wtorek, 22 grudnia 2015

Mroczne umysły

Tytuł: Mroczne umysły
Autor: Alexandra Bracken
Rok: 2012

Popularność tej książki zaintrygowała mnie już parę miesięcy temu. Przeglądałam portale i blogi zastanawiając się czy fabuła będzie na tyle dobrze rozwinięta, żeby skusić dwudziestosześcioletnią marudę na przebrnięcie przez pierwszy tom bez głośniejszego zgrzytania zębami. Jednak to nie opisy znalezione w internecie mnie przekonały, a recenzja jednej z moich uczennic! Mając swoje lata wciąż nie potrafię się wyzbyć sympatii do książek dla młodych dorosłych/młodzieżowych, ale tak mnie zainteresowała opowieść, którą streszczała mi uczennica, że postanowiłam spróbować. 
Pierwsze rozdziały od razu przypomniały mi o popularnych nurtach w tego typu książkach:
1. Stany Zjednoczone pogrążone w chaosie - post-apokaliptyczne spustoszenia, problemy ekonomiczne, nowe siły militarne, totalitarne rządy, okrutne organizacje pozarządowe lub partyzantki, segregacja społeczności.
2. Najmłodsza generacja posiada pewne tajemnicze zdolności - telekineza, kontrola umysłów, władanie żywiołami, odporność na choroby uwarunkowana genetycznie lub powiązana z grupą krwi lub wręcz przeciwnie - podatność na różnego typu zjawiska.
3. Głowni bohaterowie nie mają rodziców, bo to by przecież tylko spowalniało fabułę. Jak być bohaterem, kiedy trzeba zmywać naczynia i znosić szlabany?
4. Romans. Podwójny, potrójny. Obojętnie. Romans musi być. 
5. Główni bohaterowie mają mniej niż 20 lat. 

Teraz bierzemy z każdego z podpunktów dowolną ilość elementów i na tym opieramy naszą fabułę. Niestety z przykrością stwierdzam, że skoro wampiry się znudziły, to tego typu postępowanie stało się nagminne. Dlatego od razu przypomina mi się Delirium, Igrzyska Śmierci albo Więzień labiryntu i bardzo słaby film Push, z którego autorka musiała czerpać strasznie dużo inspiracji. Żeby nie powiedzieć wprost, że zerżnęła 1/3 fabuły. Cóż, trzeba przyznać, że to się sprzedaje. I trzeba też wiedzieć dlaczego - po pierwsze już nie wyobrażamy sobie naszej przyszłości jako pasma dobrobytu i zwycięstwa technologii nad ciemnotą. Nie. Teraz wiemy, że pędzimy w przepaść, dlatego większość książek przedstawia następne dekady lub stulecia jako dystopię. Po drugie każdy z nas marzy o nadprzyrodzonych mocach i sprawia nam niesamowita przyjemność utożsamianie się z bohaterami, którzy są wyjątkowi i niesamowici. Ponieważ sami chcemy tacy być. I nie ma w tym nic złego! 

Jednak wracając do samej książki muszę przyznać, że była znośna. Lekko się czyta, nie ma dłużyzn, chociaż momentami chciałabym, żeby działo się coś więcej, trochę inaczej. Nie mówię, że książka jest płytka, nie mówię, że warsztat literacki kole w oczy. Powiedzmy jednak, że książka jest przyjemnie niewymagająca i uznajmy to za komplement. O!

Główną bohaterką jest Ruby, która oczywiście ma swoje tajemnicze zdolności. Jak większość jej generacji. Powiedziałabym jednak wprost, że większość osób nieobdarzonych takimi mocami umiera. Intrygi są dość ciekawe, wydarzenia prawdopodobne, ale romans jest.. no wg. mnie jakoś źle się rozwijał. Tzn. w pewnym momencie go nie było i nagle już był. Tak puff! Muszę przyznać, że również w połowie książki zaczęłam powtarzać w myślach: "Proszę, niech nie będzie tam trójkąta miłosnego. Proszę, niech nie będzie tam trójkąta miłosnego." I chyba zadziałało :D 

Największym plusem książki są chyba jednak jej ostatnie strony - nie dlatego, że książka się w końcu kończy, Złośliwcy! Ale dlatego, że mamy niezły zwrot akcji. 

Ogólnie zatem polecam, jeśli jeszcze nie znudziły się Wam dystopie, 16latkowie i literatura młodzieżowa. A ja lecę czytać kolejną książkę ;)

Psst! Brać się za drugi tom? 

piątek, 4 grudnia 2015

Wyrd Sisters

Tytuł: Trzy wiedźmy
Autor: Terry Pratchett
Rok: 1988

Wszyscy fani Pratchetta na pewno śledzą prenumeratę, dzięki której mogą co drugi czwartek powiększyć swoje zbiory o dzieła tego autora. Ja jego fanką nigdy nie byłam, ale zostałam zmuszona do przeczytania tej pozycji. Bo o wiedźmach, bo zabawne, bo Shakespeare! No to skoro tematyka tak bardzo w moim klimacie, to czemu nie?

   Huczała wichura. Błyskawice raz po raz kłuły ziemię, niby niezręczny skrytobójca. Grom przetaczał się tam i z powrotem po ciemnych, chłostanych deszczem wzgórzach.
   Noc była czarna jak wnętrze kota. Można by uwierzyć, ze właśnie w taką noc bogowie przesuwają ludzi niczym pionki na szachownicy losu. Pośród tej burzy żywiołów ogień migotał pod ociekającymi krzewami kolcolistu jak obłęd w oczach łasicy. Oświetlał trzy przygarbione postacie. Kiedy zabulgotał kociołek, ktoś zajęczał przeraźliwie:
   - Rychłoż się zejdziem znów?
   Zapadło milczenie.
   Aż w końcu ktoś inny odpowiedział tonem o wiele bardziej zwyczajnym:
   - Myślę, że dam radę w przyszły wtorek. 
I rzeczywiście książka od pierwszych stron zaczyna się od komicznych scen, zabawnych dialogów i dobrze znanego wątku. Król ginie, dziedzic jest, ale trzeba go ukryć, zły książę przejmuje władzę, itp., itd. I wszystko fajnie. Książkę czyta się szybko. Śmierci zawsze mówi "Caps Lockiem", są wiedźmy, koty, zbrodnie i zbolałe królestwo, któremu trzeba pomóc nawet jeśli nam wpajano, że osoby władające magią nie powinny się mieszać w sprawy śmiertelników.

   Jednakże jego osobisty lekarz wyjaśnił, że jest to śmierć z przyczyn naturalnych. Bentzen odwiedził księcia i wytłumaczył, że upadek ze schodów ze sztyletem w plecach to choroba wywołana przez nierozsądne mielenie językiem.  
   Zaraziło się nią już kilku członków królewskiej gwardii, którzy mieli kłopoty ze słuchem. Wybuchła niewielka epidemia. 

No i fajnie. Ale czegoś mi w tej książce brakuje. Ogólnie czas spędzony dobrze, ale czuję niedosyt. Mam wrażenie, jakbym przeczytała książkę niższych lotów, niewymagającą intelektualnie, prostą. Wprawdzie zakończenie, które wydawało mi się, że będzie przewidywalne okazało się bogate w zwroty akcji, to i tak czegoś mi brakuje. 

Przyjaciółka pisze pracę magisterską z tłumaczeń Pratchetta na język polski i tak sobie wynotowałam nawet co zginęło w przekładzie. Np. to, że Magrat ciągle zbywa Błazna hasłem, że będzie myła włosy. Dla polskiego czytelnika brzmi to jak jakaś dziwaczna wymówka, ale w języku angielskim ten zwrot naprawdę funkcjonuje, kiedy nie wiemy co sensownego powiedzieć, a nie do końca umiemy się wymigać, żeby nie brać w czymś udziału!

Tak samo zwrot, że coś kosztowało "rękę i nogę". To znaczy bardzo dużo. Niekoniecznie chodzi o to, że dłużnik ma oddać części ciała (chociaż to mi trącą Kupcem weneckim - zupełnie podejrzewam niezamierzona intertekstualność, bo w oryginale wygląda mi to na żart sytuacyjny po prostu). Ot takie refleksje. 
W każdym razie jeśli chodzi o te odwołania do Shakespeare'a to znajdziemy aluzje, a nawet całe cytaty z sonetów, Makbeta, Hamleta, Jak wam się podoba i wielu innych.  Wyraźnym nawiązaniem jest również nazwa teatru "Disk" do The Globe - teatru, który ma oznaczać wszystko, bo wszystko znane na świecie ma się znaleźć również w teatrze. To akurat fajna sprawa, bardzo przemyślana, bo przecież wszystko dzieje się w Świecie Dysku!

A na zakończenie chciałabym wrócić do dwóch cytatów, które pozostały mi w pamięci:

   Babcia Weatherwax często bywała zagniewana. Uważała to za swój mocny punkt: szczery gniew jest jedną z największych twórczych potęg wszechświata. Trzeba jednak nad nim panować. To nie znaczy, że można pozwolić mu wyciekać i znikać. Należy go spiętrzyć, ostrożnie, żeby osiągnął spad roboczy, pozwolić mu zalać całe doliny umysłu i dopiero wtedy, kiedy cała konstrukcja ma za chwilę pęknąć, otworzyć wąską rurę u samej podstawy, by twardy jak stal strumień gniewu pchnął turbiny zemsty. 
   Można być pewnym tylko jednego: że dobry seks nigdy nie trwa dość długo.

Tak więc widzicie, że nie do końca potrafię książkę ocenić. Chyba jednak Pratchetta nie pokocham. Ale czytanie jego książek nie jest istną katorgą. Wręcz przeciwnie, to całkiem przyjemna rozrywka.

A czy Wam się książka podobała? Sięgać po Wyprawę czarownic? Koniecznie zostawcie swoje opinie w komentarzach!