sobota, 17 stycznia 2015

My Blue Castle...

Korzystając z niewiarygodnie długiej przerwy świątecznej postanowiłam nie odrywać się od książek. I o ile zawsze po świętach stos nowych pozycji piętrzy się na półce, to od dłuższego czasu tęsknię za książką, którą znam od dawna i którą czytałam wiele razy. Cytując ironicznie znienawidzone przez internet hasło #yolo, rzucam w kąt pisanie esejów i zagłębiam się w lekturze! ;)

Tytuł: Błękitny zamek
Autor: Lucy Maud Montgomery
Rok: 1926

Wiele osób będzie znało autorkę z cyklu, którego pierwszy tom - Ania z Zielonego Wzgórza - czytały pewnie wszystkie młode dziewczyny. Mało kto jednak dociera do Błękitnego Zamku. Mi książkę poleciła mama. Bardzo dawno już, bo byłam wtedy w podstawówce i czytałam z zapartym tchem wszystkie romanse, które podpowiadała mi rodzicielka. Dzisiaj doczytałam gdzieś komentarz, że jest to książka dla dzieci i młodzieży. Według mnie dorośli też powinni ją przeczytać nie zwracając uwagi na taką etykietę.

Książka dla mnie zawsze była odskocznią od rzeczywistości, tak samo jak błękitny zamek dla głównej bohaterki. Dodawała mi sił i otuchy, gdy burze hormonów i młodzieńczych zauroczeń sprowadzały mnie w bardziej ponure nastroje i zapatrywania na samą siebie. Książka o marzeniach i o tym, że warto marzyć. I jednocześnie o tym, że czasem rzeczywistość jest lepsza niż marzenia, tylko musimy odpowiednio dużo wytrwać, żeby znaleźć nasze własne miejsce na ziemi. Wszystko to doprawione dość ironicznym poczuciem humoru i ani się nie obejrzałam i znów chichotałam nad lekturą!

O ile książkę uważam za mało popularną wśród czytelników mojego pokolenia, to doczekała się ona swojej interpretacji teatralnej. Jeśli ktoś się wybiera jednak na przedstawienie do Teatru Wielkiego w Łodzi, od razu mówię - szkoda czasu. Owszem, główna bohaterka ma być starą panna. Ale ma zaledwie 29 lat! Jeśli aktorka, która jest mocno po 50tce udaje, z toną słabej charakteryzacji na twarzy, że jest -  no jak nie patrzeć - nadal młodą dziewczyną, to cały urok idzie w diabli. Jeśli natomiast główny bohater, który ma być krzepkim, dziarskim, doświadczonym mężczyzną o złej sławie, jest grany przez brzuchatego, zmęczonego życiem aktora (którego lubię w innych sztukach, ale tutaj nadaje się jedynie do roli irytującego wujka, a nie jako główny obiekt zainteresowań), to takie przedstawienie uważam za profanację. I pastisz. Co najgorsze, że pastisz niezamierzony, a co za tym idzie jeszcze bardziej tragiczny i opłakany w skutkach.

Z teatru pamiętam, że wybiegłam jak oparzona. Do książki teraz natomiast wróciłam z zapałem. Jest to ten typ lektury, do której wracając po latach ma się wrażenie, że wraca się do dobrego przyjaciela. Do wspomnień, które towarzyszyły nam, gdy czytało się ją, może nie po raz pierwszy, ale na pewno raz za razem, z innym to bagażem emocji i doświadczeń. To książka, która staje się najcenniejszą pozycją na półce, mimo że posiada liczne zagniecenia, kartki latają luzem, są poplamione herbatą, łzami i wodą z kąpieli. Książka, z która nie umiałabym się rozstać.

Trochę sentymentalnie, ale z ciepłym uśmiechem: polecam! Jedyne co mi w tej książce nie pasuje, to zakończenie. I nie dlatego, że książka się kończy w ogóle, ale jest jakieś takie.. pospieszne. Książka ma 150 stron i można ją jednym tchem przeczytać w ciągu dnia, ale ostatnie 5 stron jest napisane tak, jakby autorce było spieszno, żeby fabułę zakończyć. Mam po prostu pewien niedosyt, z którego chyba nigdy nie wyrosnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz