:
- rodzice powinni obserwować dziecko i jego potrzeby (na tyle, na ile noworodek czy niemowlak umie je komunikować - nawet płaczem);
- najbliżsi nie powinni mówić do dziecka piskami, infantylnym lub wręcz wymyślonym językiem - dziecko uczy się przez powtarzanie, więc od początku powinniśmy zwracać się do niego pięknym i poprawnym językiem;
- dziecko powinno dorastać w 'odgraconym' otoczeniu - im mniej, tym lepiej;
- rodzic powinien wspierać naturalny rozwój samodzielności dziecka (pozwalać np. wybierać zabawki, którymi maluch chce się bawić);
- zabawki powinny być proste - kreatywność nie wymaga ton plastiku i głośnych, wrzaskliwych melodyjek;
- nie tresujemy dziecka i traktujemy je z szacunkiem - czyli w końcu odchodzimy od znienawidzonych poleceń w stylu "daj cioci całusa", "pokaż babci, jak klaszczesz", "uśmiechnij się do pana" - dziecko może o sobie decydować, nie jest małpą w cyrku, może odmawiać, a pochwali się nową umiejętnością, gdy będzie na to gotowe!
Ale według szkoły Montessori również:
- powinniśmy noworodka/niemowlaka poprosić o zgodę na zmianę pieluszki lub wzięcie na ręce (tak, nawet przez lekarza na porodówce) - rozumiem traktować dziecko z szacunkiem, ale to trąca tym samym absurdem co fryzjer, który pyta, czy może dotknąć włosów klienta;
- nadal promuje się konserwatywne podejście, gdzie opiekunką jest tylko matka - wprawdzie autorki próbują odejść od tej narracji, ale idzie im to średnio. Osobiście nie znoszę podejścia, że ojciec pomaga przy dziecku - nie! Nie "pomaga", tylko zajmuje się i wychowuje własne dziecko. Pomóc to może przy odkręcaniu słoika, jak ktoś inny gotuje obiad. Jak słyszę te piski zachwytu, że ojciec zostaje sam z własnym dzieckiem na godzinę, to mam ochotę użyć przemocy! I to w stosunku do kobiet!
- cała przestrzeń w domu powinna być dostosowana do noworodka - nocnik wstawić już po kilku tygodniach do łazienki, stolik przy którym ma jadać zamiast przy krzesełku ustawić jeszcze zanim zacznie raczkować, materac na podłodze zamiast łóżeczka. Pozdro dla rodziców i ich kręgosłupów, gdy kilkanaście razy dziennie mają podnosić dziecko z podłogi. Pomijając sam przykład z książki, gdzie jak dziecko spadnie z materaca i zmarznie, to nic, tak ma być. A! I sztućce mamy przenieść do najniższej szuflady w kuchni, żeby brzdąc miał zabawę. No łaskawie pozwolą noże trzymać wyżej. Ale widelcem niech już się dziabnie w oko! Brak autorytarnej kontroli coś za bardzo mi tu ociera się o zwykły brak opieki.
Plusy brzmią dla mnie po prostu jak zdrowy rozsądek i bycie świadomym, nietoksycznym rodzicem. Wynotowane minusy tego podejścia wskazują mi na skrajność, która sprowadza rodzica do biernego obserwatora, a nie wychowawcy. Wolność i swoboda to jedno, ale uczenie i troska nie muszą być tak radykalnie wykreślane z rodzicielstwa.
Wiadomo, trendy (nawet w wychowywaniu dzieci) się zmieniają. Montessori na pewno była odzewem na zbyt kontrolujące nawyki pozbawione szacunku do małego człowieka. Ale zbyt szybko stała się synonimem bezstresowego wychowania, które bardzo często właśnie wygląda jak brak kontroli rodzicielskiej i pozwalanie dziecku na wszystko (łącznie z biciem rodzica czy darciem się jak nieboskie stworzenie w miejscach publicznych).
Wychodzę z założenia, że Twoje dziecko, jest Twoim problemem i odpowiedzialnością. Więc takie swobodne puszczenie go samopas i niereagowanie na zachowania złe i szkodliwe (dla niego i otoczenia) to przejaw zwykłej nieodpowiedzialności i niedojrzałości rodziców, a nie innowacyjnej metody wychowawczej. Ale cóż... czekam na lincz w komentarzach, bo to temat bardzo kontrowersyjny. Ale przy okazji daję znać, że kontynuacji tej książki (czyli Montessori w twoim domu) nawet nie mam zamiaru przekartkować. 😆

Ciekawa recenzja. Mam podobne wrażenie, że wiele z tych założeń to po prostu zdrowy rozsądek ubrany w modną nazwę, a między szacunkiem do dziecka a brakiem jasnych granic jest cienka linia, którą łatwo przegapić. Dobrze ujęłaś te paradoksy.
OdpowiedzUsuń