piątek, 29 maja 2015

Córka zjadaczki grzechów

Tytuł: Córka zjadaczki grzechów
Autor: Melinda Salisbury
Rok: 2015

Książkę pochłonęłam w dwa dni. Plus zarwałam dla niej noc. I tutaj nawet nie chodzi o to, że czyta się ją bardzo szybko. Fabuła naprawdę zaczyna wciągać. 

Głowna bohaterka jest naznaczona przez Bóstwa. Jest wyjątkowa, bo może poślubić księcia. Ale ta wyjątkowość przede wszystkim objawia się tym, że jej dotyk zabija. Na dworze, na którym mieszka pełni funkcję kata. Nie tak zaczynają się opowieści o następcach tronu. Duży plus za odejście od wizerunku nieskalanej księżniczki, której świat się wali, bo złamała paznokieć albo koń się spłoszył.
Twylla ponadto jest córką zjadaczki grzechów. Autorka poszperała trochę w dawnych wierzeniach i wyciągnęła na światło dzienne zwyczaj zapomniany, ale autentyczny.

Cytując informację prasową i Wikipedię:
Zjadacz grzechów - osoba, która poprzez rytualne spożycie pożywienia i napoju bierze na siebie grzechy innej osoby, często będącej na łożu śmierci, uwalniając jej duszę od złych uczynków i pozwalając jej odejść w spokoju. Uważa się, że rytuał zjadania grzechów był praktykowany w niektórych rejonach Wielkiej Brytanii i przetrwał tam do wczesnych lat XX wieku. Encyclopeadia Britannica pod hasłem "sin eaters" podaje przykłady podobnych zwyczajów w innych częściach Europy. 

Uważam tę informację za szalenie ciekawą i nie posiadałam się z radości, kiedy zobaczyłam, że autorka zrobiła dokładny research! W książce znajdujemy również opisy jakie jedzenie odpowiada za jaki grzech! Grzechom pospolitym odpowiadają takie same potrawy. Im gorsze przewinienia, tym bardziej wykwintna i oryginalna strawa! 


Dodatkowym godnym uwagi zabiegiem jest wykorzystanie kwiatów. Początkowo nie mają one dla nas większego znaczenia, ale ostatnie zdanie w podziękowaniach zmusza nas do przeanalizowania ich zastosowania przez całą książkę. Aby ułatwić nam zadanie, Salisbury podpowiada nam, aby zastosować wiktoriański język kwiatów. Lawenda zatem oznaczać będzie nieufność, irysy - sekretną wiadomość, a mak... to sobie sprawdzicie sami tutaj! :)

Postać głównej bohaterki skonstruowana jest bardzo zgrabnie. Powoli dowiadujemy się jak się znalazła na dworze, jakie ma relacje z bliskimi jej ludźmi i jakie ma wzorce do naśladowania. Plus za to, że nie jesteśmy w pierwszym rozdziale zasypani informacjami, które później nijak się mają do fabuły. Nie, tutaj wszystko idzie zgrabnie. Do tego stopnia, że w pewnym momencie jesteśmy tak samo zaskoczeni i zagubieni jak nasza bohaterka i zwroty akcji autentycznie robią wrażenie. A przynajmniej na mnie zrobiły.
   
Przyznaję, że brałam tę pozycję do ręki dość sceptycznie, bałam się, że to kolejna lektura dla młodzieży, która stara się być namiastką dobrej książki. Zwłaszcza, że to pierwsza książka Salisbury, która jest dość młoda. I rzeczywiście na początku trochę mierził mnie język. Zdania są krótkie, dość urywane i pisane w czasie teraźniejszym. Niektóre opisy zdarzeń zatem wydawały mi się dość mechaniczne, ale nie ma dłużyzn. Postacie drugoplanowe są bardzo płytkie, a imiona, które pojawiają się dopiero po kilkudziesięciu stronach od wprowadzenia bohatera mogą nagle wprowadzać zamęt, bo nie wiemy do kogo adresowana jest wypowiedź!
Jednak nie stanowi to większego problemu w momencie, gdy romans tak się rozwija, że nie możemy odłożyć książki i iść spać, bo chcemy wiedzieć co się stanie w następnym rozdziale! Z zadowoleniem zatem czytałam po parę razy sceny i dialogi, które podnosiły mi poziom romantyzmu we krwi. Tym bardziej zaskakujące okazuje się zakończenie i epilog!

Nie będę zdradzać więcej szczegółów fabuły! Mogę napisać jeszcze, że dodatkową zaletą jest dojrzałość samej autorki, która wprowadza pojęcie manipulacji, ambicji, władzy i religii w bardzo przemyślany sposób!

Jak się pewnie domyślacie obserwując współczesne trendy rządzące tego typu powieściami, Salisbury planuje stworzyć trylogię. Czy jednak będzie to kontynuacja losów bohaterów z tego tomu, nie do końca jest dla mnie jasne, bo krótka notka na końcu zdradza, że w drugim tomie "młoda zielarka walczy, by uratować swojego ukochanego". Cóż... nie pozostaje mi chyba nic innego jak czekać na kolejną książkę. :)

Dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za mój egzemplarz, a Wy pędźcie do księgarni, bo Córka zjadaczki grzechów już od 3 czerwca będzie dostępna w sprzedaży :)


środa, 27 maja 2015

The Witch

Tytuł: The Witch (English)
Autor: Thomas Middleton
Rok: ?

Z podaniem roku jest pewien problem, ponieważ tragikomedia ta powstała około 1609-1616, ale oficjalnie została wydana dopiero w roku 1778.
Sztuka zagmatwana, przedstawiająca świat, w którym wszyscy kłamią, spiskują i coś knują. Postaci jest tak dużo, że aż do Aktu III musimy co chwila zerkać na pierwszą stronę, aby sobie przypomnieć kto jest kim i jakie go wiążą relacje z innymi bohaterami. 

Tytułowa wiedźma, jak i jej towarzyszki, jest postacią jednocześnie seksowną i odrażającą, trochę zabawną, ale cały czas to wiedźma, która obdarzona jest ogromną mocą. Bohaterowie przychodzą zatem wbrew sobie po jej pomoc (impotencja, śmierć, zaklęcia miłosne, niszczenie plonów, topienie statków, prosić można o wszystko)! 

Lecz gdyby nie ingerencja sił nieczystych i nadnaturalnych, to nasze rozwrzeszczane, kłamliwe i rozwiązłe towarzystwo i tak znalazłoby sposób na osiągnięcie wcześniej zamierzonych celów i skutecznego zakończenia swoich intryg. Bo widzimy, że taką już mają naturę.
Ogólnie sztuka wypada marnie. Gdyby nie obecność czarownic, to na usta cisnęłoby mi się jedynie słowo "gniot". O dziwo, bardzo popularny w swoich czasach gniot, zwłaszcza, że po sukcesie Makbeta społeczeństwo jest już obeznane z czarownicami na scenie, mimo że tutaj prezentują się one w zupełnie innej odsłonie. Co więcej, trzeba przyznać, że obaj dramatopisarze poczytali trochę zanim zabrali się za temat tak drażliwy w ich czasach. Middleton opiera swoją wiedzę na rzetelnych tekstach źródłowych, takich jak na przykład the Discovery of Witchcraft Reginalda Scota, co oznacza, że imiona demonów i czarownic nie są przypadkowe. Ba! Nawet składniki eliksirów i zaklęcia są oryginalne!

Plus za to. Ale ogólnie wrażenia mierne.

piątek, 22 maja 2015

W mocy ducha

Obiecuję, że to już... przedostatni tom tego cyklu!

Tytuł: W mocy ducha
Autor: Richelle Mead
Rok: 2010

Aby zacząć czytać ten tom raczej zmusiły mnie terminy w "Bule", niż sama chęć dowiedzenia się co dalej będzie się działo z Rose Hathaway. Ale już pierwsze 50 stron pokazuje, że coś się w książce zmieniło. Wprawdzie autorka wydaje swoje opowiastki już od 2007 i dochodzi nawet do 3 lub 4 książek rocznie, to dopiero w 5 tomie Akademii wampirów styl pisania zaczyna dojrzewać! Już pierwsze 50 stron świadczy o tym, że ten tytuł różni się od poprzednich chociażby językowo. Styl pisania jest bardziej dojrzały, wprawdzie nadal brzmi to jak fanfiction, ale jest to fanfiction trochę wyższych lotów. Stawiam zatem dużego plusa za estetykę języka. 

Również nawiązanie do poprzednich tomów jest zrobione bardzo zgrabnie. Wiecie, że zwracam na to szczególną uwagę i zawsze drażnią mnie pierwsze rozdziały nafaszerowane streszczeniem wcześniejszych książek cyklu. Tutaj autorka wspomina raczej o starych wątkach jedynie wtedy, kiedy są one naprawdę istotne dla fabuły, słusznie wychodząc z założenia, że jeśli ktoś sięgnął po tę pozycję, to zapewne wie co się działo w życiu małej dampirzycy.
Tutaj niestety chyba plusy się kończą, bo autorka znów wprowadza akcję lub postacie bez ładu i składu. Naszej bohaterce udaje się wszystko, a nawet jak wpada w tarapaty, to wychodzi z nich bez szwanku. Np. kradnąc akta wpada na strażnika, który (wow!) okazuje się być jej znajomym i przepuszcza ją w drzwiach. Z drugiej strony natomiast niektóre rzeczy są absolutnie wyparte z pamięci, jak fakt, że Rose, obdarzona pocałunkiem cienia, widzi duchy. A raczej bardzo stara się ich nie widzieć. O ile był to całkiem istotny problem w trzecim tomie i bardzo pomocny zabieg w czwartym, to na prawie 500 stron piątej książki, może kilka zdań zostało na ten temat powiedzianych.

Autorka bardzo usilnie stara się wprowadzać elementy folkloru europejskiego, wrzucając do swojej fabuły elementy rosyjskie, rumuńskie i nawet romskie (poprawność polityczna pokreślona również w książce). Opisuje nawet rytuał Pustej Nocy, ale z przerażającą niezdarnością wpisuje tę tradycję w niewłaściwy rejon Starego Świata, twierdząc że pochodzi on z Rumunii. Niestety trafia tym jak kulą w płot, ponieważ akurat ten kraj nie należał do wspólnoty bałtosłowiańskiej, w której tradycja ta się utrzymywała, co można przeanalizować pod kątem nie tylko kulturowym, ale też jezykoznawczym. (Rumuński należy do grupy języków romańskich). Aby to ustalić, wystarczy nam podstawowa znajomość działania wyszukiwarki Google i umiejętność czytania Wikipedii. Autorka strzela sobie w kolano, dając świadectwo tego jak niewiele Amerykanie wiedzą o Europie. 

Mapa języków bałtosłowiańskich:
Rytuał ten jednak opisany jest w taki sposób, że same postacie książki muszą wyrazić swój niesmak na ten temat.

- Żenada. (...) Nie wiem czy braliśmy udział w pogrzebie, czy jakimś obrzędzie satanistycznym. Nieudolna próba połączenia jednego i drugiego. 

Chapeau bas dla autorki! Nie ujęłabym tego lepiej. 

Kolejnym irytującym aspektem książki może być to, że bohaterki, cokolwiek by się nie działo, zawsze potrafią dostrzec jak "cholernie seksowni" są mężczyźni, którym oddały swoje serca. Nieważne, czy zbierają małą armię, aby odbić zakładników, czy ich wybranek mówi wprost, żeby trzymały się od nich z daleka, Rose albo Lissa oddają się namiętnym pocałunkom lub przynajmniej erotycznym fantazjom w najmniej sprzyjających momentach. Zdrowy rozsądek podpowiada, że nikt normalny by się tak nie zachowywał, jednak chyba nie ma co tutaj o nim wspominać.

Autorka tak bardzo skupia się na podkreśleniu tego jak arystokracja wampirów (morojów) odróżnia się od niższej rasy dampirów, że wszystkich z pierwszej grupy ubiera w jedwabie. Wszystkich. Od bielizny po sukienki. Oczywiście obcisłe i podkreślające krągłości. Żenująca próba naszkicowania zwyczajów i upodobań arystokracji wyraża raczej tęsknotę autorki za luksusem niż autentyczne preferencje wyższych klas. 

I wbrew sobie muszę przyznać, że przeczytam kolejny, ostatni tom. Cokolwiek złego bym nie mówiła o tych książkach, to autorka w końcu sprawia, że zaczynamy lubić Rose Hathaway, a co ważniejsze, potrafi zostawić taki cliffhanger na końcu każdej swojej pozycji, że po prostu nie możemy przejść obojętne nad kolejnym tomem.

poniedziałek, 18 maja 2015

10 książek, które odmieniły moje życie

Pamiętacie łańcuszek, który krążył po Facebooku w tamtym roku? Z zainteresowaniem patrzyłam jak wielką cieszył się on popularnością wśród społeczeństwa, które rzekomo nie czyta. Wprawdzie co do niektórych osób miałam poważne podejrzenia, że książek unikają jak diabeł wody święconej, to i u nich znalazłam wpisy ucierające mi nosa.

Co równie interesujące, okazywało się wtedy, że ludzie porywają się na książki popularne, ale również ambitne. Bardzo. Moja tablica została obsypana tak wysublimowanymi tytułami, że zaczęłam się poważnie zastanawiać czy warto publikować moją listę. Listę, która jest szczera i spontaniczna, a nie pisana pod publikę w celu podniesienia swojego potencjalnego ilorazu inteligencji w oczach znajomych.

Dzisiaj jednak zdobywam się na odwagę i publikuję własny, spóźniony spis książek, które odmieniły moje życie. Kolejność pozycji jest całkowicie przypadkowa. Od razu również uprzedzam, że nie będę streszczać fabuły, a jedynie uzasadniać, czemu takie, a nie inne tytuły wybrałam.

1.
Tytuł: Rebeka
Autor: Daphne du Maurier
Jest to pierwsza książka, która przychodzi mi do głowy jeśli myślę o zmianach w moim życiu. Jest to niezbite świadectwo, że gotyk towarzyszył mi od najmłodszych lat. Powieść została podsunięta mi przez mamę, która nie spodziewała się jak wielkie wrażenie zrobi na mnie fabuła. Miałam wtedy zaledwie paręnaście lat i gdy skończyłam książkę, nie mogłam przestać o niej myśleć. Do dzisiejszego dnia mam wyryte w pamięci sceny i dialogi! Pierwsza książka, którą tak mną wstrząsnęła. Pierwsza książka, która nie dawała mi spać po nocach. Pierwsza książka, która wzbudziła we mnie ogromną fascynację i emocje.

Uwaga dla zainteresowanych: przeczytajcie ostatnie zdanie książki, a następnie pierwsze i powiedzcie mi, że nie zamyka Wam to książki w piękne koło? :)

2.
Tytuł: Ojciec chrzestny
Autor: Mario Puzo
Była to ulubiona książka mojego ukochanego człowieka na ziemi. Wartka akcja, męski, konkretny język. Pierwsza książka Puzo, którą przeczytałam. Co więcej przeczytałam ją, nie tyle aby uczcić pamięć, ale raczej sprawić przyjemność osobie, która była nią tak zachwycona. Niestety przeczytana za późno, aby móc wymienić spostrzeżenia i pogrążyć się w jeszcze jednej wartościowej i wzbogacającej dyskusji. Książkę jednak pokochałam tak samo mocno jak osoba, która mnie zainspirowała do jej przeczytania.

3.
Tytuł: Błękitny zamek
Autor: Lucy Maud Montgomery
Książkę tę już opisałam na blogu i każdy, kto odnalazł wpis z nią związany, wie jak ważna jest dla mnie ta pozycja. Kiedyś nie przeczytanie jej przynajmniej raz w roku było dla mnie niewybaczalnym występkiem. Książka, która była ucieczką od rzeczywistości, która była moim własnym Błękitnym zamkiem. Dosłownie.

4.
Tytuł: Jane Eyre
Autor: Charlotte Bronte
Moja święta księga. Czytana wielokrotnie zarówno po polsku jak i w oryginale. Jest dla mnie definicją idealnej książki. Mogę jej bronić na ślepo i do upadłego. Za każdym razem, gdy po nią sięgam odnajduję tak potrzebne mi pokłady romantyzmu i tajemniczości.

Ciekawe jest to, że aż do ubiegłego roku, gdy to natknęłam się na artykuł akademicki z tą pozycją związany, nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo fabuła jest zbliżona do Rebeki! Ten drugi tytuł nawet był podejrzewany o bycie plagiatem tej klasycznej powieści! Dla mnie zawsze stanowiły dwa osobne dzieła, jednak dostrzegam teraz podobieństwa, które tak bardzo do mnie przemawiają na korzyść obu książek.

5.
Tytuł: Tajemniczy ogród
Autor: Frances Hodgson Burnett
Książka, która uświadamia, że inaczej patrzy się na świat jako dziecko i inaczej jako dorosły. Prawda jest tak oczywista, że aż śmieszna, jednak bardzo często zapominana. Książka, z którą nie umiałabym się rozstać, do której wracam po polsku i w oryginale. To ona karmiła moje dziecięce fantazje i przypominała o marzeniach już w dorosłym świecie.

6.
Tytuł: Harry Potter (cykl)
Autor: J.K. Rowling

Nie będę się tego wypierać. Każdy czytał Harrego Pottera. Moje pokolenie z tymi książkami dorastało, czekało na nowe tomy i pasjonowało się (lub bulwersowało) ekranizacjami. Książka która trafiła w moje ręce znów za sprawą mamy, której polecono pierwsze dwa tomy w Świecie książki. To cykl, do którego wielokrotnie wracam, przez który zapominałam o szkolnych wycieczkach i pracach domowych. Ale przede wszystkim książki, do których miłości się nie wstydzę, a które pokazują jak wielkie znaczenie ma przyjaźń.

7.
Tytuł: Historyk
Autor: Elizabeth Kostova

Książka mroczna, o Drakuli, ale opisana w tak wciągający, rzeczowy i autentyczny sposób, że grzechem byłoby porównywanie jej do współczesnej literatury o wampirach. Nie ma w niej nic ckliwego, nastoletniego i tandetnego. Fabuła wciąga, nie mogłam spać po nocach. Książka, która pokazała mi, że warto czytać i to wcale nie głupie, że lubimy wampiry. Wszystko zależy od autora.

8.
Tytuł: Przeminęło z wiatrem
Autor: Margaret Mitchell

Bo to święta księga rodzicielki. Nie mogłabym pewnie mieszkać pod tym samym dachem co moja mama, gdybym nie pochłonęła tej książki jednym tchem. Klasyk, którego trzy opasłe tomy połyka się na raz. To samo w sobie świadczy, że książka jest rewelacyjna. Książka, której przeczytanie uniemożliwiło mojej mamie wydziedziczenie mnie! :) Ale jednocześnie książka o dziewczynie, która tak pięknie się zmienia, dojrzewa i ewoluuje w dojrzałą i silną kobietę, że stanowi przykład do naśladowania.

9.
Tytuł: Anima vilis
Autor: Maria Rodziewiczówna
Jeden z wielu tytułów tej autorki, które pochłaniałam w szkole, ale jedyny który obudził we mnie kryminalne zdolności wynoszenia książek z biblioteki... na stałe... Podobno to rodzinne. Większych wyrzutów sumienia nie mam, ponieważ książki nikt nie wypożyczał przez ostatnie 30 lat i uważam, że ja zaopiekuję się nią lepiej :)

10.
Tytuł: Noc i ciemność
Autor: Agatha Christie
Może to nie o samą książkę chodzi, choć fabuła jest ciekawa, lecz o cytat, który autorka zamieściła na początku. To dzięki niej poznałam Wróżby niewinności Williama Blake'a, które rozbudziły we mnie wszystkie mroczne instynkty. Wiersz porusza mnie za każdym razem, gdy do niego wracam. Porusza silnie i do głębi.

Z bólem serca przyznaję, że kilka pozycji nie zmieściło mi się na tej liście. I tak uważam za ogromny plus rozszerzenie jej aż do 10 książek. Mimo wszystko jednak wydaje mi się, że pytanie o książki, które odmieniły moje życie jest bardziej racjonalne niż pytanie o ulubioną lekturę. Jak to? JEDNĄ? To prawie jak spytać matkę, które dziecko kocha bardziej. Albo w ogóle.

Post wszedł długi, ale mam nadzieję, że treściwy. 
Przy okazji informuję, że Redhead wkroczyła na Facebooka i bardzo proszę o polubienie mojej strony :)

poniedziałek, 11 maja 2015

Zaklęty dwór

Ostatnio szperałam sporo w internecie w poszukiwaniu blogów o podobnej tematyce. O dziwo takich stron jest całe mnóstwo, a wiele z nich ma zdecydowanie dłuższą historię niż moja. Jest to godne podziwu, bo systematyczność jest najbardziej pożądaną cechą w prowadzeniu bloga. 

Jednak przeglądając kolejne i kolejne strony, zdałam sobie sprawę, że na tyle pozycji, które są zarówno dostępne w księgarniach i bibliotekach, to książki nowe mają największą popularność. Na forach czytelniczych często spotykamy prośby, aby książka nie była starsza niż 5-10 lat. 

Z jednej strony rozumiem chęć bycia na bieżąco z nowinkami wydawniczymi i śledzenia trendów. Ale czy tylko o to chodzi? Czy książka, która jest starsza od nas skazana jest na uprzedzenia? Bo to już nieaktualne? Takie nurty już przebrzmiały? Bo jak książka ma 100 lat, to albo język jest nie do przebrnięcia, albo to na pewno lektura! A lektur unikamy jak ognia. Bo czytać lubimy, owszem, ale dopóki nam ktoś nie narzuca książki.

Ja tym razem jednak postanowiłam nie oglądać się na trendy. Może nie porwałam się na klasykę, ale książka, którą właśnie skończyłam ma 156 lat!
 
Tytuł: Zaklęty dwór
Autor: Walery Łoziński
Rok: 1859

Książkę wypożyczyłam na życzenie mamy, bo w jednej z naszych rozmów padł temat serialu, który w roku 1976 został zrealizowany właśnie na podstawie tej powieści. Z początku nie miałam ochoty jej przeczytać. Doszłam do wniosku, że mam co robić. Dlatego, kiedy mama skończyła lekturę, książka trafiła w ręce babci, która równie szybko ją przeczytała. Terminy w 'Bule' zaczęły mnie gonić i zaczęłam się zastanawiać czy zdążę jeszcze przeczytać tę książkę. Dałam jej szansę i tak jak zawsze postanowiłam, że pierwsze 30 stron zadecyduje. 

Początek był trudny. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że książka, która ma półtora wieku jest pisana zupełnie innym stylem. Ale po parunastu stronach można przywyknąć. Narracja jest wartka, opisy krótkie i rzeczowe, a tajemnica, która osnuwa tytułową posiadłość zaczyna nas interesować coraz bardziej.

Sama zdziwiłam się faktem, że trudno mi było książkę odłożyć na półkę. Rozdziały są krótkie, ponieważ książka początkowo ukazywała się w czasopiśmie Dziennik literacki. I mimo że podstawowe informacje, które o tej książce zdobyłam pochodzą z Wikipedii, są one warte uwagi.

Powieść uchodzi za pierwszy polski utwór o charakterze sensacyjno-przygodowym. Zawiera również watki obyczajowo-satyryczne. Pierwotnie miała stanowić pierwszą część trylogii poświęconej wydarzeniom powstania krakowskiego, jednak przedwczesna śmierć autora uniemożliwiła dokończenie tego zamierzenia.

Widać ślady cenzury austriackiej i to, że książka miała być rozwinięta. Samych zrywów patriotycznych w niej nie znajdziemy, wszystko jest jakby napisane dookoła tematu. Autor raczej skupia się właśnie na wątkach przygodowych. Akcja rozgrywa się w roku 1845, co tworzy wstęp do oparcia potencjalnych kontynuacji na faktach historycznych (mam nadzieję, że wszyscy pamiętamy z lekcji historii co się działo w roku 1846).

Szczegółów fabuły nie będę zdradzać. Osoby zainteresowane odsyłam do podanego wyżej linka. Moje własne wrażenia jednak opierały się głównie na zdziwieniu. Jak już wspominałam, zdziwiona byłam tym, że książka napisana jest tak wartko. Zdziwił mnie jej status jako powieści sensacyjno-przygodowej. Dziwi mnie swada i lekkość, ponieważ za młodu zaczytywałam się Rodziewiczówną i uznałam, że patos towarzyszący wielkim ideom narodowowyzwoleńczym nie pozwala traktować historii inaczej. Następnym szokiem była dla mnie intertekstualność. Mamy wspomnianego np. Ostatniego Mohikanina czy Marcina podrzutka, ale również odwołania do traktatów powstałych w starożytnym Rzymie! Nie wiem czy zasługą wydawnictwa, czy samego autora są liczne przypisy, ale i one mnie zaskoczyły. Nie były długie i nużące. I przede wszystkim były bardzo pomocne i ciekawe! Kto teraz potrafiłby rozszyfrować nazwy urzędów w rozbiorach? Kto potrafiłby przetłumaczyć wszelkie wtrącenia - łacińskie, francuskie lub niemieckie? A co więcej, czy ktoś znałby ich genezę?

Jednym z przypisów, który uważam za niezwykle ciekawy jest:
ab ovo (łac.) - od samego początku: wyrażenie przysłowiowe, wywodzi się z: ab ovo Ledae, "od jaja Ledy rozpoczynając", tj. opowiadać o wojnie trojańskiej od samego początku, od chwili, gdy z jaja jakie Zeus ofiarował Ledzie, wyłoniła się Helena 
Ale to może znów uwarunkowane jest moim zamiłowaniem do mitologii greckiej. 

Na koniec zdziwiłam się, że to polski autor dokonał tych wszystkich wprawiających w osłupienie rzeczy. Może zabrzmi to mało patriotycznie, ale książki polskie często mnie nużyły i rozczarowywały. A jeszcze częściej denerwowały. Nie spodziewałam się w pozycji tak wiekowej znaleźć tyle przyjemnych charakterystyk. 

Ogromny plus, wielka niespodzianka i dzika satysfakcja, że nie oddałam do biblioteki książki nieprzeczytanej!

poniedziałek, 4 maja 2015

Grecka mitologia współcześnie

Tytuł: Percy Jackson. Morze potworów
Autor: Rick Riordan
Rok: 2006

Już od dawna polowałam na pierwszy tom cyklu Percy Jackson i bogowie olimpijscy, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć. Na pewno część osób będzie pamiętała jego ekranizację - Percy Jackson i złodziej pioruna. W rolę główną wciela się Logan Lerman, ale na ekranie towarzyszą mu bardziej znane gwiazdy, jak choćby Pierce Brosnan, Uma Thurman lub Sean Bean! 
Dzięki uprzejmości mojego Wikinga, który dorwał w swoim pokoju nauczycielskim drugi tom, mogłam poznać styl lektury, na którą miałam ochotę już od wielu lat. Bo przyznam, że oba filmy obejrzałam z ogromnym zapałem! Nie wiem czy to moja miłość do mitologii greckiej tak się objawia czy po prostu te filmy są naprawdę dobre. Trochę odbiegają one od fabuły, stwarzając kino lekkie, przygodowe i emocjonujące. A tego przecież oczekujemy!

Morze potworów jest kontynuacją i zarazem osobną historią. Wszystko nam się ładnie komponuje z historią z pierwszego tomu, ale jednocześnie główny wątek walki z tytanem Kronosem jest gdzieś w tle. Tzn., to właśnie ten wątek generuje nam wszystkie wydarzenia, ale przygody, które przeżywamy z głównym bohaterem same w sobie są interesujące. 

Rozdziały są krótkie, mają około 15-20 stron i każdy z nich przedstawia jedną zamkniętą scenę. Czujemy się prawie, jakbyśmy oglądali film, ponieważ każdy rozdział ma punkt kulminacyjny i płynnie przeprowadza nas do innego miejsca lub sytuacji, która przedstawiona zostanie dopiero w następnym rozdziale. 
Głównym założeniem książki jest przybliżenie współczesnej młodzieży mitologii greckiej w łatwy do strawienia sposób. Kto z nas nie próbował zabrać się za czytanie Parandowskiego i poddał się? Tę książkę czyta się natomiast łatwo i przyjemnie. Ponieważ ośrodek mocy całego świata przenosi się do Stanów Zjednoczonych, to Olimp usytuowany jest na Empire State Building. Bogowie jednak nadal gustują w śmiertelniczkach i tak jak w starożytności mamy do czynienia z herosami półkrwi. Jednym z nich jest właśnie Percy. Inne postacie z mitologii również dostosowały swoje umiejętności do czasów współczesnych. Np. Hermes dostarcza boskie przesyłki, a Mojry... No właśnie Mojry :D

"Taksówka pomknęła przez zachodni Broadway.
 - Uwaga! Na lewo! - zaskrzeczała siedząca pośrodku starucha.
 - No cóż, gdybyś cała mi oko, Nawałnico, mogłabym to zobaczyć! - zwróciła jej uwagę kierująca samochodem.
Chwileczkę. Gdyby dała jej oko?
Nie miałem czasu na pytania, ponieważ taksówka wykonała ostry skręt, żeby wyminąć nadjeżdżającą z naprzeciwka furgonetkę dostawczą, wjechała na krawężnik z podskokiem, od którego zagrzechotały mi zęby, po czym popędziła dalej przed siebie. 
 - Sekutnico! - odezwała się do kierującej trzecia starucha. - Dawaj monetę dziewczyny! Chcę ją ugryźć. 
 - Gryzłaś poprzednią, Wścieklico! - odpowiedziała ta, której na imię było Sekutnica. - Tym razem moja kolej!
 - Nieprawda! - wrzasnęła starucha imieniem Wścieklica.
 - Czerwone! - ryknęła środkowa, nazwana wcześniej Nawałnicą. 
 - Hamulec! - zawyła Wścieklica.
Sekutnica jednak nacisnęła mocniej gaz i przejechała po krawężniku, z piskiem wpadając za róg i przewracając stojak z gazetami. Mój żołądek pozostał jakieś dwie przecznice za nami."
Przyznam szczerze, że gdybym miała 10 lat mniej, to pożarłabym wszystkie tomy na raz. Jednak nawet teraz Morze potworów pochłonęłam w dwa dni. I uznaję te dwa dni za bardzo dobrze spożytkowane. Fajna rozrywka, książka, która na pewno nie nudzi (a może nawet trochę za dużo w niej akcji?). 

Nie będę już szaleć w poszukiwaniu kolejnych tomów. Z przyjemnością obejrzę kolejne ekranizacje. Ale jeśli gdzieś mi w ręce wpadnie inna książka z tego cyklu, to na pewno przeczytam ją z przyjemnością!

piątek, 1 maja 2015

Ja, inkwizytor

Po emocjonalnym wyniszczeniu, które się dokonało za sprawą Sapkowskiego przyjaciółka poleciła mi przeczytać jedną z książek Jacka Piekary, który pisze o podobnej tematyce. Czytanie pożyczonych książek jest dla mnie zawsze zupełnie innym przeżyciem. Taka książka bowiem ma już swojego właściciela, była czytana przez osobę, którą znam, może ma jakąś własną historię, która nie jest zapisana na jej stronach. To co innego niż czytanie książki, którą kupiło się w sklepie, którą odkrywamy po raz pierwszy naginając okładkę i rozkoszując się zapachem świeżego druku. Co innego również książki w bibliotece, które cierpliwie czekają aż ktoś zechce zapoznać się z opowieściami, które kryją się pomiędzy poszarpanymi okładkami.

No ale wróćmy do Piekary!

Tytuł: Ja, inkwizytor. Bicz boży
Autor: Jacek Piekara
Rok: 2011

Cykl Inkwizytorski tego autora składa się głównie ze zbiorów opowiadań i zaledwie kilku książek, które samodzielnie tworzą rozbudowaną opowieść. Chronologia wydarzeń w całej kolekcji wskazuje na to, że porwałam się na tom IV. Nie mam zatem porównania, ani dokładnej wiedzy co mnie ominęło lub jakie informacje z całego uniwersum okazałyby się przydatne do lepszej interpretacji książki. 

Jednak nawet nie znając wcześniejszych wątków książkę czyta się szybko i z zapałem. Nie dostrzegamy dłużyzn, które często można znaleźć w kontynuacjach. Dłużyzn, które próbowałyby nam przybliżyć wydarzenia opisywane we wcześniejszych pozycjach. Za to plus!

Jak zaczęłam czytać książkę, a było to zaraz po skończeniu Trylogii husyckiej poczułam się oburzona! Jak ktoś ma czelność ściągać z Sapkowskiego tematykę książek? Dlaczego ktoś chciałby żerować na researchu i wiedzy, którą autor Wiedźmina prezentuje nam w opowieści o Reynevanie. Jak to? Byłam naprawdę zła. 
Po paru stronach jednak ochłonęłam i zdałam sobie sprawę, że Bicz boży ma zupełnie inny charakter. I jest pisana zupełnie innym stylem. Również zakres wiedzy autora jest zdecydowanie uboższy i ciekawostki historyczne są jedynie drobnym smaczkiem dodającym książce poważniejszego charakteru. 

Prawie 200 stron pochłonęłam jednego dnia. Fabuła oparta jest na detektywistycznych zagadkach, które rozwiązuje inkwizytor. Książkę czyta się szybko przede wszystkim dlatego, że przypominała mi ona grę przygodową. Po znalezieniu odpowiedniego przedmiotu i porozmawianiu ze wszystkimi osobami dookoła, przechodzimy do innej "planszy", do innego miasteczka lub pomieszczenia. Wszystko to odbywa się sprawnie i logicznie.

Ale gdy zostaje nam do końca około 140 stron, okazuje się, że autor zmienia koncepcję na książkę. Fabuła porzuca logikę do tego stopnia, że miałam wrażenie, że zapomniano przekazać do druki cały rozdział! Nagle wracamy do jakiejś postaci, o której dawno zapomnieliśmy i musimy wrócić się o 300 stron, aby przypomnieć sobie o kim tak naprawdę mowa. Dlaczego nagle nasz bohater odwiedza tego człowieka nie wiemy! Ma to nam być wyjaśnione, ale aż do końca nie dowiadujemy się skąd nasz bohater wpadł na pomysł, aby podejrzewać taką, a nie inną osobę. 

Co więcej okazuje się, że owszem, wiemy kto zabijał, wiemy też dlaczego. Ale nagle nasz bohater zostaje odsunięty od śledztwa i zaczyna dogadywać się z mordercą. Wygląda to tak, jakby Piekara znudził się w połowie fabułą, którą stworzył i doszedł do wniosku, że nieważne są wydarzenia, które opisywał przez 3/4 książki.

Sam styl może być postrzegany jako zabawny, jednak według mnie z kart książki wyłania się obraz zarozumiałego buca i tak zapatrzonego w siebie idioty, że momentami robi się niesmacznie. Ironiczna skromność, którą narrator co kilka stron podkreśla zaczyna irytować, a zdjęcie autora zamieszczone na zagięciu okładki podsuwa myśl, że facet jest takim samym zadufanym typem jak postać, którą wykreował. 
Książka zalatuje elementami skopiowanymi z Sapkowskiego i Dana Browna, ale jednak nie dorasta im do pięt. Co piątą stronę dowiadujemy się jak to księża opływają w dostatki i chędożą wszystko co się rusza i na drzewo nie spierd*ala. Sodomici gustujący w chłopięcych odbytach również są napiętnowani, a kobiety.. 

"- Łajdaczą się kobiety. (...) Mężczyzna co najwyżej daje upust zgromadzonej w nim chuci, by oczyścić w ten sposób z żądzy ciało oraz umysł. A wiedzcie, że to wszystko ma na celu (...) lepsze służenie sprawom duchowym. Wyrzucenie nasienia jest podobne do wylania oliwy na wzburzone morskie fale, lecz w tym wypadku mówimy o sztormie morskiej chuci, który należy gasić fizycznym aktem, aby uspokoić umysł i spokojny już wykorzystać do zbożnych celów...
(...)
- Czyli podsumowując: chędożysz dziwki, żeby być lepszym chrześcijaninem... Cóż, zajmujące podejście."

Książka ocieka ironią i krytyką księży, jednak sarkazmu jest tak dużo, że przestaje śmieszyć i nie wygląda jak inteligentne wtrącenie, ale jakby autor wykrzykiwał: "Spójrzcie jaki jestem bystry! Jak cwanie ukryłem swoje komentarze! Ha! Ale się spisałem!"

No i chwali mu się, bo książki się kupuje i czyta. I wbrew mojemu zniesmaczeniu muszę przyznać, że pozycję tą uznaję za dobrą rozrywkę! Nawet chętnie przeczytam inne książki o Mordimerze Madderdinie ;) 

Wydanie również jest ciekawe, ponieważ strony zafarbowane są tak, abyśmy mieli wrażenie, że czytamy starą książkę, a ilustracje są prawie niespotykanym już dodatkiem!

Specjalne podziękowania dla Marty, która prowadzi bloga Polaca en Galicia, a od której książkę mogłam pożyczyć!