wtorek, 14 czerwca 2016

Japoński kochanek

Dawno nie czytałam tak wzruszającej książki. I jeśli to zdanie Was nie przekonuje, to nie wiem czy jest sens dalej czytać tę recenzję.

Tytuł: Japoński kochanek
Autor: Isabel Allende
Rok: 2015

Od pierwszych stron trafiamy do domu seniora. Wydaje nam się, że będzie to sztampowa książka, której główna bohaterka przeprowadzi nas przez krainę wspomnień, uronimy kilka łez nad trudną miłością i rzucimy książkę w kąt. 
Allende jednak zaskakuje, nie buduje klasycznie prostej opowieści i nawet, gdy wydaje nam się, że przecież zakończenie mamy podane na tacy od momentu wprowadzenia głównych postaci, to każdy kolejny rozdział staje się chronologicznie rozsypaną układanką, którą możemy powoli dopasowywać, żeby na sam koniec powstał nam pełny, piękny i wzruszający obraz. 

Z początku wydaje nam się, że główną bohaterką jest Irina - nowa opiekunka w domu spokojnej starości. Wkrótce jednak okazuje się, że to Alma - jedna z jej podopiecznych - zaczyna opowiadać nam historię życia swojego, swojej rodziny i najbliższych osób. Historię zawiłą, skomplikowaną, słodko-gorzką i wzruszającą. 

Może się wydawać, że fabuła będzie krążyła wokół romansu, jednak przedstawia obraz polsko-żydowskiej rodziny, która została rozbita przez II wojnę światową, japońskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych po ataku na Pearl Harbor lub chociażby los mołdawskich dziewczyn, które dają się omamić ogłoszeniom o pracy za granicą. Stany Zjednoczone nie są pokazane jako kraj dobrobytu, a społeczeństwo trawione jest uprzedzeniami (obozy koncentracyjne dla Japończyków, homofobia). Kolejne rozdziały szokują, łamią serce i zaskakują. Bohaterowie odsłaniają przed nami powoli swoje prawdziwe oblicza i okazują się świadomymi swoich wad postaciami.

Opowieść o starzeniu się i umieraniu napisana przez autorkę, która ma 73 lata w pełni oddaje uroki i lęki tego wieku, jest szczera i zmusza do przemyśleń. I po samym jej zakończeniu płacze się jeszcze dobre pół godziny, zanim człowiek dojdzie do siebie i wróci do swojego świata. Bo książka jest tak dobra!
Z uwag językowych: słowa wudu, dżudo i psycholożka rażą jak prąd. Czy to jakaś mania edytorów? Jeśli chodzi o psycholożkę, to stanowisko Rady Języka Polskiego dopuszcza formy żeńskie nazw zawodów i tytułów, ale jedynie jeśli społeczeństwo uzna takie zmiany za konieczne i uzasadnione (całe stanowisko do przeczytania tutaj - warto!). Narzucanie takiej formy wygląda jak za daleko posunięty feminizm, mnie osobiście odstręcza i uważam, że psycholożka, archeolożka, socjolożka itp. budzą negatywne konotacje. A co Wy o tym sądzicie?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Muza i firmie Business & Culture.
Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytamy nowości (banner na dole strony).

2 komentarze:

  1. Tak się składa że niedawno też przeczytałam "Japońskiego kochanka" - też uważam że książka jest po prost dobra. Taka opowieść o puzzlach życia, które w końcu się układają. Co do uwag językowych, może to mania edytorów, może nie, ale fabuła tak mnie pochłonęła że w sumie nie zwracałam na to uwagi lub po prostu "nie gryzie mnie to" przy takich książkach ;-)
    Pozdrawiamy ciepło
    Redakcja MoznaPrzeczytac.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pędzę czytać recenzję! :) Może to moje wynaturzenie filologa, że tak strasznie czepiam się języka. Ale muszę przyznać, że to prawda, fabuła wciąga, bo to naprawdę dobra książka :)
      Dziękuję za odwiedziny!

      Usuń