poniedziałek, 30 maja 2016

Osobliwe pół książki

Tytuł: Osobliwy dom pani Peregrine
Autor: Ransom Riggs
Rok: 2011

Wszystko zaczęło od Tima Burtona. Gdyby nie moja miłość do jego mroczno-gotyckiej twórczości, pewnie w ogóle do książki bym nie dotarła. Resztę załatwiła Eva Green, do której mam słabość i tak oto po obejrzeniu jednego zwiastuna filmowego sięgnęłam po książkę. 
Książka rozpoczyna się od tego jak nasz główny bohater, siedmioletni Jacob przedstawia nam swoje  relacje z dziadkiem, którego uwielbia. Dziadek jednak opowiada niestworzone historie, w które chłopiec z trudem wierzy. Ucieczka przez Europę, sierociniec dla osobliwych dzieci, potwory i upiory, dziwne zdjęcia z przeszłości. Historyjki dziadka są jednak na tyle dziwne, że nawet taki brzdąc wyraża pewną dozę sceptycyzmu. 

Jednak wszystko daje się racjonalnie wyjaśnić. Rodzice bowiem czuwają nad psychiką dziadka i wnuka i temu pierwszemu mówią, żeby przystopował z ubarwianymi wspomnieniami, bo dziecko zaczyna mieć koszmary, a temu drugiemu wyjaśniają, że upiory to naziści, ucieczka dziadka rzeczywiście miała miejsce, bo z Polski udał się do Walii, a osobliwość sierot polegała na tym, że były one semickiego pochodzenia. 
Akcja po tym wstępie przeskakuje kilka lat do przodu i znów widzimy Jacoba jako nastolatka pracującego dorywczo w supermarkecie. Pewnego dnia odbiera dziwny telefon od dziadka, który mówi, że coś złego się zbliża. Jacob rozpoznaje paranoidalny stan dziadka i pędzi z pomocą. Niestety okazuje się, że przybywa za późno i znajduje go dziwnie poranionego i martwego w lesie nieopodal domu. 

Stres związany z takim przeżyciem wywołuje u chłopaka halucynacje, wydaje mu się, że potwory z opowieści dziadka ożywają, a ostatnie, enigmatyczne słowa zmarłego nie pomagają w kojeniu nerwów. Ponieważ cała rodzina zaczyna traktować chłopaka jak świra, zatrudniony jest psychiatra, który w końcu doradza Jacobowi wyruszyć w podróż, do miejsca, w którym wychował się dziadek, aby chłopak mógł skonfrontować swoje lęki z rzeczywistością. 
I przyznaję, że taki początek, a nawet pierwsza połowa książki są rewelacyjne. Bo od początku coś nam mówi, że w opowieściach dziadka jest więcej sensu, niż się wszystkim dookoła wydaje, czytamy książkę wręcz z zapartym tchem, żeby dowiedzieć się co jest prawdą, a co urojeniem. Ale po 150 stronach autor zaczyna bardzo dziwnie konstruować fabułę, wątki rozwija bardzo infantylnie, a sama końcówka jest największą osobliwością jaką mogliśmy w tej książce znaleźć. (SPOILER: jeśli ktoś czytał Kroniki Wampirów zna postać Claudii i wie, co się z nią działo w ciągu 70 lat po przemianie. Otóż tutaj to, co łamało mi serce w opisie psychiki Claudii nigdy nie następuje u osobliwych dzieci. A niestety powinno.)
Odnoszę wrażenie, że film może wydobyć więcej z tej opowieści niż sam autor miał zamiar, co poniekąd wzmaga we mnie niecierpliwość, aby ekranizację zobaczyć. 

Przyczepiłabym się troszkę do pracy tłumacza, który współczesny język szesnastolatka tłumaczy tak, jakby sam się cofał do swojej młodości i za wszelką cenę próbował sobie przypomnieć jakieś fajne sformułowania, które od 15 lat (daj boże!) wyszły z użycia. 
 
Książka jednak do pewnego stopnia trzyma w napięciu, a wrażenie osobliwości spotęgowane jest starymi zdjęciami, które korespondują z tym co się dzieje w fabule. W "Podziękowaniach" znajdujemy informację, że zdjęcia są autentyczne i uważam to za szalenie ciekawy zabieg ze strony autora! Jednak podsumowując, książka raczej kierowana jest do młodszego pokolenia, na którym taki rozwój fabuły może zrobić piorunujące wrażenie.

sobota, 21 maja 2016

Piękne istoty

Ostatnio natknęłam się na stronę Czytam w wannie i od razu pomyślałam o tej książce. Kupiłam ją mieszkając w Północnej Irlandii i wielokrotnie zastanawiałam się czy poprzedni właściciel zaserwował książce prysznic, czy na przykład podczas czytania zastał go deszcz, o który na wyspach nietrudno, bo kartki wyginają się na przeróżne strony.

Tytuł: Beautiful Creatures (English)
Autor: Kami Garcia, Margaret Stohl
Rok: 2009
Gdy utopiona książka już trafiła w moje ręce, uprzyjemniała mi podróże pociągiem do Belfastu lub dotrzymywała towarzystwa, gdy za oknem szalała wichura. Pochłonęła mnie całkowicie i pamiętam, że trzy lata temu zajęło mi dosłownie kilka dni, żeby ją przeczytać. Sięgnęłam po nią przede wszystkim dlatego, że widziałam już film na jej podstawie. Film z gwiazdorską obsadą, który jednak nie sprzedał się tak dobrze jak producenci sobie tego życzyli i nie doczekał się już kontynuacji.

Teraz wróciłam do książki i ze zdziwieniem stwierdziłam, że pamiętałam tylko zakończenie filmowe, które bardzo różni się od zakończenia, które napisały autorki książki. Czułam się tak, jakbym zupełnie pominęła ostatnie 150 stron! Co było przyjemnym zaskoczeniem, bo czułam, że odkrywam książkę na nowo. 
Ale o czym jest sama książka? To fantastyka dla młodych dorosłych. Głownym bohaterem jest Ethan Wate, który śni o pewnej dziewczynie od dłuższego czasu. Z początkiem nowego roku szkolnego okazuje się, że dziewczyna ta pojawia się nagle w jego szkole i jest siostrzenicą tajemniczego wyrzutka, którego cała lokalna społeczność nie widziała od dekad. Małe miasteczko na południu źle przyjmuje nowości i rewelacje i sprawy zaczynają się komplikować. Zarówno dla Leny, jak i dla Ethana. 

Jednak, nie chodzi tu tylko o to jak mała mieścina ogarnięta obsesją na punkcie Wojny secesyjnej reaguje na Lenę. Dziewczyna dźwiga na swoich barkach o wiele więcej niż ksenofobię zaściankowych dewot. Odlicza nerwowo dni do swoich szesnastych urodzin, ponieważ wtedy całe jej życie się odmieni. Lena pochodzi bowiem z rodziny, która ma pewne moce, o których żaden z jej członków nie może decydować. Co gorsza, jej rodzaj nie może wstępować w związki ze zwykłymi śmiertelnikami. 
Fabuła nie wydaje się przerysowanym romansidłem z bandą licealistów w tle i szpanowaniem mocami magicznymi o północy. Wprawdzie rodzice głównych bohaterów są zepchnięci na dalszy plan, ale nad młodymi autorytet sprawują inne postacie - Amma, która swoimi czarami voodoo i rygorem trzyma w ryzach Ethana oraz Macon Ravenwood, wyrzutek, który zrobi wszystko, aby chronić Lenę nawet przed samą sobą.
Narratorem jest Ethan, co jest bardzo ciekawym zabiegiem w książce pisanej przez dwie kobiety. Miła odmiana i według mnie bardzo udana. Ponadto chłopak zaczytuje się klasyką amerykańskiej literatury, więc prezentuje wyższy poziom niż sztampowy osiłek z drużyny koszykówki. Miasteczko, w którym rozgrywa się akcja, to serce południa, zatem mamy bagna, posiadłości widywane w Przeminęło z wiatrem lub True Blood (co kto woli :D ) i zachowana jest nawet maniera i akcent południowców na tyle, na ile jest to możliwe w tekście pisanym. Osobiście stawiam za to dużego plusa, mimo że tekst stylizowany momentami na staroangielski brzmi paskudnie.

Przez ciekawość przeczytałam parę opinii o książce na kilku portalach i zadziwiają mnie aż tak negatywne recenzje. Nie wiem jak wygląda polskie tłumaczenie, nie wiem też dlaczego panie po czterdziestce narzekają na książkę, skoro są świadome, że to nie one są docelowym odbiorcą. Mnie zarówno film, jak i książka podobają się bardzo, dlatego w wakacje możecie spodziewać się recenzji drugiego tomu. :) 
Ponieważ zaczynam zaprzyjaźniać się z innymi blogerami, recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam fantastykę.


środa, 4 maja 2016

Ludzie magisterki piszą

"Coś mnie zatrzymało" - powiedział Gandalf. Tak samo i ja utknęłam zmagając się z odwieczną nemezis studentów. Ale skoro odkryłam już dawno temu, że lepiej mi się pisze o czymś co znam i lubię, to postanowiłam magisterkę oprzeć na literaturze, która sprawia przyjemność i która zadziwia, gdy wraca się do niej po wielu latach.

Dzięki temu nawet majówkę mogę uznać za udaną, skoro obowiązek połączyłam z przyjemnością.

Książki, które wybrałam do analizy to Mała księżniczka i Tajemniczy ogród. Książki, które czytane w podstawówce zaskakiwały magią i wyraźnymi postaciami, lecz czytane przez dorosłego czytelnika prezentują swoje drugie oblicze.

Dlatego doszukuję się tam motywów postkolonialnych, krytyki dotyczącej podziału klas społecznych i tego jak traktowano dzieci w pierwszej połowie XX wieku.

Na początku usłyszałam, że jestem szalona! Że przecież w tych książkach takich motywów nie ma, że chcę "celować w muchę z bazooki"! Ale nakupowałam biografii autorki, książek źródłowych i z ołówkiem w ręce przeczytałam od deski wyżej wymienione pozycje. I wiecie co? Udało się znaleźć wszystko czego szukałam!

Tytuł: A Little Princess (English)
Autor: Frances Hodgson Burnett
Rok: 1905
Opowieść o Sarze Crewe wszyscy lepiej lub gorzej znają. Urodzona w Indiach osobliwa dziewczynka za cały swój świat uważa jedynego rodzica, którego ma - swojego ojca. Ten jednak, aby zapewnić córce odpowiednie wykształcenie, wysyła dziewczynkę do szkoły w Londynie. Mając nieograniczone fundusze, Sara traktowana jest w szkole jak księżniczka. Ale dramat zaczyna się, gdy ojciec inwestuje w kopalnie diamentów, wszystkie pieniądze traci, a następnie umiera na gorączkę spowodowaną tragedią. Dziewczynka z najbardziej uwielbianej uczennicy staje się służącą i pomiotłem. Pracuje fizycznie do granic przyzwoitości i głoduje. Wszystko jednak dobrze się kończy, gdy przez magiczny przypadek znajduje ona przyjaciela ojca, który to wraz z nim zainwestował w kopalnie, a który szukał jej po całej Europie, aby zaopiekować się nią i zwrócić pieniądze, które jednak nie przepadły.
Fabuła wydaje się sztampowa, klasyczne szczęśliwe zakończenie, mała Sara - osobliwa i przyjacielska dziewczynka, która postanawia, że będzie, mimo przeciwności losu, wciąż zachowywać się godnie jak na księżniczkę przystało - odnajduje przyjaciela, opiekuna i dobrobyt. Na to zwracamy uwagę, gdy jesteśmy dziećmi. Jako starszy czytelnik jednak zaczynamy dostrzegać, że dziecko, które jest bystre, inteligentne i dobre musi sobie samo radzić nie tylko z przeciwnościami losu, ale także z zawistnymi i złośliwymi ludźmi, których spotyka na swojej drodze. Musi sobie radzić z tym, że urodzone i wychowane w kolonii, ma problemy z odnalezieniem się w brytyjskim otoczeniu i społeczeństwie, że tęskni za Indiami, które kojarzą jej się z lepszym czasem, z miłością, ciepłem i przyjaciółmi. Dostrzegamy podział klasowy, tło historyczne i nawet pozycję kobiety w społeczeństwie!

Tytuł: The Secret Garden (English)
Autor: Frances Hodgson Burnett
Rok: 1911
Kolejna magiczna opowieść z dzieciństwa i wydawałoby się, że podobna fabuła. Osierocona dziewczynka przybywa z Indii do Anglii, gdzie ma zamieszkać w ponurej posiadłości wujka, którego w ogóle nie widuje. Dowiaduje się o zamkniętym z rozpaczy ogrodzie i postanawia go odnaleźć. Z trudem otwiera się na nowe kontakty i doświadczenia. Odnajduje kuzyna, poznaje kraj i zwyczaje, a przede wszystkim znajduje miłość i ciepło, którego nigdy wcześniej nie doświadczała od najbliższych osób. A wszystko to za sprawą tajemniczego ogrodu.

Autorka zwraca główną uwagę na kojącą moc natury i przyjaźni. Jednak Mary Lennox nie jest ani trochę podobna do sympatycznej Sary. Jest kapryśna, rozpieszczona, nieporadna i przede wszystkim samotna. Nigdy nie kochana, musi się odnaleźć w kraju, którego nie zna i wśród ludzi, których zachowań nie rozumie. Jednak pod przykrywką tej opowieści znajduje się krytyka zwyczajów arystokracji, ich oziębłości i obojętności wobec dzieci. Autorka pokazuje, że ludzie z niższych klas społecznych są o wiele szczęśliwsi, ponieważ potrafią kochać, są bardziej wrażliwi na cudzą krzywdę i dobro dziecka. To opowieść o dziewczynce, która imperializm ma we krwi, gdyż anektując zaniedbany ogród wprowadza ład w coś co jest postrzegane jako dzikie, ale która oducza się traktować przy tym ludzi z góry. Dostrzegamy pewien konflikt w samej autorce, która w jednej książce prezentuje Indie jako kraj dobrobytu i miłości, a w drugiej jako miejsce nieodpowiednie dla dziecka.
Te i inne obserwacje mam zamiar rozwijać w pracy magisterskiej. Póki co nadal jestem tym przerażona, ale im więcej czytam, tym lepiej się czuję. Zatem.. trzymajcie kciuki! A ja obiecuję następną recenzję napisać na zupełnie inny temat. :)