20:36:00

Spektrum. Leonidy

Spektrum. Leonidy
Już dawno nie czytałam takiej pozycji. Po części dlatego, że głowni bohaterowie mają po 15 lat. Po części dlatego, że duża część akcji dzieje się w szkole. Myślałam, że trudno będzie mi się przestawić na sposób myślenia nastolatków. Ale Nanna Foss wie jak poprowadzić fabułę.

Tytuł: Spektrum. Leonidy
Autor: Nanna Foss
Rok: 2016 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: Driada
ISBN: 978-83-945-990-1-0

Poznajcie Emi - główną bohaterkę, która jest nerdem i się tego nie wstydzi. Lubi siedzieć cicho na lekcjach, mimo że jest bystra i dobrze się uczy. Nie pochodzi z najbogatszej rodziny w mieście, nie jest najbardziej popularną osobą w szkole, ale jednak, jak na piętnastolatkę, jest zadowolona z tego kim jest, jaką ma rodzinę i przyjaciół. Z pasją oddaje się rysowaniu, nie ma ponadprzeciętnych mocy, to normalna, zwyczajna dziewczyna. 

Wszystko do czasu, gdy śni jej się przedziwny sen - znajduje się w pomieszczeniu, którego nigdy wcześniej nie odwiedzała, widzi chłopaka (super przystojnego chłopaka), którego nie zna i dostaje ataku paniki, który ją z tego snu wyrywa. I pewnie szybko by o tym śnie zapomniała, gdyby nie fakt, że następnego dnia ten chłopak pojawia się w jej szkole jako nowy uczeń. Razem ze swoją siostrą bliźniaczką. 

W wyniku fortunnych lub niefortunnych zdarzeń w szkole pojawia się też nowy nauczyciel, który nie znając nastrojów panujących w klasie, łączy uczniów w tylko sobie znany sposób do szkolnych projektów - wszystkie muszą być związane z kosmosem! Ponieważ w miasteczku mieszka pewien znany naukowiec, Emi, jej dwóch przyjaciół, koleżanka, z którą robi projekt, chłopak ze snu i jego siostra bliźniaczka, wybierają się na wykład poświęcony zagadnieniom potrzebnym im do projektów. 
Sprawa zaczyna wyglądać coraz bardziej podejrzanie, gdy naukowiec jest zdziwiony, że ktokolwiek do niego przyszedł, bo żadnego wykładu nie organizował. Ponieważ jednak widzi zapał wśród niektórych nastolatków, zaprasza ich do siebie. Gdy wchodzą do obserwatorium, Emi dostaje nagłego ataku paniki - to jest pomieszczenie, które jej się śniło. Znajduje się w nim również pewien przyrząd, który dla samego naukowca jest zagadką. To rodzaj szyfrowanego kompasu, któremu jednak brakuje ostatniego elementu.

Ten element natomiast ma Noa - nowy chłopak. Nikt nie podejrzewa co się stanie, gdy tajemniczy pryzmat z zawieszki nastolatka trafi do urządzenia. Ogrom bólu, światła i oszołomienia jest jedynym co nastolatkowie zapamiętują z tego wieczoru. A później odkryją, że są w stanie robić rzeczy, o które by się nigdy nie podejrzewali. 

Książka pisana jest prostym, przyjemny językiem, dość młodzieżowym, z masą anglojęzycznych zwrotów. Fabuła jest wartka i nie zauważamy jak przewracamy kartkę za kartką, chcąc się dowiedzieć co się wydarzy w następnym rozdziale. 

Oczywiście głównym motywem każdej książki młodzieżowej będą kwestie przyjaźni, pierwszych miłości i nauki podejmowania ważnych życiowych decyzji. Ponieważ właśnie tego oczekujemy po tej pozycji, książka nie rozczarowuje. Nie są to jednak przyjaźnie typowe, sztampowe - otrzymujemy powiew świeżości, który zwiastuje, że autorka wie jak uatrakcyjnić swoją twórczość. Dodatkowo, widać, że problemy nastolatków nie są jej obce. 

Książka na tym jednak nie poprzestaje. To nie tylko problemy szóstki nastolatków, którzy przypadkowo znaleźli się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Fabuła z rozdziału na rozdział nabiera tempa, od przypadkowych wypadków, po śmiertelne niebezpieczeństwo i morderstwo. Brzmi ciekawie?

Miłym akcentem na rynku jest też to, że akcja dzieje się w Danii i to właśnie z duńskiego jest tłumaczona książka. Widać pewne zwroty, które tłumacz musiał "przekalkować" z języka oryginału, ponieważ po polsku brzmią odrobinę koślawo, ale książkę i tak czyta się przyjemnie. 

Na pewno będzie to świetna pozycja dla młodzieży, chociaż i starsze osobniki mogą się na nią skusić. Od razu jednak zaznaczyć trzeba, że jest to pierwszy tom cyklu, zatem możemy spokojnie czekać na kontynuację! Ja dałam się wciągnąć!

A za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Driada.

18:33:00

Grudniowe inspiracje vol. 3

Grudniowe inspiracje vol. 3
Kochani, mamy grudzień, zbliżają się święta, a zatem przyszedł również czas na post pełen inspiracji. Na pewno w każdej rodzinie, czy kręgu znajomych znajdzie się osoba, która uwielbia czytać. Często wydaje nam się, że nowa książka będzie najlepszym i najbardziej oczywistym prezentem. Jeśli dobrze znamy gusta tej osoby, możemy jej sprawić nie lada radochę. Czasem jednak zdarza się, że nie mamy zielonego pojęcia co kupić i żadne gazetki, listy rankingowe lub posty z rekomendacjami nie pomogą.

I tutaj z pomocą przychodzę ja! ;) Jak co roku już przedstawiam Wam propozycje prezentów dla moli książkowych, które mogą zachwycić, rozbawić lub umilić czas nad dowolną lekturą.

Zatem do dzieła!

1. Lampka w kształcie książki.

Może nie jest to idealne źródło światła do czytania, ale bez wątpienia taka ozdoba doda uroku każdej biblioteczce. Znalazłam dwa warianty takich lampek. Pierwsza, rozkładana wersja dostępna jest w różnych sklepach, nawet na Amazonie. Jej zaletą jest to, że możemy ją układać w różnych pozycjach, a nawet dobierać różne warianty kolorystyczne.
  

Dostępne na: Luminate Book (klik!) oraz Amazon (klik!)

Druga natomiast, opatrzona tytułem The Enlightenment (Oświecenie), dostępna jest tylko na oficjalnej stronie produktu. Sprzedaż tych lampek połączona jest akcją Humanistisch Verbond - holenderskiego stowarzyszenia promującego zasady świeckiego humanizmu. Część dochodu ze sprzedaży przeznaczona jest na działania wspierające wolność słowa w krajach, gdzie krytyczne wypowiedzi wobec dominujących religii są karane.

Dostępne na: Light up your world (klik!)

2. Doniczki w kształcie książek

Pomysł może wydawać się śmieszny, ale jeśli komuś brakuje miejsca na nowe pozycje i zaczyna je upychać po parapetach, może się okazać, że takie doniczki pozwolą na utrzymanie chociaż odrobiny zieleni w pokoju, w którym wszystkie powierzchnie zajęte są książkami ;)


Dostępne na: Etsy (klik!)

Tylko uważajcie przy podlewaniu, żeby nie zalać prawdziwych książek!!

3. Poduszki  

Mole książkowe czytają o wszystkich porach dnia i nocy. I zdarza nam się bardzo często zasnąć nad książką (nie zawsze dlatego, że jest nudna!), co kończy się sztywnym karkiem przez cały następny dzień. Może czas na prezent, który trochę ułatwi życie? ;)

 
 

Dostępne na: Think Geek (klik!)
W sprzedaży znajdziemy trzy warianty: Przygody Sherlocka Holmesa, Wyspa skarbów i Alicja w Krainie Czarów.

4. Ekslibris

Mole książkowe uwielbiają mieć porządek w swojej biblioteczce. Rok temu proponowałam prezent, który ułatwi zapamiętanie komu pożyczyliśmy swoje skarby. Teraz proponuję prezent, który ułatwi nam zapamiętanie, które książki są nasze!

Ekslibris może być karteczką przyklejoną do okładki, pieczątką lub wytłoczonym znakiem! Jeśli prezent ma być niespodzianką, warto ograniczyć się do prostej grafiki i/lub imienia i nazwiska osoby obdarowywanej. Jeśli planujecie odważniejszą i bardziej złożoną grafikę, warto to jednak skonsultować, żeby ekslibris był używany z zadowoleniem i dumą! ;) 
 

Dostępne np. na: DaWanda (klik!) lub w dowolnym sklepie robiącym pieczątki na zamówienie.

5. Foremki do ciasteczek 

Nawet jeśli Wasi introwertyczni znajomy nie organizują przyjęć, na których mogliby częstować ciastkami prezentującymi twarzoczaszkę Williama Shakespeare'a lub Emily Dickinson, to nie oznacza, że nie będą piekli takich ciasteczek tylko dla siebie! Osobiście jestem zachwycona pomysłem i teraz tylko muszę zdecydować kogo bym schrupała!
 

Dostępne na: Etsy (klik!)

Oprócz Poe, Dickinson, Austen i Shakespeare'a znajdziemy również Chaucera, Freuda, Teslę, Dickensa i parę innych osobistości, więc warto zajrzeć choćby z ciekawości ;)

Jeśli tegoroczne pomysły Was nie zainspirowały, zachęcam serdecznie do przejrzenia świątecznych postów z 2015 (klik!) i z 2016 roku (klik!). Może właśnie tam znajdziecie coś dla siebie i swoich bliskich. 

Przypominam również, że do świąt zostało:



Planując zakupy przez Internet pamiętajcie o uwzględnieniu czasu dostawy.
Linki, które pojawiły się w poście nie są linkami sponsorowanymi.






17:18:00

Ostatnie srebrniki

Ostatnie srebrniki
"Polska nareszcie doczekała się autora, który potrafi połączyć historię ze współczesnością we wciągającej kryminalno-sensacyjnej powieści."

"Autor - wzorem Dana Browna i Umberto Eco - po mistrzowsku prowadzi nas przez zaułki historii, pokazując jak wydarzenia z przeszłości wpływają na jej bieg, wywołują tragiczne skutki w ciągu dwóch tysięcy lat i powodują śmiertelne zagrożenie dla współczesnych Europejczyków."

Trudno się nie skusić, czytając takie słowa zachęty. Jednak hasła drukowane na okładce dodają książce wartości, której treść nie jest w stanie obronić.

Tytuł: Ostatnie srebrniki
Autor: Tadeusz Biedzki
Rok: 2017
Wydawnictwo: Bernardinum
ISBN: 978-83-7823-990-1

Para głównych bohaterów, o których nie wiemy nic, spędza wakacje na Cyprze i kupuje tam od znajomego handlarza zabytkową szkatułkę, która podobno ma sprowadzać na właścicieli ogromne nieszczęścia. Kilka miesięcy później, będąc w Barcelonie, są świadkami okrutnego morderstwa na duchownym. Po złożeniu zeznań na komisariacie postanawiają ni stąd, ni zowąd samodzielnie rozwikłać zagadkę morderstwa, które wygląda rytualnie i dość makabrycznie. Sprawa zaczyna prezentować się coraz bardziej intrygująco, gdy bohaterowie dowiadują się, że policja całą sprawę zatuszowała, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności dowiadują się o supertajnym stowarzyszeniu, powołanym raptem kilka lat wcześniej, składającym się z garstki osób, które mają na celu zniszczenie chrześcijaństwa na całym globie. To rzeczywiście przypomina Browna, wręcz trąca bardzo niedopracowanym plagiatem.

Równolegle czytamy o srebrnikach, które Judasz uzyskał za zdradę Jezusa. Najpierw poznajemy ich historię z perspektywy Piłata, później kolejnych osób, w których ręce wpadły pieniądze i szkatuła, w której zostały ukryte. I przyznaję, że ten wątek prezentuje się w książce najciekawiej. Autor przedstawia drogę pechowego artefaktu na przestrzeni dwóch tysiącleci. Wszystko jednak jest szyte grubymi nićmi, bo każdy z właścicieli zostawia po sobie jakąś formę notatki lub dokumentu, które opisują dotychczasowe losy szkatuły. Wątek traci na atrakcyjności jeśli rozpatrzymy jak wielce nieprawdopodobne jest to zachowanie.

Historia, która ma się splatać ze względu na konsekwencje wydarzeń historycznych, łączy się w jeden wątek tylko dzięki przypadkowi - dzięki temu, że dwoje Polaków, którzy najwyraźniej mają nieograniczone fundusze i czas, żeby z dnia na dzień podróżować po całej Europie, natyka się na szkatułkę i tajny zakon. Nie ma tu zatem żadnych spajających wydarzeń, a fabuła może i opiera się na Brownie i Eco, jednak daleko jej do mistrzowskich dzieł, którymi zaczytuje się cały świat.

Język książki jest prosty, brakuje opisów, rozbudowy wydarzeń. Autor skacze między kontynentami, godzinami, zdarzeniami z akapitu na akapit i ma się wrażenie, że czytamy wstępny scenariusz filmowy, w którym ktoś koniecznie chciał streścić cały pomysł, ale ma zamiar jeszcze go doszlifować.

Bohaterowie są płytcy, nic o nich nie wiemy, zwłaszcza o głównych postaciach. O kobiecie wiemy, że ma na imię Wanda. Imię mężczyzny ujawnione jest dopiero na ostatnich kilku stronach. Z podziękowań można wywnioskować, że autor wykorzystał osobę własną i swojej żony, aby stworzyć Ostatnie srebrniki (te same imiona).

Trzeba jednak przyznać, że autor ma wiedzę historyczną, którą się dzieli. Mnogość przypisów może zniechęcić niektórych czytelników, ale niewątpliwie dzięki nim jesteśmy w stanie zrozumieć niektóre jednostki miar i wag, wydarzenia, architekturę i chronologię. Więc plus za research, którego podjął się Biedzki - na końcu książki znajdziemy również literaturę źródłową. Ale minus za przepisywanie Wikipedii, żeby przekroczyć 200 stron druku. Autor nawet się z tym nie kryje i w tekście znajdziemy zwroty w stylu "cytując za Wikipedią...". To nie tylko brak szacunki do własnej książki, ale też i do czytelnika.

Kuleje również to, jak autor "powołuje do życia" zakon, który ma na celu zniszczyć chrześcijaństwo. Otóż nie składają się na niego osoby, które od pokoleń zgłębiały naukę o i wzniecały nienawiść do danej wiary z różnych mistycznych lub ekonomicznych powodów. Autor wielokrotnie podkreśla, że wyimaginowana instytucja składa się z reprezentantów "lewicowych i lewackich sił w Europie", które nawet w Polsce mają swoje szpony. Przykładem z książki jest bezczeszczenie krzyża i pogarda dla miesięcznic odbywających się pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Wniosek, który daje się również odszyfrować z niektórych komentarzy oznacza, że gender i homoseksualizm dążą do przemocy wymierzonej przeciwko kościołowi, co zaczyna trącać obłędem.

Książka niewątpliwie jednak przemówi do niektórych środowisk i to im życzę owocnej lektury.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Bernardinum.


17:12:00

Alicja w Krainie Czarów

Alicja w Krainie Czarów
Gnam w tym roku z listą tytułów BBC (klik!), ale niestety nie każda pozycja trafia w mój gust. Dzisiaj zatem nie będzie o fabule, ale o ciekawostkach, aby książka zyskała zarówno w moich oczach, jak i w Waszych! ;)

Tytuł: Alicja w Krainie Czarów
Autor: Lewis Carroll
Rok: 1865
format: audiobook 

Opowieść o Alicji, która podąża za białym królikiem, miota się między zmianą rozmiarów, wędruje po wyśnionej krainie i jest tak nieprzyzwoicie tępa, że obraża wszystko co tylko napotyka na swojej drodze, jest znana pewnie każdemu dziecku i każdemu dorosłemu. 

W dzieciństwie rzadko oglądałam tę bajkę, mimo że miałam ją na własnej kasecie VHS i nigdy nie potrafiłam ani utożsamiać się z główną bohaterką, ani sympatyzować z pozostałymi postaciami. Dosłownie można powiedzieć, że to nie moja bajka. Nie bawiły mnie te żarty, nie wciągał ten rodzaj fantazji, ale skoro już zaczęłam słuchać audiobooka, to nie wypadało mi przerwać w połowie. 

Jednak w tym miejscu należy się również sprostowanie dotyczące nazwy bloga! Zbieżność wydaje się jednoznaczna, jednak moja Kraina Czarów nie ma nic wspólnego z opisywaną tutaj książką. Mój "Wonderland", to każda kraina, do której przenoszę się dzięki lekturze, mój własny "Błękitny zamek" jak kto woli i mam nadzieję, że Wy również macie taką swoją własną wyśnioną krainę dziwów, do której uciekacie przed rzeczywistością właśnie dzięki książkom! ^_^
Wersja, na którą trafiłam była tłumaczona przez Roberta Stillera. Dlaczego o tym wspominam? Bo Alicja... doczekała się aż 11 różnych przekładów na język polski. Nie jest to chyba jednak wynik rekordowy, bo na język niemiecki tłumaczono ją aż 35 razy. Za każdym razem spierano się o fantazyjność i lekkość tekstu, a ostatnimi czasy zaczęto go "spłaszczać", aby był dostosowany do języka współczesnych odbiorców, co według mnie jest okropnym bezczeszczeniem tekstu i nie zdziwię się, jeśli idąc tym tropem za 30 lat będziemy sprowadzać klasykę do formy powieści graficznej, mówiąc ładnie, a komiksu, mówiąc otwarcie, tylko dlatego, że kolejne pokolenia nie będą umiały się skupić na blokach tekstu dłuższych niż 2 zdania. 

Ale tłumaczenie Stillera (z 1986r.) na pewno musiało lepiej brzmieć w formie pisemnej, ponieważ zirytowany poprzednimi tłumaczeniami, po wielu latach upraszania się o poprawki, sam zabrał się za przekład i opatrzył go dodatkowo przypisami, które 
wyjaśniały niuanse umykające [czytelnikom] bez dokładnego poznania epoki wiktoriańskiej i genezy książki.
źródło: Wikipedia

I tutaj aż żałuję, że to wszystko w audiobooku zniknęło, chociaż samo słuchowisko było przyjemnym zabiegiem, opatrzonym dodatkowymi efektami dźwiękowymi i muzyką!

Jednak wracając do samej książki, postacie, które w niej występują są inspirowane znajomymi z otoczenia autora i ta ciekawostka sprawia, że wszelkie cechy osobowości zaczynają w końcu być zabawne, biorąc po uwagę, że prawdziwi ludzie tak się zachowywali. 

Absurdalna narracja snu staje się zatem przykrywką, satyrą obśmiewającą niektóre wady otoczenia. Tak więc Alicja wzorowana jest na Alice Pleasance Liddell, dziewczynce, która była również fotomodelką autora, Mysz, która panicznie boi się kotów była prawdopodobnie odzwierciedleniem postaci guwernantki z domu Liddellów, a Dodo jest karykaturą samego autora.

Znając trochę lepiej rys historyczny epoki i język angielski, jesteśmy w stanie też dojść do tego, skąd się wzięły inne postacie. Szalony Kapelusznik powstał z idiomu "mad as a hatter", czyli dosłownie "szalony jak kapelusznik".
Kapelusznicy podobno naprawdę miewali stany psychotyczne i tzw. „drgawki kapelusznicze” ze względu na opary rtęci, którą się posługiwali przy wyrobie filcu.
źródło: przypis z książki tłumaczenia Stillera

Zając Marcowy również był inspirowany idiomem. "Mad as a March hare" to nic innego jak "szalony jak marcowy zając", a imię Fałszywego Żółwia 
pochodzi od "mock turtle soup" (pol. "fałszywa zupa żółwiowa"), przyrządzanej z głowy cielęcia, przypominającą zupę żółwiową.
źródło: tamże
Stąd rysunki tej postaci z cielęcą głową, ogonem i nogami! 

Znając takie ciekawostki, dostrzegamy w książce nowe znaczenia, lektura staje się rozszyfrowywaniem zagadek kulturowych i językowych, a sama irracjonalna fabuła i płytkość głównej bohaterki przestają drażnić. Bądź co bądź, Carroll był wykładowcą matematyki, więc możemy zrozumieć jego zamiłowanie do zagadek. Stąd też pomysł na pracę pod innym nazwiskiem. Lewis Carroll tak naprawdę nazywał się Charles Lutwidge Dodgson. Pseudonimu artystycznego używał, aby oddzielić

matematyczne dzieła naukowe i popularnonaukowe prace o matematyce i grach logicznych (które sygnował prawdziwym nazwiskiem) od literatury pięknej, wydawanej pod pseudonimem.
źródło: Wikipedia
Wiedząc to wszystko, ja jestem w stanie inaczej spojrzeć na książkę, którą rzeczywiście coraz trudniej nazwać tylko i wyłącznie lekturą dla dzieci. A Wy? Czytaliście Alicję...? A może macie własną ulubioną ekranizację?

13:58:00

Mirror, mirror

Mirror, mirror
Kiedy słyszymy, że ktoś z innej branży zabiera się za pisanie książki, pewnie myślimy sobie, że to musi być pomyłka, niewypał, marketing, albo że ktoś już się "znudził" pierwotnym zajęciem. Takie głosy pojawiały się w mediach, gdy brytyjska modelka Cara Delevingne zaczęła pojawiać się w filmach. Okazało się, że nie jest w tym tak zła jak większość się spodziewała. Te same jednak głosy zaczęto podnosić, gdy okazało się, że dziewczyna wyda swoją książkę! I co o tej książce można powiedzieć?

Tytuł: Mirror, mirror
Autor: Cara Delevingne, Rowan Coleman
Rok: 2017
Wydawnictwo: Jaguar
ISBN:978-83-7686-620-8

Jak widać brytyjska gwiazda nie napisała książki sama, nie zatrudniła też ghost writera, ale nawiązała współpracę z bardziej doświadczoną pisarką i uczciwie nie chce nikomu wmawiać, że wszystko w książce jest jej dziełem. 

Poznajemy grupę znajomych, którzy są zmartwieni zaginięciem ich koleżanki z zespołu. Grupa ta jest dość specyficzna - na pierwszy rzut oka w ogóle do siebie nie pasują. Gdyby jeden z nauczycieli nie połączył ich dość przypadkowo, aby stworzyli zespół muzyczny w ramach zajęć z muzyki, pewnie nigdy by nie nawiązali ze sobą znajomości. Są outsiderami, ale każde z nich ma ku temu inne przyczyny - agresywny brat, alkoholizm rodzica, trauma z przeszłości lub skrajne zainteresowanie obcą kulturą, którego nasze otoczenie nie akceptuje. A wszystko to w sercu Londynu, które tętni życiem i daje młodym ludziom schronienie, to miejsce, w którym czują się dobrze, którego atmosferę kochają.

Wszystkie krzywdy i niepewności związane z dorastaniem wychodzą w zachowaniu, ubiorze i sposobie bycia tych szesnastolatków, przez co nierzadko czują się źle we własnej skórze lub stwarzają pozory, maski, które ukrywają jacy tak naprawdę są. 

I w momencie, gdy przepada jedna osoba z grupy, policja i rodzice nie wierzą reszcie nastolatków, że to do tej dziewczyny już niepodobne. Dorośli biorą pod uwagę podobne ekscesy z przeszłości i nie dopuszczają myśli, że zaginiona w końcu "wyszła na prostą" dzięki przyjaźniom, które nawiązała w zespole. 

Ale dziewczyna się w końcu odnajduje. Pobita, nieprzytomna, dryfująca w Tamizie, w śpiączce. I tylko jej przyjaciele zauważają rzeczy, na które dorośli nie zwrócili uwagi, np. pojawienie się dziwnego tatuażu na nadgarstku, a dziewczyna nienawidziła tatuaży, jej dziwne zachowanie w mediach społecznościowych, zmiana stylu ubierania tuż przed zaginięciem. I tylko oni dostrzegają, że coś tutaj nie gra.

Powieść, która zaczyna się jak standardowa książka dla nastolatków, przeradza się w thriller, który nie tylko mówi o problemach związanych z dorastaniem, odkrywaniem własnej seksualności, dręczeniem w szkole, ale też o tym jak rodzice i inni dorośli podchodzą do "faz", przez które przechodzą dzieci i jak łatwo można dać się zwieść, gdy otrzymamy tylko odrobinę szacunku i zaufania. A co, jeśli te "fazy", to nie zawsze są etapy przejściowe? Gdzie należy zdać sobie sprawę, że powinno się szanować młodych ludzi?

Książka raczej trzyma w napięciu i muszę przyznać, że jej druga połowa może zmrozić krew w żyłach. Pozycja pisana jest językiem odważnym, przedstawia prawdziwą komunikację, niepozbawioną przekleństw i odbywającą się głównie przez media społecznościowe. 

Na lubimyczytac.pl znalazłam opinię, że książka

źródło: lubimyczytac.pl
i przyznaję, że mogę się pod tym podpisać. Co więcej, książka, po którą sięgnie wiele osób ze względu na nazwisko autorki, ma kilka naprawdę dobrych zabiegów literackich i zwrotów akcji, których używała w swojej twórczości np. Virginia Woolf (swoją drogą brawa dla tłumacza, za trzymanie czytelnika w niepewności!), więc może nie trzeba od razu skreślać tej pozycji za głośną promocję. 

Cara Delevingne przyznała, że wiele czerpała z własnych przeżyć nastolatki, z otoczenia i środowiska i książka posiada widoczny ładunek emocjonalny, którego nie udałoby się wcisnąć w fabułę, gdyby zabrał się za to autor po czterdziestce. Więc jeśli dziewczyna łapie swoje 5 minut i wykorzystuje je w nieskandaliczny sposób, to nie ma się co oburzać. Bo, swoją drogą, na Toma Hanksa nikt nie naskakuje, że wydał książkę, prawda?

Za egzemplarz recenzencki i zaufanie dziękuję wydawnictwu Jaguar!

11:51:00

Kaukasis

Kaukasis
Jak często zdarza Wam się chodzić do restauracji? A jak często wybieracie klimaty odmienne od burgerów, steków lub kuchni włoskiej? Ja ostatnio zadurzyłam się w kuchniach, które zaskakują smakiem, tradycją i kulturą, dlatego staram się odwiedzać miejsca, które oferują oryginalne dania, ale też i zupełnie odmienny klimat.

Jednak często chcemy zabrać te smaki do domu i sami spróbować przyrządzić potrawy, które nas zachwycają - czy to w restauracjach, czy w odwiedzanych obcych krajach.

Dzisiaj przedstawiam Wam książkę, która pomaga przenieść się w inny świat i jednocześnie sprowadzić ten świat do naszej prywatnej kuchni.

Tytuł: Kaukasis. Kulinarna podróż po Gruzji i innych krajach Kaukazu.
Autor: Olia Hercules
Rok: 2017
Wydawnictwo: Buchmann
ISBN: 978-83-280-4658-0
Książka wykracza poza tradycyjnie rozumianą "książkę kulinarna". To nie jest suchy zbiór przepisów, który metodycznie wylicza składniki, a później instruuje nas jak to wszystko połączyć, żeby wyszło danie prezentowane na zdjęciu obok.

Autorka przybliża nam pokrótce sytuację krajów, które wprawdzie łączą smaki, ale dzielą spory, waśnie i konflikty, uchylając rąbka tajemnicy i dzieląc się wspomnieniami. Sytuacje gospodarcze i polityczne skłócają ludzi, zmuszają ich do podziałów, ucieczki, mimo że większość z nich zdaje sobie sprawę, że wybuchające konflikty są sztucznie stworzone, że nie ma potrzeby nienawidzić całych grup etnicznych.

Książka podzielona jest na rozdziały zgodnie z produktami, które wykorzystujemy do przygotowania opisywanych potraw, ale znajdziemy też rozdział poświęcony tylko słodkościom lub rozdział z potrawami wzmacniającymi podczas chorób i innych dolegliwości. Każdy przepis natomiast opatrzony jest krótkim wstępem, historią dania lub ciekawostkami, które udało się zebrać autorce. Czasem są to cytaty, czasem zwykłe rady dotyczące różnych wariantów jednego dania, czasem kluczowe informacje o danej kuchni. 
Znajdziemy tu przepisy tradycyjne i zaskakujące! Bo odważylibyście się połączyć arbuza z rybą lub przygotować deser z młodych szyszek sosnowych?

Jednak tak jak pisałam na początku, to nie jest zwykła książką kucharska, która składa się z list produktów i bezpłciowych, mechanicznych instrukcji postępowania. To podróż, to lekcja historii i kultury i opisy przypadkowo spotykanych ludzi. Bo to ludzie tworzą kraje i zwyczaje.

Zachwycające jest również samo wydanie książki. Nie chodzi mi o to, że może to być oryginalny prezent lub że sama okładka robi wrażenie.

Książka pełna jest zdjęć, które w zimny sposób przedstawiają krajobrazy, w rustykalny sposób przedstawiają dania, ale w ogromnie ciepły i sympatyczny sposób przedstawiają ludzi, a każda strona stanowi przyjemną lekcję smaków i zwyczajów.



Jeśli choć odrobinę fascynuje Was ten rejon, chcecie dowiedzieć się o nim więcej i lubicie kulinarne wyzwania, to książka będzie dla Was idealną pozycją!

Za egzemplarz recenzencki niezmiernie dziękuję wydawnictwu Buchmann!

10:17:00

Czasami kłamię

Czasami kłamię
Od początku przyznaję się do błędu. Spodziewałam się książki sztampowej, trochę niedopracowanej, nagłośnionej przez zagraniczne media. Ale nie mogłam się bardziej pomylić. Już od pierwszych stron jesteśmy wciągnięci w intrygę, której końca nawet nie podejrzewamy.

Tytuł: Czasami kłamię
Autor: Alice Feeney
Rok: 2017
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: egzemplarz przedpremierowy

Poznajcie Amber Raynolds. Sama twierdzi, że powinniście wiedzieć o niej trzy rzeczy: jest w śpiączce, jej mąż jej już nie kocha i... czasem kłamie.
Fabuła od samego początku wprowadza nas w umysł pogrążony w śpiączce, tylko, że główna bohaterka słyszy to co się dzieje dookoła. Uwięziona w swoim własnym ciele nie jest w stanie się poruszyć, wydać dźwięku lub uciec przez osobami, których się boi, ale jej świadomość pracuje na najwyższych obrotach, próbując odróżnić iluzję od prawdy, majaki od rzeczywistości.

Wiemy, że doszło do wypadku, że Amber odwiedzają jej rodzice, siostra, mąż. Z urywków ich wypowiedzi i ze strzępów wspomnień głównej bohaterki próbujemy odtworzyć przebieg wydarzeń i szło by nam to całkiem sprawnie, gdyby nie to, że Amber czasem kłamie. 

Nie zdajemy sobie z tego sprawy, dopóki nie pojawiają się małe elementy układanki, które nagle nie pasują nam do całego obrazka. Z początku autorka wrzuca pojedyncze słowa, które budzą naszą czujność. Później są to całe zdania, które nie są spójne z historią, którą już znamy. Następnie są to całe sekwencje, które burzą całą naszą misterną analizę! Bo czy może być coś bardziej intrygującego niż narrator, który zwraca się do nas bezpośrednio, ale któremu nie możemy ufać?

Opowieść nie jest prowadzona linearnie. Autorka prezentuje nam trzy etapy życia bohaterki, które rozwijają się chronologicznie, uzupełniając naszą wiedzę o Amber. Do samego końca jednak nie wiemy, gdzie czai się kłamstwo. Manipulacja jest tak perfekcyjnie przeprowadzona, że kolejne rozdziały zaskakują i budzą niepokój. Takie rzeczy przecież nie dzieją się w rzeczywistym świecie... prawda? Kłamstwa w tej książce są krzywdzące, manipulują otoczeniem, ale też stanowią element obronny, który może niebezpiecznie przejąć kontrolę nad czyimś życiem.

Przyznaję, że książka jest thrillerem psychologicznym na najwyższym poziomie, jej konstrukcja jest przemyślana, fabuła trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, a zwroty akcji, a raczej momenty, w których odkrywamy prawdę są strategicznie rozmieszczone. 

Trudno pisać cokolwiek więcej o książce, którą powinniście poznać sami. Jej premiera jest zaplanowana na 25 października, więc koniecznie trzymajcie rękę na pulsie. 

Zamieszczam również wywiad z autorką, z którego dowiecie się odrobinę więcej o zarysie fabuły, o kolejnej książce, ale też i o produkcji serialu na podstawie Czasami kłamię (klik!)

A ja za egzemplarz recenzencki niezmiernie dziękuję wydawnictwu W.A.B.! Nawet rozpakowywanie książek od Was sprawia przyjemność! ^_^

09:14:00

Głębia

Głębia
Rok 1914. Szwecja stawia swoją marynarkę w najwyższej gotowości. Mimo że oficjalnie kraj przyjmuje neutralne stanowisko w konflikcie, to wśród oficerów i społeczeństwa da się zaobserwować z kim sympatyzuje większość. Jednak główny bohater ma własne aspiracje i problemy, z którymi się zmaga.

Tytuł: Głębia
Autor: Henning Mankell
Rok: 2004 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-280-3724-3

Lars Tobiasson-Svartman jest inżynierem, któremu wyznaczono specjalne zadanie zmierzenia głębin morskich i wyznaczenia nowego kanału żeglugowego. Okręty są coraz większe i cięższe, a w razie otwartego konfliktu marynarka musi mieć niewyznaczone do tej pory, tajne trasy, dzięki którym szybko i bezpiecznie pokona duże odległości. 

I właśnie te odległości są największą pasją Svartmanna. Potrafi on bez problemu odmierzać czas, odległości między obiektami, odległości na morzu oraz głębokości. Głębiny stanowią jego największą fascynację - marzy on bowiem, aby pewnego dnia natrafić na taki rozłam w dnie morskim, gdzie sonda miernicza nigdy się nie zatrzyma. Chce znaleźć głębię bez dna. 

Pełniąc swoje obowiązki na morzu, pewnego dnia dopływa do małej wysepki, którą, ku jego zdziwieniu, zamieszkuje samotna kobieta. Od tego momentu inżynier nie jest w stanie myśleć o niczym innym. Fascynacja tą kobietą przywykłą do mrozu, sztormów i samotności przejmuje nad nim kontrolę. 

Aby do niej wracać, wielokrotnie posuwa się do kłamstw, oszustw, zbrodni i wyzbywa się całkowicie moralności, tylko po to, aby ostatecznie znaleźć tę wymarzoną głębię właśnie w sobie.

Przemiana głównego bohatera lub raczej stopniowe poznawanie jego osobowości opisane jest językiem zimnym, spokojnym, ale pełnym mocy. Książka trzyma w napięciu dzięki niespokojnej i mroźnej atmosferze, którą stwarza autor.

Nie tylko nakreśla on nam sytuację polityczną i niepokoje społeczne, ale wchodzi w umysł człowieka, który dręczony konfliktami z dzieciństwa, przeistacza się w człowieka, który jest gotów zrezygnować z całego swojego ustatkowanego życia na rzecz półdzikiej kobiety, o której nie potrafi zapomnieć. 

Książka mówi o tytułowej głębi w sposób dosłowny i metaforyczny, ale znajdziemy w niej też dużo odniesień do ciszy, do różnych jej rodzajów - do ciszy, która koi zmysły, do ciszy zwiastującej konflikt, ale też do ciszy, która huczy w umyśle i zmusza do działania lub doprowadza do szaleństwa. 

Było to moje pierwsze spotkanie z autorem, który głównie znany jest z kryminałów, ale dzięki swojej atmosferze i nieprzewidywalności fabuły książka robi ogromne wrażenie. 

Za egzemplarz recenzencki niezmiernie dziękuję wydawnictwu W.A.B.

10:09:00

Folwark zwierzęcy

Folwark zwierzęcy
Kolejny audiobook, kolejna klasyczna pozycja. Dzisiaj na warsztat idzie powieść, która została przeanalizowana na milion sposobów, ale która niestety wciąż jest zadziwiająco aktualna. Tym razem pozycja była czytana przez Wiesława Michnikowskiego, który zmarł niedawno, 29 września, w wieku 95 lat.

Dla przypomnienia tylko piszę, że jest to kolejna pozycja z listy 100 książek BBC (klik!), do której cały czas gorąco zachęcam.

Tytuł: Folwark zwierzęcy
Autor: George Orwell
Rok: 1945
format: audiobook

Książka opisuje zwierzęta, które postanawiają wypędzić ludzi z folwarku. Koncept jest przedstawiony przez wiekowego knura, który zaszczepia w pobratymcach iskrę buntu i marzenie o lepszym bycie. Oczywiście przewrót ma miejsce, zwierzęta nie bez problemów zaczynają prowadzić folwark, ale klasyczne mechanizmy totalitarne zaczynają się błyskawicznie pojawiać w ich społeczności.

Folwark... został napisany jako satyra rewolucji rosyjskiej, która przedstawiając swoją opowieść w poniekąd ezopowym stylu, miała ukazywać prawdę o stalinizmie. Jednak to ostrzeżenie przed Rosją Sowiecką tak naprawdę jest ostrzeżeniem przed dowolnym reżimem totalitarnym.

Rewolucja, która miała poprawić życie mas, która wyrosła z marzenia o lepszym życiu, doprowadziła do wywyższenia innych klas, ale nie do poprawy sytuacji ogółu. Działania świń, które do rewolucji dążyły najbardziej, wykorzystywały ogólną chęć zmian na lepsze, tylko po to, aby później stosować te same idee jako aparat ucisku.

Tak naprawdę ostatecznie zmienia się tylko osoba trzymająca bat, ponieważ życie jednostki wcale się nie poprawiło, a nawet wręcz przeciwnie, uległo znacznemu pogorszeniu. Zawsze chodzi o lepszą sytuację grupy rządzącej. Zwierzęta, którymi łatwo było sterować, zdają sobie z tego sprawę dopiero na sam koniec, kiedy tak naprawdę jest już za późno na jakiekolwiek zmiany.

Fascynujące jest jednak to, jak dokładnie Orwell prowadzi swoją alegoryczną opowieść. Nie pomija żadnego elementu przemian. Proces dochodzenia do władzy, zwłaszcza z perspektywy obecnej sytuacji politycznej w naszym kraju, jest boleśnie aktualny. Zaczyna się od obietnic, od zgromadzenia siły, a następnie ucieka się do manipulacji, aby kontrolować te masy, które ślepo podążają za swoimi przywódcami. Propaganda, publiczne procesy, opieranie się na ideach, które są przeinaczane na potrzeby grupy rządzącej, manipulacja przepisami prawnymi, a ostatecznie degeneracja i zaanektowanie pozycji, przeciwko której na początku się buntowano.

Folwark... jest książką, która daje do myślenia w sposób przejmujący i która w równie gorzki sposób ukazuje swoją ponadczasowość - ideały są martwe, jeśli stawiamy na pierwszym miejscu niskie i prywatne pobudki.

Z ciekawostek historycznych warto wspomnieć, że Orwell miał początkowo problem z wydaniem książki.
Kilku wydawców odmówiło jej publikacji ze względu na sugestię pochodzącą z brytyjskiego Ministerstwa Informacji, które zaznaczało jej antyrosyjski charakter (w tym czasie kraje związane były sojuszem wojennym). Dziś uważa się, że osobą odpowiedzialną za wydanie takiej opinii był Peter Smollett (Peter Smolka) – żyjący w latach 1912–1980 dziennikarz, wydawca i agent sowiecki.
(źródło: Wikipedia
W Polsce książka była zakazana przez cenzurę aż do 1988 r. Co jednak wywołuje u mnie chichot nikczemny, to fakt, że książki nie wydano od razu na rynku amerykańskim, bo
książki o zwierzętach nie sprzedają się dobrze w Stanach Zjednoczonych.
(źródło: Wikipedia)

Także tego... brawo Wy! :D 

15:04:00

Charlie i fabryka czekolady

Charlie i fabryka czekolady
I kolejna pozycja z listy BBC (klik!) za mną! Dzięki audiobookom błyskawicznie pochłaniam lektury, po które nie miałam czasu sięgnąć w wersji papierowej. Dzisiaj słów kilka o książce, którą na pewno wszyscy znają, choćby z ekranizacji. 

Tytuł: Charlie i fabryka czekolady
Autor: Roald Dahl
Rok: 1964
format: audiobook

Główny bohater - Charlie - pochodzi z ubogiej rodziny, jednak chłopiec dorasta w atmosferze pełnej miłości i troski. To, że jego rodzicom i dziadkom nie powodzi się finansowo, nie przeszkadza mu być dobrze wychowanym, zawsze martwić się o innych i starać się wywoływać uśmiech na twarzy najbliższych. Całe jego życie jednak zmienia się, gdy ekscentryczny właściciel fabryki czekolady postanawia otworzyć bramy swojego słodkiego królestwa dla pięciu szczęśliwców, którzy znajdą w jego produktach złoty bilet.
Ponieważ fabryka osnuta jest tajemnicą, ludzie histerycznie rzucają się na produkty Wonki, aby znaleźć bilet wstępu, dowiedzieć się czegoś więcej o właścicielu i zdobyć dożywotni zapas czekolady w nagrodę. I tak rodzice kupują swoim dzieciom czekolady całymi tonami i tylko biedny Charlie może sobie pozwolić na zaledwie kilka tabliczek. Szczęście jednak się do niego uśmiecha i znajduje on ostatni bilet na wyjątkową podróż po wnętrzu fabryki.

Skracając odrobinę fabułę, Willy Wonka okazuje się wesołym, choć irytującym wariatem, pozostałe dzieci i ich rodzice prezentują jak najgorsze maniery i wady, których każde dziecko powinno się wystrzegać, a Charlie otrzymuje niespodziewaną nagrodę za to jakim chłopcem się okazał, chociaż tak naprawdę po prostu nie zrobił nic głupiego. W sumie nie zrobił nic przez całą wycieczkę. 

Ze wstępu dowiadujemy się, że autor początkowo chciał stworzyć Charliemu aż kilkunastu rywali, ale siostrzeniec Dahla stwierdził, że książka będzie wtedy nudna. Cóż, niestety nawet przy pięciu złotych biletach książka dłuży się niemiłosiernie i nie wzbudza żadnych emocji. Postacie są płytkie, niedopracowane, piosenki Upa-Lumpasów są zbędne i cały proces moralizatorski jest przewidywalny i sztampowy. 
Jedyne co wzbudza ciekawość, to ciekawostki, które krążą wokół książki. Otóż Dahla zainspirowały prawdziwe firmy zajmujące się produkcją czekolady, które wysyłały dzieciom produkty w zamian za ich opinie oraz które rywalizowały ze sobą do tego stopnia, że wysyłały sobie wzajemnie szpiegów pod postacią nowych pracowników, aby wykradać przepisy na nowe produkty. 

Ponadto, według wywiadu z żoną autora, Charlie miał być czarnoskórym chłopcem i informacje te potwierdza biograf Dahla. W pierwotnej wersji powieści również Upa-Lumpasi byli czarnoskórymi Pigmejami, jednak Organizacja National Association for the Advancement of Colored People uznała, że ich praca za bardzo przypomina niewolnictwo, zatem autor musiał co nieco w książce pozmieniać. Więcej o tym pisze Niestatystyczny (klik!).
Książka niewątpliwie ma szansę dotrzeć do najmłodszego czytelnika, ale tylko i wyłącznie jeśli podetknie mu się ją odpowiednio wcześnie, zanim zacznie kwestionować sens czytania takiej lektury. Jest to pozycja szanowana zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i nawet sama J.K. Rowling umieściła ją na swojej liście 10 książek, które każde dziecko powinno przeczytać. Po zapoznaniu się z nią jednak, wcale się nie dziwie, czemu dzieci w szkołach nie chcą jej tknąć i wolą ograniczać się do ekranizacji, gdy wokół tyle ciekawych i mądrych książek, które mogą najmłodszego czytelnika zachwycić.

18:47:00

Kijanki i kretowiska

Kijanki i kretowiska
Nie każdy zbiór opowiadań jest dobry. Nie każde opowiadanie potrafi trzymać w napięciu, nie każdy autor potrafi stworzyć teksty, które nie będą odstawać od siebie pod względem wartości. Z twórczością Aleksandry Zielińskiej spotykam się po raz pierwszy. I jest to spotkanie udane. To niepokojąca miłość od pierwszego wejrzenia. 

Tytuł: Kijanki i kretowiska
Autor: Aleksandra Zielińska
Rok: 2017
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-280-4743-3

Opis książki na okładce nabiera sensu dopiero, gdy zapoznamy się ze wszystkimi opowiadaniami w zbiorze. 

Małe dziewczynki widzą przyszłość w muszlach szczeżuj. Dwugarbne wielbłądy spacerują po ogrodach. Ludzie przychodzą, ludzie odchodzą, złe jest zawsze na wyciągnięcie ręki. 

Zawsze sceptycznie patrzę na dzieła rówieśników, ponieważ sama sceptycznie patrzę na swoją wiedzę o świecie, wciąż czuję się za młoda, żeby uznać, że wiem na czym polega dorosłość i jak grać w grę zwaną życiem. Ale Aleksandra Zielińska wprowadza nas w świat niedopowiedzeń i niepokoju w sposób mistrzowski. 

Na kursach kreatywnego pisania zwraca się uwagę na pierwsze zdania - zdania, które wprowadzają czytelnika w zupełnie nowy świat. To od nich często zależy czy będziemy czytać dalej. Pierwsze opowiadanie zatytułowane "Do zobaczenia, dziewczynki" zaczyna się od stwierdzenia "Przestaniesz bać się guzików tego dnia, gdy woda wypełni płuca twojej siostry". 
Takie intrygujące początki, niedopowiedzenia, które pozwalają uruchomić wyobraźnię, które nie podają wszystkiego od razu i wprost, historie z przeszłości, które wypływają na powierzchnię opisu codzienności przeplatają się płynnie i zwinnie kuszą czytelnika by sięgnął po jeszcze jedno opowiadanie, by przerzucił jeszcze jedną kartkę. 

Przeważająca ilość tych utworów pisana jest z perspektywy kobiet, dziewczynek, które w większości pochodzą z rejonów wiejskich, tam się wychowują, tam wracają, ale też stamtąd uciekają. To one zmagają się z rzeczywistością, konsekwencjami wyborów swoich lub cudzych.

Jedenaście opowiadań pokazuje nam mieszaninę indywidualnych historii, opowieści, problemów, traum i szaleństw. Wszystkie krążą wokół potrzeby zmian, ale także ludzkiej niegodziwości, która jest nieodłącznym elementem naszej natury i otaczającego nas świata. Zło, które dosłownie czai się wszędzie, dostrzegamy w wariacji na temat bajki dla dzieci, w opowieściach o krzywdach, chorobach, dewiacjach, rozstaniach, złamanych obietnicach lub zwykłych wypadkach. 

Zielińska mimo swojego wieku, mimo naszego wieku, jest doskonałym obserwatorem i potrafi uchwycić niepokojące znamiona w różnych sytuacjach. Co więcej, potrafi je później tak opisać, że niepokój tekstu udziela się czytelnikowi, a granica między wydarzeniami prawdziwymi, a fantazjami i wymyślonymi scenariuszami staje się niewidoczna. Możemy gubić się w tym co wyimaginowane, ale zawsze zaczynamy od rzeczywistych problemów.

Dodatkowo sam język sprawia, że odczuwamy przyjemność z lektury. Autorka bawi się tekstem, wrzucając rymy, piosenki, nawiązania do innych utworów literackich, wulgaryzmy, sprawdzając czujność odbiorcy, puszczając do niego oko. Postacie są żywe, często zagubione, stale poszukujące. Czasem to one mówią do nas, czasem to autorka przemawia do nich. Chronologia nie jest ważna, liczą się emocje, tragedie i wybory, przed którymi stają. 

A na końcu... zostajemy my, czytelnicy. Nienasyceni, zaintrygowani i często wstrząśnięci. 

Za niesamowitą lekturę i egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B. Polecam, po stokroć polecam!

20:10:00

Kubuś Puchatek

Kubuś Puchatek
Znowu wracamy do listy BBC (klik!), która motywuje mnie do zapoznawania się z literaturą, po którą sama z siebie bym nie sięgnęła. Przyznaję, że zaległości zaczynam nadrabiać od książek, których nie udało mi się przeczytać w dzieciństwie. Po prostu nigdy nie zostały mi one podsunięte przez rodzicielkę. 

Tytuł: Kubuś Puchatek
Autor: A.A. Milne
Rok: 1926 (Świat) / 1938 (Polska)
format: audiobook

Kubuś Puchatek jest postacią klasyczną i nie trzeba nikomu przedstawiać pulchniutkiego misia o małym rozumku, który szczególnym zamiłowaniem darzy chłopca Krzysia, zawsze znajdzie czas, żeby zjeść odrobinę swojego ulubionego miodku i wyruszyć na wyprawę z przyjaciółmi.
Przyznaję, że jako dziecko nie przepadałam szczególnie za tą postacią. Lubiłam te dobranocki, ale nie były one moimi ulubionymi. Książka jednak w ciepły sposób opisuje poszczególne przygody misia, który budzi sympatię i wcale nie irytuje, tak jak mi się do tej pory wydawało.

Jak na książkę dla dzieci przystało, jest to opowieść stosunkowo krótka, ale czytana przez Janusza Gajosa mogłaby dla mnie trwać jeszcze kilka dodatkowych godzin.

Pewnie wiele osób domyśla się, że postać Krzysia była wzorowana na synu autora, ale może nie każdy wie, że w Polsce mamy dwa przekłady tego dzieła. Pierwsze, to najbardziej znane, zawdzięczamy Irenie Tuwim. To w nim miś dostaje imię Kubusia. Drugie tłumaczenie z roku 1986 zawdzięczamy Monice Adamczyk Garbowskiej, która misia nazwała Fredzią Phi-Phi.
Czemu miś nagle dostał żeńskie imię? Otóż oryginalnie miś był wzorowany na pluszowej zabawce małego Christophera Milne'a, a zabawka została nazwana od imienia niedźwiedzicy Winnipeg będącej żywą maskotką kanadyjskiego wojska z Korpusu Weterynaryjnego Kanady, która w 1914 roku trafiła do londyńskiego zoo. "Winnie" to zdrobnienie od imienia Winnipeg, a oryginalny tytuł to właśnie Winnie the Pooh

[To swoją drogą przypomina mi o misiu Wojtku, który został adoptowany przez żołnierzy 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii w 2 Korpusie Polskim dowodzonym przez generała Władysława Andersa. (Tak, miś brał udział w bitwie o Monte Cassino i nawet dostał stopień kaprala!).]
 
Rozróżnienie płci imienia i postaci może przychodzić polskiemu czytelnikowi z trudem. Irena Tuwim zdecydowała się sprawę uprościć i wybrała dla misia męskie imię. Drugie tłumaczenie natomiast, często uznawane jako bliższe oryginałowi, zachowuje żeńskie imię, ale czasowniki posiadają formy męskie - np. "Fredzia miał, powiedział" itp. 
Niedźwiedzica Winnie - źródło: Wikipedia
Sam autor natomiast przyznawał, że o ile sukces książki miał wyraźne przełożenie na jego sytuację materialna, zaszufladkował go jako pisarza specjalizującego się w literaturze dla dzieci. Osobiście nie ukrywam, że z chęcią zapoznałabym się z jego twórczością skierowaną do dorosłego odbiorcy. 

A Wy? Czytaliście inne książki Milne'a? A może macie swoje ulubione tłumaczenie?

14:45:00

Obsesja

Obsesja
Muszę przyznać od samego początku, że z każdą kolejną książką lubię styl autorki coraz bardziej. Zaczęło się od niewinnej zabawy z Book Tourem i Szeptuchą (link do recenzji znajdziecie tutaj: klik!), później przyszła kolej na Noc Kupały (klik!). Żerca z kolei już czeka na mojej półce.

Obsesja odbiega jednak od słowiańskich bóstw i bohaterów całego cyklu i nie wiedziałam jak wypadnie w porównaniu ze wspomnianymi właśnie pozycjami. A jak jest? Jest bardzo dobrze!
Tytuł: Obsesja 
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk 
Rok: 2017 
Wydawnictwo: W.A.B. 
egzemplarz przedpremierowy 

Młoda lekarka po rozwodzie przenosi się do Warszawy, gdzie rozpoczyna rezydenturę na oddziale psychiatrii. Pacjenci dają jej popalić, ma problemy z docieraniem do pracy na czas, w domu czeka na nią wiernie kot, a ten fakt tylko podkreśla jej lęki, że nie znajdzie mężczyzny, który chciałby spędzić z nią resztę życia. 

Jak każda silna i niezależna kobieta, powtarza, że świetnie daje sobie radę, jeden kot jeszcze o niczym nie świadczy, a faceci ogólnie to łajzy, więc nie ma co się przejmować gadaniem rodzicielki, że trzydziestka na karku to nie przelewki. 

[Korzystając z faktu, że momentami bardzo łatwo mi było utożsamiać się z bohaterką, chciałam pozdrowić mamę! :D] 

Po Warszawie grasuje seryjny morderca, który nagle zaczyna działać na terenie szpitala naszej bohaterki. Co więcej, zaczyna ona dostawać romantyczne, a później dość agresywne, anonimowe liściki. Ktoś na pewno zaczyna się nią interesować. Jakby tego było mało, w jej otoczeniu pojawiają się coraz to nowe postacie - kilku mężczyzn, którzy otwarcie są zainteresowani jej osobą. Nasza lekarka jednak nie jest gotowa na związek i daje o tym znać, czym doprowadza do nieprzyjemnych lub zabawnych sytuacji!
Napięcie rośnie, morderca staje się coraz bardziej napastliwy, ale autorka prowadzi fabułę w sposób lekki i zabawny. Owszem, makabra niektórych wydarzeń może zmrozić krew w żyłach, ale od książki nie sposób się oderwać i miałam problemy, aby zmobilizować się z pójściem do pracy. 

Katarzyna Berenika Miszczuk, która sama jest z wykształcenia lekarzem, wprowadza nas w tajniki działania szpitala, rozkładając też na czynniki pierwsze różnice między uduszeniem a zadzierzgnięciem lub lekarzem sądowym a lekarzem medycyny sądowej! 

Niektóre dialogi wywołują uśmiech, inne wprawiają w osłupienie. W pewnym momencie zaczynamy podejrzewać wszystkich w otoczeniu głównej bohaterki, a połączenie humoru, thrillera i lekkiego wątku romansowego tworzy mieszankę idealną! Jeśli książka będzie miała swoją kontynuację, to już nie mogę się doczekać! 

Obsesja pojawia się w księgarniach już 27 września.

Za zaufanie i egzemplarz przedpremierowy dziękuję wydawnictwu W.A.B.! Recenzowanie takich książek, to sama przyjemność!

14:12:00

BowlLove

BowlLove
Okres wakacyjny można śmiało uznać za zakończony, a nasze zbędne fałdki i boczki mogą się ukryć pod cudownie grubymi swetrami. Nie oznacza to jednak, że nasza dieta - w tym znaczeniu to co spożywamy - powinna stać się niezdrowa i doprowadzać naszą kondycję i zdrowie na skraj wyczerpania. 

Zdrowe jedzenie i odrobina ćwiczeń sprawiają, że nasze samopoczucie może się radykalnie zmienić! Jesteśmy mniej zmęczeni, czujemy się lżej, a co za tym idzie, nie tracimy energii w jesienne i szare dni.

Czasem jednak trudno znaleźć inspirację lub motywację, żeby nasze jedzenie było równie kolorowe jak nasze życie. I tutaj z pomocą przychodzi nam David Bez. 

Tytuł: BowlLove. Zdrowe i odżywcze miski pełne smaku
Autor: David Bez
Rok: 2017
Wydawnictwo: Buchmann
ISBN: 978-83-280-4603-0

David Bez z pasją i zaangażowaniem przedstawia nam swoje propozycje na zdrowe i pyszne jedzenie. Autor zainteresował się mniej przetworzoną żywnością już kilka lat temu, a temat, który do tamtej pory był mu obcy, zainspirował go do tego stopnia, że otworzył własną knajpkę i zaczął doceniać kontakt z prawdziwymi ludźmi, którego nie pobiją nawet tysiące lajków na Instagramie.

W swojej książce inspirowanej porą jesienną, gdy czas sałatek i owoców powoli zaczyna przemijać, Bez proponuje nam dania, które nie tylko dobrze wyglądają, ale i świetnie smakują. Ideą, która łączy wszystkie przepisy jest przygotowywanie ich z prostych, ale różnorodnych składników. Dla mnie jest to pozycja idealna, ponieważ zawsze zniechęcam się do potraw, które mają bajecznie wymyślne składniki, których nie mogę dostać w najczęściej odwiedzanych sklepach.

Mimo że proponowane potrawy to głównie zupy, to Bez podrzuca nam garść pomysłów, jak sprawić, aby były one bardziej treściwe, pozostawiając nam dużą swobodę, jeśli chodzi o proporcje składników. W książce znajdziemy jednak również przepisy na dania "na sucho", które także pięknie się prezentują w miseczkach i czasem są szybsze w przygotowaniu (nie musimy np. gotować bulionów lub kremów).

Autor zwraca uwagę na wartości odżywcze, jego dania w większości odpowiadają wegetarianom i weganom, ale mięsożercy też znajdą w książce coś dla siebie. Co jednak jest jeszcze jednym atutem proponowanych dań, to walory estetyczne! Autor pamięta o tym, że jedzenie też ma cieszyć oko, zwraca uwagę na obróbkę i przygotowanie produktów, ale też na ostateczną formę podania, co widać na kolorowych i cudownie apetycznych zdjęciach. 

Za pyszny egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Buchmann!

13:11:00

Małe kobietki

Małe kobietki
Całkowicie odnawiając bloga w ubiegłym tygodniu nie mogłam pominąć podstrony Sto tytułów BBC, którą znajdziecie pod tym linkiem (klik!) lub u góry strony. Zakładając ją, obiecałam sobie czytać co najmniej dwie książki rocznie z wymienionej listy, ale oczywiście ubiegły rok minął bezowocnie.

Dzisiaj natomiast mogę pochwalić się, że skończyłam klasyczną amerykańską powieść o dorastaniu, która została nagrana przez Annę Nehrebecką dla Zakładu Wydawnictw i Nagrań Polskiego Związku Niewidomych w Warszawie w 1992.

Tytuł: Małe kobietki
Autor:









17:49:00

Mleko i miód

Mleko i miód
W natłoku pracy i innych recenzji czasem trudno sięgnąć w porę po książkę, o której jest głośno w mediach. Mleko i miód to właśnie pozycja, którą kilka miesięcy temu czytali wszyscy, a którą zachwycała się większość. Ale zacznijmy od moich uprzedzeń!

Tytuł: Mleko i miód. Milk and honey
Autor: Rupi Kaur
Rok: 2015 (Świat) / 2017 (Polska)
Wydawnictwo: Otwarte
ISBN: 978-83-7515-433-7

Otóż moje pierwsze wrażenia nie były związane z książką, ale z recenzjami, które się na jej temat pojawiały. Absolutny wybuch zachwytów na temat poezji odrobinę mnie zaskoczył. Może to brak wiary w polskiego czytelnika jest odpowiedzialny za takie nastawienie, jednak jeśli poezja ta dotarła do tak szerokiego grona i tak skutecznie podbiła serca, to... coś jest nie tak. 

Ale to właśnie ten prosty przekaz i brak poetyckiego patosu sprawia, że łatwo zrozumieć, co autorka chciała nam przekazać i może dlatego pojawiły się nawet głosy, że poezją tego nazwać się nie da.

Książka jest otwarcie kierowana do kobiet i porusza zagadnienia związane z kobiecym ciałem, miłością, ale też z krzywdzącą sytuacją społeczną. Wiersze podzielone są na cztery rozdziały: "Cierpienie", "Kochanie", "Zrywanie" i "Gojenie", ale co ciekawe, utwory pojawiają się i przed nimi i już po zakończeniu książki, co sprawia, że czujemy pewną specyficzną więź z autorką, która prowadzi z nami dialog. 

Pierwsze dwa rozdziały nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Niestety uznałam, że masowy zachwyt nie był uzasadniony, a wiersze, które czasem są tylko jednym zdaniem, niepełną refleksją, nie spełniają moich oczekiwań. Zaskoczyła mnie natomiast tematyka wierszy, ponieważ "Cierpienie" związane jest z molestowaniem, kazirodztwem, ale też z relacjami córka-ojciec i sytuacją kobiet, którym nie wolno zabierać głosu i które uczone są, aby były przezroczyste. 
Jest to uzasadnione pochodzeniem autorki, która jest Kanadyjką o indyjskich korzeniach. 

"Kochanie" dość pobieżnie mówi o miłości matki do dziecka i głównie skupia się na relacjach damosko-męskich, zarówno tych dotyczących sfery erotycznej, wzajemnych fascynacji oraz tego jak mężczyzna lub miłość do niego oddziałują na kobietę. 

Jednak to trzeci rozdział, "Zrywanie", zrobił na mnie największe wrażenie, bo to tutaj możemy dostrzec pewną głębię tych króciutkich utworów. Być może jednak coś jest w powiedzeniu, że prawdziwa sztuka bierze się z cierpienia. To rozdział głównie dla kobiet, które nie wiedzą, że są z nieodpowiednimi mężczyznami. Ci mężczyźni albo są źli z natury, albo są nieodpowiedni przez to, że są nieświadomi wartości swoich partnerek. Autorka przedstawia relacje z różnymi typami mężczyzn, ale wnioski są te same - jako kobieta, jesteś wartościowa, zasługujesz na to co najlepsze, ale miłość nie zawsze pomaga to zrozumieć. 

Zrywanie staje się czymś bolesnym, ale koniecznym, wynikającym z tego, że kobieta staje się mądrzejsza, silniejsza, jest porzucona lub trwa w związku, w którym nie ma miłości, a wzajemne zadawanie sobie bólu jest z nią nieraz mylone. 

Ostatni rozdział, "Gojenie", nie robi już tak silnego wrażenia jak jego poprzednik, ale też znajdziemy w nim wiersze, a może raczej sentencje, które mają nam uświadomić, że jesteśmy piękne, silne i jeśli ktoś nie potrafi tego docenić albo uszanować, to powinien z naszego życia zniknąć.


Jeśli chodzi o język, to jak już wspomniałam jest prosty, ale to właśnie na tym opiera się cały przekaz. Udało mi się wypożyczyć wersję dwujęzyczną, dzięki czemu najpierw miałam możliwość zapoznać się z wersją angielską, a później z polską. Przyznam, że tłumaczenie czasem nie potrafiło sprostać zwięzłości języka angielskiego i zdecydowanie bardziej do gustu przypadł mi oryginał. 

Wydanie samo w sobie jest eleganckie, minimalistyczne jak wiersze i opatrzone ilustracjami samej autorki. 

Całościowo jest to książka mądra, poruszająca tematykę zmysłowości, emocji i konfliktów - nie tylko tych towarzyszących relacjom z mężczyznami, ale i z całymi rodzinami i społeczeństwem. Pozycja z mądrym przekazem, ale odrobinę przesadzonym PR-em.






Copyright © 2016 Redhead in Wonderland , Blogger