piątek, 3 października 2014

It's bitch fest time!

Pamiętacie jak byłam tak zbulwersowana książką, że aż mną trzęsło? Powiedziałam, że nie zabiorę się za jej opisanie dopóki chronologicznie nie ogarnę wszystkich książek. Oh, jak ja teraz żałuję, że nie dałam upustu żółci zaraz po skończeniu tego badziewia. Teraz już emocje opadły i odpowiednie epitety już się same nie cisną na usta.

Ale swoje rozczarowanie nadal wyrażę.

Tytuł: Eragon
Autor: Christopher Paolini

Od czasu, gdy książka pojawiła się na rynku i wszyscy sikali po kostkach, bo cudowne dziecko wyrzygało z siebie trzy tomy tekstu chciałam ją przeczytać. No tak! Bo oczywiście uwielbiam magię, smoki, fantasy i cholera wie co jeszcze. Dziwnym trafem do książki nigdy nie dotarłam. Ale, że mój mężczyzna wszystkie książki ma, to podkradłam mu pierwszy tom z półki i się zaczęło.

Moim osobistym wyznacznikiem jest zazwyczaj pierwsze 30 stron. Jeśli zmagam się z każdą kartką, to znak, że umrę zanim dotrę do strony nr 100. Jeśli natomiast nawet nie zauważę jak się dostałam na stronę 30tą, to znak, że język i fabuła nie będą mnie bardzo kłuły w oczy, nawet gdy książka jest przeciętna.

Tutaj zacięłam się na stronie 6tej. Przy 12tej chciałam płakać. A przy 24tej myślałam o podcięciu sobie żył. Nosz panie, k*rwa... Co za tragedia. Ale dobra, czytam dalej. Wiking się tym kiedyś jarał, chciałam mu zrobić przyjemność i odhaczyć lekturę z książek "Do przeczytania".

No to się męczyłam chyba z miesiąc. Po drodze przeczytałam dwie poprzednio opisane książki. I zmagałam się z tekstem jakby to był Żeromski.

Nie wiem co mnie oburzyło bardziej - ewidentne zerżnięcie imion i nazw ze wszystkich popularnych książek fantasy, czy totalny brak fabuły przez 3/4 książki. No i znowu mnie trzepie jak o tym pomyślę. Ja pierdzielę..
Arya - czy to nie z Gry o tron?
Bron i Brom też brzmią podobnie.

Urgale jako orko-podobne dziwolągi wcale nie przypominają Tolkienowskich Uruk-hai. No wcale!

Chłopiec, którego rodzice mają wydawnictwo naczytał się fantasy i próbował stworzyć własny płytki światek, którego elementy są tak mało oryginalne jak pisanie na łódzkich murach "jebać żydzew". Naprawdę on to napisał? Czy rodzice, których małe wydawnictwo ledwo przędło spięli tyłki i wyrzygali coś co kupią 15latkowie. A później objechali pół świata, żeby ten badziew sprzedać. Ja nie jestem złośliwa - to wszystko jest na okładce książki!

Drugiego tomu nawet nie dotknę!

Wszyscy płakali jaką to tragedią dla tej książki był film.. Nikt się nie zorientował, że największą tragedią jest książka sama w sobie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz