piątek, 4 grudnia 2015

Wyrd Sisters

Tytuł: Trzy wiedźmy
Autor: Terry Pratchett
Rok: 1988

Wszyscy fani Pratchetta na pewno śledzą prenumeratę, dzięki której mogą co drugi czwartek powiększyć swoje zbiory o dzieła tego autora. Ja jego fanką nigdy nie byłam, ale zostałam zmuszona do przeczytania tej pozycji. Bo o wiedźmach, bo zabawne, bo Shakespeare! No to skoro tematyka tak bardzo w moim klimacie, to czemu nie?

   Huczała wichura. Błyskawice raz po raz kłuły ziemię, niby niezręczny skrytobójca. Grom przetaczał się tam i z powrotem po ciemnych, chłostanych deszczem wzgórzach.
   Noc była czarna jak wnętrze kota. Można by uwierzyć, ze właśnie w taką noc bogowie przesuwają ludzi niczym pionki na szachownicy losu. Pośród tej burzy żywiołów ogień migotał pod ociekającymi krzewami kolcolistu jak obłęd w oczach łasicy. Oświetlał trzy przygarbione postacie. Kiedy zabulgotał kociołek, ktoś zajęczał przeraźliwie:
   - Rychłoż się zejdziem znów?
   Zapadło milczenie.
   Aż w końcu ktoś inny odpowiedział tonem o wiele bardziej zwyczajnym:
   - Myślę, że dam radę w przyszły wtorek. 
I rzeczywiście książka od pierwszych stron zaczyna się od komicznych scen, zabawnych dialogów i dobrze znanego wątku. Król ginie, dziedzic jest, ale trzeba go ukryć, zły książę przejmuje władzę, itp., itd. I wszystko fajnie. Książkę czyta się szybko. Śmierci zawsze mówi "Caps Lockiem", są wiedźmy, koty, zbrodnie i zbolałe królestwo, któremu trzeba pomóc nawet jeśli nam wpajano, że osoby władające magią nie powinny się mieszać w sprawy śmiertelników.

   Jednakże jego osobisty lekarz wyjaśnił, że jest to śmierć z przyczyn naturalnych. Bentzen odwiedził księcia i wytłumaczył, że upadek ze schodów ze sztyletem w plecach to choroba wywołana przez nierozsądne mielenie językiem.  
   Zaraziło się nią już kilku członków królewskiej gwardii, którzy mieli kłopoty ze słuchem. Wybuchła niewielka epidemia. 

No i fajnie. Ale czegoś mi w tej książce brakuje. Ogólnie czas spędzony dobrze, ale czuję niedosyt. Mam wrażenie, jakbym przeczytała książkę niższych lotów, niewymagającą intelektualnie, prostą. Wprawdzie zakończenie, które wydawało mi się, że będzie przewidywalne okazało się bogate w zwroty akcji, to i tak czegoś mi brakuje. 

Przyjaciółka pisze pracę magisterską z tłumaczeń Pratchetta na język polski i tak sobie wynotowałam nawet co zginęło w przekładzie. Np. to, że Magrat ciągle zbywa Błazna hasłem, że będzie myła włosy. Dla polskiego czytelnika brzmi to jak jakaś dziwaczna wymówka, ale w języku angielskim ten zwrot naprawdę funkcjonuje, kiedy nie wiemy co sensownego powiedzieć, a nie do końca umiemy się wymigać, żeby nie brać w czymś udziału!

Tak samo zwrot, że coś kosztowało "rękę i nogę". To znaczy bardzo dużo. Niekoniecznie chodzi o to, że dłużnik ma oddać części ciała (chociaż to mi trącą Kupcem weneckim - zupełnie podejrzewam niezamierzona intertekstualność, bo w oryginale wygląda mi to na żart sytuacyjny po prostu). Ot takie refleksje. 
W każdym razie jeśli chodzi o te odwołania do Shakespeare'a to znajdziemy aluzje, a nawet całe cytaty z sonetów, Makbeta, Hamleta, Jak wam się podoba i wielu innych.  Wyraźnym nawiązaniem jest również nazwa teatru "Disk" do The Globe - teatru, który ma oznaczać wszystko, bo wszystko znane na świecie ma się znaleźć również w teatrze. To akurat fajna sprawa, bardzo przemyślana, bo przecież wszystko dzieje się w Świecie Dysku!

A na zakończenie chciałabym wrócić do dwóch cytatów, które pozostały mi w pamięci:

   Babcia Weatherwax często bywała zagniewana. Uważała to za swój mocny punkt: szczery gniew jest jedną z największych twórczych potęg wszechświata. Trzeba jednak nad nim panować. To nie znaczy, że można pozwolić mu wyciekać i znikać. Należy go spiętrzyć, ostrożnie, żeby osiągnął spad roboczy, pozwolić mu zalać całe doliny umysłu i dopiero wtedy, kiedy cała konstrukcja ma za chwilę pęknąć, otworzyć wąską rurę u samej podstawy, by twardy jak stal strumień gniewu pchnął turbiny zemsty. 
   Można być pewnym tylko jednego: że dobry seks nigdy nie trwa dość długo.

Tak więc widzicie, że nie do końca potrafię książkę ocenić. Chyba jednak Pratchetta nie pokocham. Ale czytanie jego książek nie jest istną katorgą. Wręcz przeciwnie, to całkiem przyjemna rozrywka.

A czy Wam się książka podobała? Sięgać po Wyprawę czarownic? Koniecznie zostawcie swoje opinie w komentarzach!

7 komentarzy:

  1. Już miałam 'jedno podejście' do Pratcheta. Poległam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pewnie jeszcze nie raz się skuszę. Pewnie dlatego, że będę szukać takiej jego książki, która w końcu trafi w moje gusta :)

      Usuń
  2. Ostatnio zastanawiałam, czy nie zamówić sobie jednej z jego książek, ale w takim razie, poszukam w bibliotece skoro nie jest aż tak dobra, bo kto wie, może nie polubię następnych części :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja polecam biblioteki w takiej sytuacji. Mi jego książki nie do końca się podobają. Ale kto wie? Może Ty od razu je pokochasz :) Mimo wszystko lepiej najpierw spróbować z wypożyczonym egzemplarzem :)

      Usuń
  3. Ja uwielbiam Pratchett'a, zawsze i wszędzie, największa miłość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mogłabyś mi polecić książki, które uważasz za najlepsze? Może się skuszę na te tytuły, które polecacie :)

      Usuń
    2. No właśnie, jakieś tytuły polecacie?

      Usuń