niedziela, 26 czerwca 2016

Jak cię zabić, autorze?

Skuszona nad wyraz licznymi pochlebnymi recenzjami sięgnęłam po:

Tytuł: Jak cię zabić, kochanie?
Autor: Alek Rogoziński
Rok: 2016

I żałuję przeokropnie, że na tego gniota się skusiłam! Oficjalnie ogłaszam tę pozycję najgorszą książką jaką przeczytałam w tym roku. Nawet nie muszę czekać do grudnia! Nic nie przebije takiego bubla. 

Źle się zaczęło dziać od samego początku. Trzecia strona tekstu, a autor serwuje nam zdanie, że Gordon Ramsay jest "amerykańskim furiatem"! Szkotem! Gordon Ramsay jest Szkotem! Autor co chwila próbuje nam udowodnić, że wie co się wokół niego dzieje (że Bruce Jenner to teraz Caitlyn Jenner lub że Krychowiak miał płaszcz z kołnierzem obszytym futrem). Ale jeśli ktoś szumnie przedstawia się jako filolog i dziennikarz, to skoro nie jest pewny wszystkich "śmiesznych" anegdot, które wciska w tekst jakby faszerował gęś, to mógłby chociaż parę rzeczy sprawdzić!
Kolejna uwaga to język jakim autor się posługuje. Na każdej stronie tekstu (dosłownie) znajdziemy kilka wymuszonych metafor i porównań, którymi pan Rogoziński próbuje nam pokazać jaki to jest śmieszny i obeznany ze słownikiem i kunsztem pisarskim. Są one męczące, sztuczne, wymuszone lub archaiczne. Że już nie wspomnę o dziwnych słowach jak "kojfnąć" czy "szantrapa".

Jak na dziennikarza i filologa autor nie powinien chyba pisać "Szopen"? Wprawdzie "Szekspir" dawniej był uznawany, ale umówmy się, że obecnie nie spolszczamy nazwisk. Chyba, że od razu zaczniemy pisać Ruzwelt, Dima albo Czerczil?

Dialogi są martwe jak tupecik à la Justin Bieber, który zdobi czerep pana R., a o fabule nawet nie mam siły pisać. Wszystkie sztampowe zagrywki z ostatnich 20 lat wciśnięte zostały w jedną książkę. Bogata babulinka z Ameryki, spadek, który dostaną wnuki pod jakimś tam warunkiem, chciwy ksiądz, który ma problem z hazardem, zakonnice w przebraniu, polski gangster, który zwraca się do wszystkich per "misiu pysiu", męcząca teściowa i polski Pan i Pani Smith. Wszyscy oczywiście jakimś trafem na siebie wpadają, coś co ma wyglądać jak intryga jest śmieszne, coś co ma wyglądać na komedie jest żenujące, a ja straciłam trzy dni.
Dopiero w połowie lektury przeraziłam się tym, kto objął patronatem książkę: gazety Party i Flesz oraz ktoś z Cosmopolitan. Mogło to mi dać do myślenia wcześniej, skoro w takich gazetach największą sensacją jest kto z kim przyszedł na jakaś warszawską imprezę dla nowobogackich, jak schudnąć w 10 dni 10 kilo oraz (pewnie stronę dalej) jak zaakceptować siebie taką jaką jesteśmy (o ironio!). Być może poziom intelektualny książki właśnie do czegoś takiego miał dążyć.

Osobiście NIE POLECAM! Szumu wokół książki nie rozumiem, ale grunt to dobra reklama. A jak dostanę listy z pogróżkami od autora to się nie zdziwię i też się nimi z Wami podzielę. 

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Zanim się pojawiłeś

Tytuł: Zanim się pojawiłeś
Autor: Jojo Moyes
Rok: 2012

I znów zaczęło się od zwiastuna! Ktoś na Facebooku coś wrzucił, ktoś coś polubił. I od razu jak obejrzałam krótką zapowiedź filmu wiedziałam, że będę na nim płakać. Ale na początku nie chciałam sięgać po książkę. Bałam się, że coś co może się zapowiadać jako świetna ekranizacja wcale nie musi być hitem literackim. 
Dopiero ostatnio, gdy moja mama zobaczyła zwiastun i zaczęła mnie namawiać na wspólne wyjście do kina poczułam potrzebę zapoznania się z książką. I sama byłam zdziwiona jak szybko ją przeczytałam i jak ten tekst wciąga!

ON: Will. Ma 35 lat. Kiedyś był rekinem biznesu, zarządzał potężną firmą w Londynie, kochał sporty ekstremalne, piękne dziewczyny i motocykle. Bogaty, wywodzący się z dobrego domu, żył pełnią życia. Do czasu wypadku. Od tamtej pory jest sparaliżowany, sceptyczny, cierpiący, zamknięty w sobie i cyniczny.

ONA: Louisa. Ma 26 lat, jest lekko pokręconą dziewczyną z małego miasteczka, którego życie toczy się wokół sezonowych atrakcji turystycznych. Traci pracę w kawiarni, ponieważ jej właściciel rezygnuje z prowadzenia interesu. Ma chłopaka, który ma hopla na punkcie treningów, masy ciała i ilości cukru w cukrze. Zawsze w cieniu mądrzejszej siostry, ekscentrycznie ubrana, przyjmuje pracę opiekunki Willa.
Początkowe relacje głównych bohaterów nie są proste. Dziewczyna jest trochę nieporadna, a chłopak wyraźnie okazuje jej niechęć. Z czasem jednak on zaczyna się więcej uśmiechać, a ona - dzięki jego staraniom - rozwijać swoje horyzonty. Jego decyzje łamią serce, jej upór budzi podziw, a mimo to tworzy się między nimi piękna nić porozumienia.

Pozornie roztrzepana Louisa skrywa własną tragedię z przeszłości, za którą wini samą siebie. Jej rodzina - mimo że to postacie drugoplanowe - to wyraźne osobowości, które drażnią lub wywołują sympatię. Czytając książkę na przemian wybuchamy śmiechem lub płaczem, co w moich oczach jest wystarczającą oceną i rekomendacją!
Polecam wszystkim, którzy lubią wzruszające historie i nie boją się szlochać w niebogłosy! Przez ostatnie rozdziały zużyłam cały zapas chusteczek w moim domu i mam tak spuchnięte oczy, że wstyd mi teraz wyjść na ulicę :) Ale kurcze, warto było!

A Wy już czytaliście? Widzieliście film? Jak wrażenia?

czwartek, 16 czerwca 2016

Siedem listów z Paryża

Tytuł: Siedem listów z Paryża
Autor: Samantha Vérant
Rok: 2014

To prawdziwa historia.  Żadna z postaci ani scen nie jest kompilacją, zmieniłam natomiast imiona niektórych osób, żeby chronić ich prywatność, jak również po to, żeby zminimalizować prawdopodobieństwo, że okna mojej sypialni zostaną obrzucone koktajlami Mołotowa.

Tak zaczyna się książka, która przyciągnęła mnie okładką i opisem. Za żadne skarby nie podejrzewałam, że jest to autobiografia! Bo przecież takie rzeczy nie dzieją się w prawdziwym życiu, prawda?
W 1989 wraz z koleżanką Samantha znajduje się w Paryżu. Dziewczyny poznają dwóch przystojnych, szarmanckich i czarujących Francuzów, jednak spędzają z nimi jedynie dobę, gdyż mają zaplanowaną podróż po całej Europie. Dwie Amerykanki wyruszają zatem dalej w świat, dręczone wyrzutami, że może jednak trzeba było zostać dłużej w Paryżu. 

Samantha jednak otrzymuje od swojego Francuza - Jean-Luca - siedem listów miłosnych, w których zapewnia, że to co do niej czuje jest czymś więcej niż tylko chwilowym zauroczeniem. Dziewczyna jednak ma dziewiętnaście lat i problemy z ojcem, które mocno naznaczyły wybory, którymi się kieruje w związkach. Postanawia zatem spakować listy miłosne do teczki i rzuca je w kąt. 

Dwadzieścia lat później, zmęczona nieudanym małżeństwem pełnym frustracji i napięć postanawia odezwać się do Jean-Luca. Potrzebuje bodźca, aby wyrwać się z toksycznego związku, stanąć na nogi i zacząć naprawdę żyć. 

Ponieważ zwykłe "przepraszam, że nie pisałam przez dwie dekady" mogłoby nie odnieść pożądanego skutku, a w dobie Internetu wszystko wygląda inaczej, postanawia opisać to co łączyło ją i przystojnego Francuza na blogu, a dopiero później wysłać link i przeprosiny mężczyźnie, który napisał pierwsze siedem listów. 

Adres do bloga podany jest w książce i bez problemu możemy na niego trafić! Oto LINK! Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy weszłam na stronę i otrzymałam kolejne potwierdzenie, że autorka jest prawdziwą postacią i przestrzega, żeby nie czytać bloga, jeśli zaczęło się czytać książkę, bo wszystko znajdziemy w rozdziałach 10-13! Ponadto, na blogu znajdują się linki do jej Facebooka i strony internetowej! Podziwiam za odwagę, ale skoro i tak największą historię miłosną swojego życia wydaje w formie książki, to musi być przygotowana na to, że świat będzie chciał i ją zobaczyć! 
Samantha Vérant i Jean-Luc Vérant
Książka opisuje niepowodzenia, z którymi autorka musiała się zmagać: rozpad małżeństwa, długi,  brak pracy i kłopoty zdrowotne ulubionego zwierzaka, ale z którymi radzi sobie dzięki... miłości! Z jednej strony można by powiedzieć, że głupia Amerykanka ma więcej szczęścia niż rozumu, że gafy językowe i ogólne podejście do życia jest infantylne, ale.. w głębi duszy chyba każdy marzy o przeżyciu takiej przygody i takiej miłości jak ona!

Gigantycznego plusa stawiam okładce, która mnie urzekła i zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia! Urokliwa szata graficzna rozdziałów odpowiada klimatowi, a miejsca we Francji zwiedzane przez bohaterkę opisane są w taki sposób, że od razu sama przypominam sobie np. urokliwe uliczki na wzgórzu Montmartre.
Obserwuj mnie na Instagramie!
Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Muza i firmie Business & Culture.
Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytamy nowości (banner na dole strony).

wtorek, 14 czerwca 2016

Japoński kochanek

Dawno nie czytałam tak wzruszającej książki. I jeśli to zdanie Was nie przekonuje, to nie wiem czy jest sens dalej czytać tę recenzję.

Tytuł: Japoński kochanek
Autor: Isabel Allende
Rok: 2015

Od pierwszych stron trafiamy do domu seniora. Wydaje nam się, że będzie to sztampowa książka, której główna bohaterka przeprowadzi nas przez krainę wspomnień, uronimy kilka łez nad trudną miłością i rzucimy książkę w kąt. 
Allende jednak zaskakuje, nie buduje klasycznie prostej opowieści i nawet, gdy wydaje nam się, że przecież zakończenie mamy podane na tacy od momentu wprowadzenia głównych postaci, to każdy kolejny rozdział staje się chronologicznie rozsypaną układanką, którą możemy powoli dopasowywać, żeby na sam koniec powstał nam pełny, piękny i wzruszający obraz. 

Z początku wydaje nam się, że główną bohaterką jest Irina - nowa opiekunka w domu spokojnej starości. Wkrótce jednak okazuje się, że to Alma - jedna z jej podopiecznych - zaczyna opowiadać nam historię życia swojego, swojej rodziny i najbliższych osób. Historię zawiłą, skomplikowaną, słodko-gorzką i wzruszającą. 

Może się wydawać, że fabuła będzie krążyła wokół romansu, jednak przedstawia obraz polsko-żydowskiej rodziny, która została rozbita przez II wojnę światową, japońskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych po ataku na Pearl Harbor lub chociażby los mołdawskich dziewczyn, które dają się omamić ogłoszeniom o pracy za granicą. Stany Zjednoczone nie są pokazane jako kraj dobrobytu, a społeczeństwo trawione jest uprzedzeniami (obozy koncentracyjne dla Japończyków, homofobia). Kolejne rozdziały szokują, łamią serce i zaskakują. Bohaterowie odsłaniają przed nami powoli swoje prawdziwe oblicza i okazują się świadomymi swoich wad postaciami.

Opowieść o starzeniu się i umieraniu napisana przez autorkę, która ma 73 lata w pełni oddaje uroki i lęki tego wieku, jest szczera i zmusza do przemyśleń. I po samym jej zakończeniu płacze się jeszcze dobre pół godziny, zanim człowiek dojdzie do siebie i wróci do swojego świata. Bo książka jest tak dobra!
Z uwag językowych: słowa wudu, dżudo i psycholożka rażą jak prąd. Czy to jakaś mania edytorów? Jeśli chodzi o psycholożkę, to stanowisko Rady Języka Polskiego dopuszcza formy żeńskie nazw zawodów i tytułów, ale jedynie jeśli społeczeństwo uzna takie zmiany za konieczne i uzasadnione (całe stanowisko do przeczytania tutaj - warto!). Narzucanie takiej formy wygląda jak za daleko posunięty feminizm, mnie osobiście odstręcza i uważam, że psycholożka, archeolożka, socjolożka itp. budzą negatywne konotacje. A co Wy o tym sądzicie?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Muza i firmie Business & Culture.
Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytamy nowości (banner na dole strony).

piątek, 10 czerwca 2016

Wiedza bezużyteczna

Tytuł: Bezuzyteczna.pl. Codzienna dawka wiedzy bezużytecznej
Autor:
Rok: 2015
Książka wpadła w moje ręce przez przypadek, ale od razu rozbawiła. Każdy kto na Facebooku natknął się na stronę Wiedza bezużyteczna wie o czym mowa. Pozostałym wyjaśniam: książka jest autorstwa tych samych osób, które prowadzą profil na Facebooku oraz sam portal bezuzyteczna.pl  i publikują ciekawostki, które, jak sama nazwa wskazuje, są bezużyteczne. 

Ale nie oznacza to, że nie są ciekawe! Książka podzielona jest na działy tematyczne i jesteśmy dosłownie zasypani informacjami, które mieliśmy okazję usłyszeć w szkole i o nich zapomnieliśmy lub są dla nas zupełnie nowe. 
Przyznaję, że książkę zaczęłam czytać z zapałem, niestety w połowie nadmiar ciekawostek mnie znużył, a czas gonił, żeby ją oddać. Przydałaby się jej również korekta językowo-edytorska. Niewątpliwie jednak może to być dobry prezent dla młodszego pokolenia, które niechętnie sięga po książki!

A oto moje ulubione ciekawostki:

Nasz umysł nie jest w stanie utrzymać relacji towarzyskich z więcej niż 150 osobami jednocześnie.

Aż 2/3 ludzi zakochuje się w kimś, kogo już zna, a tylko 1/3 w osobie dopiero co poznanej.

Ludzkość poświęciła łącznie więcej czasu na grę w World of Warcraft (6 milionów lat), niż wynosi  czas, w jakim istniejemy jako samodzielny gatunek. 

Tylko 2% populacji ma oczy w kolorze zielonym. Nieco więcej, bo 8%, ma oczy niebieskie. Z kolei aż 55% ma brązowe oczy.

Żółwie mogą mieć swój ulubiony kolor.

Delfiny śpią z jednym okiem otwartym.

Jeśli chcesz, żeby rodzice kupili ci małego kotka, zacznij od prośby o konia.   

Populacja brazylijskiego stanu Rio Grande do Sul wynosi zaledwie 5% całej ludności kraju, a mimo to właśnie stamtąd pochodzi 50% wszystkich modelek w Brazylii.
  
Watykan ma największy ze wszystkich państw odsetek przestępstw. Mieszka tam 800 osób, które każdego roku popełniają 600 przestępstw.

Największym biznesem we Włoszech jest... mafia. Roczne obroty osiągają 178 milionów dolarów i wynoszą 7% produktu krajowego brutto.
Ponadto dowiadujemy się o polskich wynalazcach, poznajemy fakty i mity o kawie, herbacie lub czekoladzie, czytamy o zbawiennym wpływie muzyki klasycznej lub o zagładzie, która spotkała ludzkość 70 tysięcy lat temu. Dzięki tej książce mamy możliwość lepiej poznać swoje ciało, kosmos i zwierzęta oraz poczytać o najdziwniejszych osiągnięciach ludzkości. Są tam dziwne i śmieszne cytaty, zagadki, rekordy i najbardziej absurdalne prawa na świecie. 
Wszystko podane w formie lekkiej, łatwej i przyjemnej! :)

P.S.
Widzieliście co się ostatnio działo na stronie Redhead na Facebooku, czyj podpis udało mi się dostać, co jeszcze się pojawi w ten weekend oraz co nowego na Instagramie? Koniecznie "lajkujcie" i obserwujcie, żeby być ze wszystkim na bieżąco!

niedziela, 5 czerwca 2016

Miłość i kłamstwa

Zaczynam pisanie tego wpisu po raz piąty, ponieważ w trakcie czytania książki miałam tak mieszane uczucia, że teraz, gdy już ją skończyłam muszę zweryfikować swoje przemyślenia. 

Tytuł: Miłość i kłamstwa
Autor: Cecelia Ahern
Rok: 2016

Znów miałam możliwość sięgnięcia po książkę tej autorki i jej twórczość wywołuje u mnie sinusoidę wrażeń. Zachwycona P.S. Kocham Cię, sięgnęłam po Na końcu tęczy znane pod filmowym tytułem Love, Rosie. I tak jak byłam zachwycona pierwszą książką, to druga wydała mi się tak paskudna, że aż mnie skręcało. Jednak nie powstrzymało to mojej ciekawości i sięgnęłam po Miłość i kłamstwa. I ostatecznie mogę stwierdzić, że dobrze zrobiłam!

Jest to przyjemna opowieść o córce, która nagle odkrywa, że jej ojciec prowadził podwójne życie - jednak nie do końca w tym negatywnym tego słowa znaczeniu, jakie od razu się nasuwa. Ojciec, który jest po udarze ma częściowe zaniki pamięci, dlatego on nie odpowie na pytania córki, która sama musi zrobić co w jej mocy, aby dowiedzieć się prawdy o jego życiu. Z początku zraniona i oszukana, im dalej zagłębia się w przeszłość, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że rozwikłanie tajemnicy ojca pomoże jej w pogodzeniu się z tym jaką osobą jest ona sama. 

Ciekawym zabiegiem jest podzielenie fabuły na dwa wątki. Pierwszy z nich to jeden dzień z życia Sabriny, drugi natomiast to pomieszane chronologicznie wydarzenia z życia jej ojca. 

Jak w przypadku Love, Rosie, nadal nie mogę znieść tego jak kreowana jest główna bohaterka, ale tutaj zaczęłam się zastanawiać czy to nie celowy zabieg. Znudzona własnym życiem i pracą, aż gotuje się ze złości i frustracji, że nic się w jej życiu nie dzieje. Dla mnie sytuacja jest lekko przerysowana, ponieważ jest matką trójki nieznośnych chłopców, uczęszcza na terapię małżeńską, a jej ojciec rok wcześniej miał poważny udar. Na jej miejscu jakąkolwiek chwilę wypoczynku i stagnacji powitałabym z otwartymi ramionami. 
Jednak większa część narracji poświęcona jest ojcu - Irlandczykowi z krwi i kości, który nie miał łatwego dzieciństwa, a jego marzenia i największa pasja zostały zepchnięte na dalszy tor przez brak akceptacji. Jest w opisie jego życia coś, co przypomina mi ludzi, których widywałam w Irlandii, surowych, czasem gwałtownych, sprytnych i zadziornych. To dla Fergusa Boggsa warto sięgnąć po tę książkę. I dla zakończenia, które mnie wzruszyło, mimo że sama się tego nie spodziewałam! :) Duży plus.

Niestety kilka negatywnych uwag dotyczy tłumaczenia. Angielskie marbles zostało przetłumaczone na marmurki. I wprawdzie ja od razu mam w głowie kulki do gry, to jednym rzeczownikiem bardzo fajnie operuje się w tekście. Pytałam kilku osób i nikt nie kojarzy gry w marmurki, okazuje się jednak, że Wikipedia proponuje takie samo tłumaczenie. (Tylko nie wpisujcie tego w wyszukiwarkę grafiki, bo wyskoczą Wam same jeansy). Natomiast od kiedy voodoo tłumaczymy na wudu? Musiałam trzy razy przeczytać ten wyraz, żeby domyśleć się o co chodzi. Czy gdzieś w korpusach językowych wudu jest wyrazem częściej używanym? I dlaczego w tekście został wyraz party, gdy mowa o imprezie, przyjęciu? 
Kolejna uwaga skierowana jest do osoby projektującej okładkę. Chyba w porozumieniu z tłumaczką, która wymyśliła ckliwy tytuł, bo The Marble Collector nie przeszłoby jako tłumaczenie dosłowne, ktoś wpakował na okładkę równie ckliwy obrazek obściskującej się młodej pary. Nijak się to ma do fabuły, która opowiada o relacjach ojca z córką. Jeśli ktoś znajdzie wyjaśnienie, to proszę mnie szybko poinformować, bo ani trochę nie mogę zrozumieć takiego zabiegu. 

Ale pomijając mankamenty techniczne, książkę polecam, bo to dobra opowieść obyczajowa. Zakończenie chwyta za serce i nie żałujemy czasu spędzonego nad lekturą. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Akurat i firmie Business & Culture.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam nowości (banner na dole strony).