19:02:00

Love, Rosie

Tytuł: Na końcu tęczy
Autor: Cecelia Ahern
Rok: 2004

Książka obecnie figuruje w księgarniach pod tytułem Love, Rosie. Wiadomo jak wygląda trend na tłumaczenia - jeśli mamy ekranizację, to wydawnictwa starają się przyciągnąć czytelników znanym już z kin tytułem i okładką.

Przyznaję, że ja sama, właśnie dzięki zwiastunowi filmu trafiłam na tę pozycję. Bo Lily Collins, bo Irlandia, wszystko wyglądało interesująco. I początkowo wcale nie miałam zamiaru sięgać po książkę, dopóki nie zobaczyłam jednej z moich uczennic pochylonej nad tym tytułem. W końcu doszłam do wniosku, że czemu nie? Na pewno książka jest lepsza. 
W jakim byłam błędzie! Ale zacznę od plusów...

Książka jest zbiorem korespondencji. Powieść epistolarna mówiąc ładniej. Ale w dobie dzisiejszej komunikacji elektronicznej mamy tam również zapiski z czatów, komunikatorów, maili i smsów. Zabieg naprawdę przyjemny, bo książkę czytamy szybko. Bardzo szybko! Mimo że ma prawie 500 stron, to jesteśmy ją w stanie pochłonąć w jeden dzień. 

Fabuła z kolei ładnie opisuje nam przyjaźń Rosie i Alexa od najmłodszych lat, kiedy to bawią się razem na podwórku, rozrabiają w szkole, czy chodzą na przyjęcia. Później losy bohaterów bardzo dramatycznie się rozbiegają, każde rusza w inną stronę - dosłownie i w przenośni. Alex przeprowadza się bowiem z rodzicami do Stanów Zjednoczonych, a Rosie, zamiast na studia, trafia... na porodówkę. 

I generalnie cała ta historia byłaby piękna, wzruszająca i pouczająca. Historia o tym jak mimo niepowodzeń zawsze są dla siebie wsparciem, jak mimo kłótni zawsze potrafią się pogodzić. Ale może jestem na takim etapie życia, że nie potrafię się utożsamić z główną bohaterką.
Cała książka jest bowiem zbiorem narzekania i marudzenia. Ja rozumiem, że było jej ciężko, ale na litość boską, skoro już tyle razy dostało się od życia w tyłek, to naprawdę można się wcześniej zorientować, żeby coś zmienić, a nie dopiero przed pięćdziesiątką! Rosie ma wybitnego pecha w życiu, nie poszła na studia, musiała wychowywać dziecko, problemy ze znalezieniem pracy, problemy sercowe i rodzinne piętrzą się w jej życiu z przerażającą systematycznością. I o ile jestem w stanie zrozumieć, że część z nich to zdarzenia losowe, to nie jestem w stanie znieść krowiej obojętności i braku jakiejkolwiek inicjatywy, aby coś z tym zrobić. 

Rosie - od czasów, gdy była młodą dziewczyną, po prawie pięćdziesiątkę, kiedy to w końcu zaczyna coś sensownego ze swoim życiem robić - marudzi i skamle jak to jej źle i niedobrze i samotnie, ale nie pokazuje w najmniejszym stopniu, że jej na czymkolwiek zależy. Uzależniona od decyzji innych ludzi potrafi tylko psuć czytelnikowi nastrój. Ja wiem, że życie nie jest usłane różami. Ale właśnie po to czytamy książki, żeby od tego uciec. Lub znaleźć sposób jak to życie sobie poukładać i osłodzić. W Na końcu tęczy znajdujemy tylko serię niepowodzeń, na które nie ma rozwiązania, bo bohaterka po prostu chełpi się tym, że jest samotna i nieszczęśliwa. 

Autorka usilnie, przez 500 stron udowadnia prawdę starą jak świat, że nie istnieje przyjaźń między mężczyzną a kobietą. Zawsze coś musi być na rzeczy. Tutaj szczęśliwie Alex i Rosie są szalenie w sobie zakochani, ale oboje nie potrafią tego wyznać przez 5 dekad. No wzruszające. I niestety strasznie płytkie.

Ostatecznym już gwoździem do trumny dla tej książki jednak jest tłumaczenie, które jest koszmarem. Mam cichą nadzieję, że "filmowe" wydanie książki zostało przynajmniej przeczytane przez jakiegoś edytora. Widać albo ogromny pośpiech albo brak znajomości języka angielskiego i niestety również polskiego.

W jednym fragmencie czytamy, że Rosie mogła w końcu się zrelaksować i nie stresować pracą i spotkać się ze znajomymi z... "rozpuszczonymi włosami".
Idiom "let your hair down": to relax and enjoy yourself without worrying what other people will think.


Gdzie indziej czytamy, że Rosie śmiesznie przezywa dziewczynę Alexa mianem Bimbo. Dla polskiego czytelnika słowo "bimbo" nic nie oznacza. 

 bimbo:
- lalunia, dzidzia (informal)
- tępak, dureń, idiota, głupek (slang)
- tyłek, dupa (old use)

Kolejne tłumaczenie, to... brak tłumaczenia np. Fawlty Towers. Rosie pracuje w pewnym momencie życia w fatalnym hotelu i jej przyjaciółka odnosi się do tego miejsca jako do Hotelu Zacisze. Polscy czytelnicy znają serial, prędzej skojarzą takie odniesienie niż pozostawioną samą sobie oryginalną nazwę hoteliku, w którym wszystko idzie nie tak. O błędach w języku polskim nawet nie mam siły pisać.

Na szczęście dla książki, autorka, która ma obsesję na punkcie listów (tak, czytałam również P.S. Kocham Cię i byłam książką urzeczona), lubi również wcisnąć jakąś sarkastyczną i złośliwą postać drugoplanową, która uprzyjemnia poznawanie tak nędznego żywota. I rzeczywiście czasem zdarzy nam się wybuchnąć śmiechem. To trochę osładza proces czytania. Ale ogólnie jestem książką ogromnie rozczarowana. Dlatego...

Nie polecam.

Dziś bez miłości,
Redhead

14 komentarzy:

  1. Mogę tylko dodać , że książka poległa na rynku księgarskim . Legła na pólkach i nie widać zainteresowania tym tytułem, być może ze względu na fatalne tłumaczenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hm...czy na pewno poległa? Widzę jej recenzję na co drugim blogu, no chyba, że to rozpaczliwa próba dotarcia do odbiorców;p

      Usuń
    2. Książka chyba reklamowana była jak dla kobiet dojrzałych, co po sukcesie 'P.S. Kocham Cię' (zarówno wydawniczym i filmowym) było całkiem uzasadnione, bo wydawało się, że w taki rynek docelowy mierzyła autorka. Książka jednak bardziej przedstawia się jako bajeczka dla młodych dorosłych, dla młodzieży. Może dlatego coś poszło nie tak.

      Usuń
  2. Dziękuję, dziękuję, dziękuję!!!!!! W końcu głos rozsądku!!!!!!! Ileż można czytać, jaka ta książka jest piękna, wzruszająca i wręcz genialna...ech!
    Do Twojej rewelacyjnie szczerej i rzetelnej recenzji dodam tylko tyle, że temat stary jak świat. Odgrzewane kotlety choćby z Kiedy Harry poznał Sally:) Nie umniejszając nic temu ostatniemu, bo film jest urzekający:) Ale może to kwestia wieku;p
    Raz jeszcze dzięki ! :):):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję! Trochę się obawiałam, że wygłaszając niepochlebną opinię o tak przesadnie ukochanej przez blogerki książce skazuję się na wieczne potępienie! ;) Być może, gdy ma się 15 lat ta pozycja robi wrażenie. Gdy reprezentuje się inną grupę wiekową dostrzega się, że książka jest porażką.

      Usuń
  3. Najbardziej w tej recenzji cieszy mnie bezwzględne wytknięcie błędów tłumacza. Mam dość pomijania takich rzeczy w opiniach blogerów. Dobra redakcja i tłumaczenie to podstawa! Niestety coraz częściej kuleje to tak, jak tłumaczenie tytułów filmowych (ach ten "Wirujący seks" i "Zakochany bez pamięci"). Aż miło było przeczytać Twoją recenzję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie! :) Jestem w stanie przymknąć oko na literówki, wydawnictwo się spieszy, im szybciej książka wejdzie na rynek tym lepiej. Ale tak rażących błędów w tłumaczeniu już dawno nie widziałam! Ja rozumiem jak ktoś się stara i nie wychodzi. Ale jak ktoś zostawia nieprzetłumaczone rzeczy, to znaczy, że chyba nie zna się na rzeczy.

      Usuń
  4. Chciałabym napisać, że się mylisz, ale niestety nie mogę. "Love, Rosie" zapowiadała się świetnie. Wszystko tam grało, historia dwójki osób, ciąża, nieszczęśliwe małżeństwo i lata czekania na tego jedynego, który robi karierę w Ameryce. Nawet listy były, a dla mnie taki styl opowiadania historii jest naprawdę cenny i wzruszam się przy tym jak cholera, bo mam wrażenie, że to jest pisane do mnie. I te emocje, które można przez to przekazać!
    Niestety jednak Rosie pokazuje głównie to jak jej źle. O ile na początku mogę to zrozumieć i to w sumie nie przeszkadza, to gdzieś tak w połowie książki człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ona wreszcie zrobi coś ze swoim życiem, czy pojedzie do miłości swojego życia i wyzna jej prawdę? Czy wreszcie skończy się to pitu-pitu, a przejdziemy do konkretów? Takie ganianie za miłością przez 50 lat to średni pomysł. Może jestem za młoda, ale czy człowiek w pewnym momencie nie odpuszcza? Czy nie zauważa, że to najwyższa pora, aby dać sobie spokój i znaleźć inny cel w życiu, które w sumie ma się ku końcowi?
    Byłam jeszcze bardziej wkurzona, bo obejrzałam film, który był świetny. Taki, jaki lubię, szczególnie jeśli mówimy o romansidłach. Wszystko tam było, a w książce? Jakiś taki niedosyt.

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie na krótkie opowaidania i Dziennikarski Piątek. Oczywiście jeśli masz ochotę mnie odwiedzić. :)
    somethingdiffernet-imagine.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że film kiedyś obejrzę. Póki co muszę odpocząć od tej historii, ale tak jak piszesz - wszystko zapowiada się nieźle, ale w połowie książki masz dosyć. Dzięki wielkie za odwiedziny i na pewno zajrzę do Ciebie! ;)

      Usuń
  5. Nie mam zamiaru czytać ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja czytałam i się nie rozczarowałam. Całkiem przyjemna pozycja na wolne, leniwe wieczory. Filmu niestety jeszcze nie widziałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jeszcze nie obejrzałam filmu. Tzn. zaczęłam go oglądać, ale jakoś po 10 minutach mnie zmęczył. Może zrobiłam za krótką przerwę po nieudanej lekturze :(

      Usuń

Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger