niedziela, 11 października 2015

The Legend of Sleepy Hollow

Rozpoczął się ten magiczny moment, kiedy bez zażenowania i krzywych spojrzeń można się zawinąć w koc z herbatą i książką. Jest zimno, wieczory są ciemne i ponure i depresja jest oficjalnie akceptowanym zjawiskiem społecznym :) Ale poza tym zbliża się Halloween! Moje ulubione święto w roku! I nie ze względu na komercyjny szał na nietoperze, pajęczyny i kapelusze czarownic, ale dlatego, że od zawsze byłam pod ogromnym wrażeniem celtyckiego Samhain, które oznaczało koniec lata. Sama zmiana pór roku to jedno, ale wszystkie kwestie związane z wędrówką dusz zmarłych w tym pogańskim znaczeniu przyprawiają mnie o rumieńce i niespokojne zainteresowanie. Jako jedno z czterech świąt celtyckich nie związanych z cyklem solarnym (o czym pisałam gdzieś u Sapkowskiego i na pewno napiszę recenzując Obcą) wywołuje u mnie dreszcz emocji i fascynację dawnymi wierzeniami. Kto będzie się zatem dziwił, że sięgnęłam po...

Tytuł: The Legend of Sleepy Hollow (English)
Autor: Washington Irving
Rok: 1820
Wprawdzie jestem w trakcie czytania Obcej i znów rzuciłam się w wir zajęć i pracy, to mimo wszystko znalazłam czas na przeczytanie pozycji, do której od dawna nie mogłam dotrzeć. Zdaję sobie sprawę, że to jedynie krótkie opowiadanie, ale jednak zrobiło na mnie wrażenie pod tym względem, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego!
Wychowana wręcz na ekranizacji Tima Burtona myślałam, że opowiadanie jest tak samo mroczne, straszne i przerażające jak film. Jakie było moje zdziwienie, gdy dobrnęłam do końca i w zasadzie nie doczekałam się scen, które zmroziłyby mi krew w żyłach.

Byłam wręcz zła, co teraz odbieram z lekkim rozbawieniem. Otóż jeśli ktoś widział Jeźdźca bez głowy, to zna specyficzne klimaty Burtona, kojarzy kreację Johnnego Deppa i świetnie wspomina nagrywanie filmów na kasety. Ale ten film jest jedynie oparty na opowiadaniu, które było inspiracją dla głównego wątku, lokalizacji i postaci, a nie wierną kopią przeniesioną na ekran.
 
No i bohaterowie się zgadzają. Po części. Mamy główną postać: zafascynowanego magią i legendami, ubogiego nauczyciela, który swoją posturą raczej wzbudza śmiech i pogardę niż sympatię czytelnika. Sam jego opis wskazuje na to, że autor miał niemały ubaw opisując długie kończyny i wyłupiaste oczy, którymi charakteryzuje się Ichabod Crane (crane - ang. żuraw). Patrząc na umiłowanego przeze mnie w tamtych czasach Johnnego, trudno nie dopatrzeć się komicznych min, gestów i nieporadnych ruchów, które jak najbardziej odpowiadają pierwowzorowi z opowiadania, jednak nie wzbudzają w nas lekkiego obrzydzenia.
 
Według mnie Ichabod z opowiadania jest paskudny i nieprzyjemny. Pomijam już jego aparycję, ale jego charakter i zachowanie są odpychające i niesmaczne. Belfer bowiem wie komu się przypodobać, z którymi uczniami się zadawać, aby dostać obiad i ciastka, a wybranka jego serca nie jest wcale celem jego zalotów ze względu na płomienne uczucia. Nauczycielowi chodzi jedynie o posiadłość i dochody, które objąłby w posiadanie po ślubie, a co za tym idzie i zmianę pozycji społecznej. Jest zarozumiały, cwany, oślizgły i komiczny, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Wiodąc prym jako człowiek wykształcony, zaraz po pastorze, stanowi osobistość Sennej Kotliny i wykorzystuje to najlepiej jak umie. 
 
Jego rywal natomiast, Brom Bones, czyli w zasadzie Abraham Van Brunt, który w filmie był osiłkiem i błaznem, w opowiadaniu okazuje się szorstki i nieokrzesany, ale w sumie dobroduszny i zabawny. Jest samcem alfa Kotliny, lekkim hulaką i uosobieniem męskości, ale cieszy się poważaniem społeczności i zyskał moją sympatię dużo szybciej niż pokraczny i fałszywy Ichabod. Brom również stara się o rękę Katriny Von Tassel i stąd się biorą wszystkie złośliwości między nim a Ichabodem.

Swoją drogą biedna Katrina jest opisana w sposób tak przedmiotowy, że aż boli. Irving zrobił z niej rozpieszczoną, pustą, kapryśną kokietkę, która zdając sobie sprawę, że jest najurodziwszą i najbogatszą panną w okolicy może sobie pozwalać na wszystko. To przykre. 

W każdym razie, fabuła rozkręca się tak jak w filmie i kończy jedynie na nieszkodliwym żarcie, którego w ekranizacji również doświadcza główny bohater. I to w zasadzie tyle. Żadnych nadprzyrodzonych przygód, a jedynie wykorzystanie legendy o Bezgłowym Jeźdźcu w celu wykurzenia konkurenta, którego panna i tak już spławiła.
Jeśli szukać innych ekranizacji, to wariacji na temat znajdziemy mnóstwo. Moje serce oddałam już raz na zawsze adaptacji Burtona, ale uwagę muszę poświęcić serialowi, który chyba najbardziej odbiega od oryginalnego opowiadania. Jeździec bez głowy w wersji telewizyjnej właśnie rozpoczął emisję 3 sezonu. Jeszcze nie obejrzałam żadnego odcinka, ale mam zamiar poświęcić na to niejednej weekend. Czy ktoś z Was uznaje to za ciekawą adaptację? Co sądzicie o przełamaniu ram czasowych i takiej wersji Ichaboda:
Dla zainteresowanych przeczytaniem opowiadania uwaga: ja dorwałam tekst w języku angielskim, ale gdzieś po internecie krąży wersja polska pt. Legenda o Sennej Kotlinie. Wystarczy zgooglować, a jakiś pdf na pewno wyskoczy ;)

4 komentarze:

  1. Widziałam kilka odcinków serialu w kawałkach - nigdy nie obejrzałam od deski do deski. Nie mam opinii, szału na mnie nie zrobił. Może powinnam się bardziej wciągnąć w klimat ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie obawiam się, że to gniot. Dobrze sprzedający się w Stanach, ale gniot :(

      Usuń
  2. O, nie czytałam, ale zapowiada się ciekawie. Chociaż zauważam, że trochę mamy różne klimaty książkowe i lubimy trochę inne rzeczy w lekturach. No ale spróbuję swoich sił z tą książką jesli tylko będę miała okazję po nią sięgnać (bo z tym trudno w mojej bibliotece, tym bardziej, że teraz zamiast w domu, siedzę w Warszawie).


    Pozdrawiam i zapraszam do siebie na nowy post;)
    http://somethingdiffernet-imagine.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czasem właśnie dobrze zerknąć co inni czytają, nawet jeśli biblioteczki znacznie się różnią ;) Ja dzięki temu znalazłam wiele fajnych książek, do których sama bym pewnie nie dotarła :)

      Usuń