piątek, 1 maja 2015

Ja, inkwizytor

Po emocjonalnym wyniszczeniu, które się dokonało za sprawą Sapkowskiego przyjaciółka poleciła mi przeczytać jedną z książek Jacka Piekary, który pisze o podobnej tematyce. Czytanie pożyczonych książek jest dla mnie zawsze zupełnie innym przeżyciem. Taka książka bowiem ma już swojego właściciela, była czytana przez osobę, którą znam, może ma jakąś własną historię, która nie jest zapisana na jej stronach. To co innego niż czytanie książki, którą kupiło się w sklepie, którą odkrywamy po raz pierwszy naginając okładkę i rozkoszując się zapachem świeżego druku. Co innego również książki w bibliotece, które cierpliwie czekają aż ktoś zechce zapoznać się z opowieściami, które kryją się pomiędzy poszarpanymi okładkami.

No ale wróćmy do Piekary!

Tytuł: Ja, inkwizytor. Bicz boży
Autor: Jacek Piekara
Rok: 2011

Cykl Inkwizytorski tego autora składa się głównie ze zbiorów opowiadań i zaledwie kilku książek, które samodzielnie tworzą rozbudowaną opowieść. Chronologia wydarzeń w całej kolekcji wskazuje na to, że porwałam się na tom IV. Nie mam zatem porównania, ani dokładnej wiedzy co mnie ominęło lub jakie informacje z całego uniwersum okazałyby się przydatne do lepszej interpretacji książki. 

Jednak nawet nie znając wcześniejszych wątków książkę czyta się szybko i z zapałem. Nie dostrzegamy dłużyzn, które często można znaleźć w kontynuacjach. Dłużyzn, które próbowałyby nam przybliżyć wydarzenia opisywane we wcześniejszych pozycjach. Za to plus!

Jak zaczęłam czytać książkę, a było to zaraz po skończeniu Trylogii husyckiej poczułam się oburzona! Jak ktoś ma czelność ściągać z Sapkowskiego tematykę książek? Dlaczego ktoś chciałby żerować na researchu i wiedzy, którą autor Wiedźmina prezentuje nam w opowieści o Reynevanie. Jak to? Byłam naprawdę zła. 
Po paru stronach jednak ochłonęłam i zdałam sobie sprawę, że Bicz boży ma zupełnie inny charakter. I jest pisana zupełnie innym stylem. Również zakres wiedzy autora jest zdecydowanie uboższy i ciekawostki historyczne są jedynie drobnym smaczkiem dodającym książce poważniejszego charakteru. 

Prawie 200 stron pochłonęłam jednego dnia. Fabuła oparta jest na detektywistycznych zagadkach, które rozwiązuje inkwizytor. Książkę czyta się szybko przede wszystkim dlatego, że przypominała mi ona grę przygodową. Po znalezieniu odpowiedniego przedmiotu i porozmawianiu ze wszystkimi osobami dookoła, przechodzimy do innej "planszy", do innego miasteczka lub pomieszczenia. Wszystko to odbywa się sprawnie i logicznie.

Ale gdy zostaje nam do końca około 140 stron, okazuje się, że autor zmienia koncepcję na książkę. Fabuła porzuca logikę do tego stopnia, że miałam wrażenie, że zapomniano przekazać do druki cały rozdział! Nagle wracamy do jakiejś postaci, o której dawno zapomnieliśmy i musimy wrócić się o 300 stron, aby przypomnieć sobie o kim tak naprawdę mowa. Dlaczego nagle nasz bohater odwiedza tego człowieka nie wiemy! Ma to nam być wyjaśnione, ale aż do końca nie dowiadujemy się skąd nasz bohater wpadł na pomysł, aby podejrzewać taką, a nie inną osobę. 

Co więcej okazuje się, że owszem, wiemy kto zabijał, wiemy też dlaczego. Ale nagle nasz bohater zostaje odsunięty od śledztwa i zaczyna dogadywać się z mordercą. Wygląda to tak, jakby Piekara znudził się w połowie fabułą, którą stworzył i doszedł do wniosku, że nieważne są wydarzenia, które opisywał przez 3/4 książki.

Sam styl może być postrzegany jako zabawny, jednak według mnie z kart książki wyłania się obraz zarozumiałego buca i tak zapatrzonego w siebie idioty, że momentami robi się niesmacznie. Ironiczna skromność, którą narrator co kilka stron podkreśla zaczyna irytować, a zdjęcie autora zamieszczone na zagięciu okładki podsuwa myśl, że facet jest takim samym zadufanym typem jak postać, którą wykreował. 
Książka zalatuje elementami skopiowanymi z Sapkowskiego i Dana Browna, ale jednak nie dorasta im do pięt. Co piątą stronę dowiadujemy się jak to księża opływają w dostatki i chędożą wszystko co się rusza i na drzewo nie spierd*ala. Sodomici gustujący w chłopięcych odbytach również są napiętnowani, a kobiety.. 

"- Łajdaczą się kobiety. (...) Mężczyzna co najwyżej daje upust zgromadzonej w nim chuci, by oczyścić w ten sposób z żądzy ciało oraz umysł. A wiedzcie, że to wszystko ma na celu (...) lepsze służenie sprawom duchowym. Wyrzucenie nasienia jest podobne do wylania oliwy na wzburzone morskie fale, lecz w tym wypadku mówimy o sztormie morskiej chuci, który należy gasić fizycznym aktem, aby uspokoić umysł i spokojny już wykorzystać do zbożnych celów...
(...)
- Czyli podsumowując: chędożysz dziwki, żeby być lepszym chrześcijaninem... Cóż, zajmujące podejście."

Książka ocieka ironią i krytyką księży, jednak sarkazmu jest tak dużo, że przestaje śmieszyć i nie wygląda jak inteligentne wtrącenie, ale jakby autor wykrzykiwał: "Spójrzcie jaki jestem bystry! Jak cwanie ukryłem swoje komentarze! Ha! Ale się spisałem!"

No i chwali mu się, bo książki się kupuje i czyta. I wbrew mojemu zniesmaczeniu muszę przyznać, że pozycję tą uznaję za dobrą rozrywkę! Nawet chętnie przeczytam inne książki o Mordimerze Madderdinie ;) 

Wydanie również jest ciekawe, ponieważ strony zafarbowane są tak, abyśmy mieli wrażenie, że czytamy starą książkę, a ilustracje są prawie niespotykanym już dodatkiem!

Specjalne podziękowania dla Marty, która prowadzi bloga Polaca en Galicia, a od której książkę mogłam pożyczyć!

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. ojej... na początku załamałam się, że Ci ją pożyczyłam, ale skoro dasz radę jeszcze coś przeczytać to OK ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dam! i okazało się, że mój Wiking ma 2 inne książki Piekary, więc jak znajdę czas, to je chętnie przeczytam ^^

      Usuń