czwartek, 29 października 2015

Czekając na barbarzyńców

Pierwsze śniegi i pierwsza książka z syllabusa za nami. Zazwyczaj nie łączę takich wiadomości w jednym zdaniu, ale w tym roku pogoda spłatała nam figla. Chociaż biorąc pod uwagę, że ostatnio zarzucono mi, że czytam tak wolno, że nie ogarnę książki zanim jej ekranizacji nie ściągną z afisza, to może zdanie otwierające ten post jest jak najbardziej na miejscu...

Na pierwszy ogień akademickich dysput poszedł J.M. Coetzee. Znowu. Bo poprzedni rok na studiach zaczęłam z Disgrace.

Tytuł: Waiting for the Barbarians (English)
Autor: J.M. Coetzee
Rok: 1980
Jednym z moich ulubionych zdań opisujących wrażenia po przeczytaniu jakiejś pozycji jest: "Książka mi się podobała, bo autor dostał Nobla". Poważnie? Nie podobało Ci się to o czym lub o kim jest powieść? Ani może sposób w jaki została napisana? A może po prostu jest to dziesiąta pozycja tego autora, którą przeczytałeś/przeczytałaś i tak podoba Ci się jego twórczość, że wrzucasz tę pozycję do wyświechtanego już wora ekstazy, bo wszystko jest na jedno kopyto, więc kolejny "lajk" uzasadniony? W sumie taką opinię też bym przyjęła ze spokojem.

Ale dlatego, że autor dostał Nobla? To oznacza, że podobała Ci się pozycja tylko dlatego, że ludzie mądrzejsi i bardziej oczytani uznali twórczość Coetzee'ego za wybitną. To jak obejrzeć film i stwierdzić: "Podobał mi się, bo dostał Oscara". Niesamowite. Jak dobrze słyszeć młodych ludzi tak świadomie kreujących własne opinie.

Wracając jednak do samej książki, to nie byłam nią rozczarowana, bo od początku spodziewałam się tego, że mnie nie zachwyci. Już wcześniej omawiałam pojedyncze rozdziały. Tytuł aż kole w oczy odwołaniem do Czekając na Godota Becketta. Fabuła jest prosta, stosunkowo płytka i irytująca. 

SPOILER!

Źli ludzie są źli, główny bohater zmienia zapatrywania polityczne (Coś jak Kmicic. Widocznie tylko za to dają Nobla z literatury.), cierpi i ma problemy z potencją. Seksualność książki (kolejnej o tym samym zresztą) krąży wokół tego, że nasz bohater, który żali się na obwisłość wszystkiego od skóry na szyi aż po genitalia, nie umie zrozumieć dlaczego dziewczyna, którą przygarnia jedynie w celu zaspokojenia swoich seksualnych potrzeb nie oddaje mu się z równym zapałem. Alegoryczne mycie stóp niczego nie ułatwia, bo wspomniana kobieta utożsamia obleśnego dziada z oprawcami, którzy ją okaleczyli. Olśnienie spływa na faceta dość późno i wtedy to już nawet viagra by mu nie pomogła. Odstawia dziewczynę do swoich, a źli ludzie później oskarżają go o kolaborację z owymi barbarzyńcami. Następne przygody naszego bohatera (oprócz tortur i głodu) są dość irracjonalne, ale koniec końców źli ludzie kończą jak Niemcy pod Moskwą, jak Napoleon pod Moskwą, jak.. wszyscy, którzy próbowali przeprowadzić atak na terenie i w klimacie, którego nie znają. A barbarzyńcy nie przychodzą. A to niespodzianka!

PO SPOILERZE

Z punktu widzenia wyższych idei książka jest o tym jak Imperium brytyjskie, pod postacią jego przedstawicieli samo wyniszcza osadę na swojej granicy. Barbarzyńcy nie muszą kiwnąć nawet palcem, a ludzie, którzy naprawdę z nimi obcowali nie widzą nic złego w swoistej symbiozie życia i nie wchodzeniu sobie w paradę. Jako główne przesłanie książki uważam stwierdzenie, że arogancja i brutalność nie popłacają, a zwykłe ludzkie odruchy mimo że w cenie, mogą nam przysporzyć wiele cierpień. Pan potrzebuje sługi, żeby czuć się panem. Mężczyznom w pewnym wieku już nie staje z przyczyn różnych. A kolonializm był be. Bardzo be.

niedziela, 11 października 2015

The Legend of Sleepy Hollow

Rozpoczął się ten magiczny moment, kiedy bez zażenowania i krzywych spojrzeń można się zawinąć w koc z herbatą i książką. Jest zimno, wieczory są ciemne i ponure i depresja jest oficjalnie akceptowanym zjawiskiem społecznym :) Ale poza tym zbliża się Halloween! Moje ulubione święto w roku! I nie ze względu na komercyjny szał na nietoperze, pajęczyny i kapelusze czarownic, ale dlatego, że od zawsze byłam pod ogromnym wrażeniem celtyckiego Samhain, które oznaczało koniec lata. Sama zmiana pór roku to jedno, ale wszystkie kwestie związane z wędrówką dusz zmarłych w tym pogańskim znaczeniu przyprawiają mnie o rumieńce i niespokojne zainteresowanie. Jako jedno z czterech świąt celtyckich nie związanych z cyklem solarnym (o czym pisałam gdzieś u Sapkowskiego i na pewno napiszę recenzując Obcą) wywołuje u mnie dreszcz emocji i fascynację dawnymi wierzeniami. Kto będzie się zatem dziwił, że sięgnęłam po...

Tytuł: The Legend of Sleepy Hollow (English)
Autor: Washington Irving
Rok: 1820
Wprawdzie jestem w trakcie czytania Obcej i znów rzuciłam się w wir zajęć i pracy, to mimo wszystko znalazłam czas na przeczytanie pozycji, do której od dawna nie mogłam dotrzeć. Zdaję sobie sprawę, że to jedynie krótkie opowiadanie, ale jednak zrobiło na mnie wrażenie pod tym względem, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego!
Wychowana wręcz na ekranizacji Tima Burtona myślałam, że opowiadanie jest tak samo mroczne, straszne i przerażające jak film. Jakie było moje zdziwienie, gdy dobrnęłam do końca i w zasadzie nie doczekałam się scen, które zmroziłyby mi krew w żyłach.

Byłam wręcz zła, co teraz odbieram z lekkim rozbawieniem. Otóż jeśli ktoś widział Jeźdźca bez głowy, to zna specyficzne klimaty Burtona, kojarzy kreację Johnnego Deppa i świetnie wspomina nagrywanie filmów na kasety. Ale ten film jest jedynie oparty na opowiadaniu, które było inspiracją dla głównego wątku, lokalizacji i postaci, a nie wierną kopią przeniesioną na ekran.
 
No i bohaterowie się zgadzają. Po części. Mamy główną postać: zafascynowanego magią i legendami, ubogiego nauczyciela, który swoją posturą raczej wzbudza śmiech i pogardę niż sympatię czytelnika. Sam jego opis wskazuje na to, że autor miał niemały ubaw opisując długie kończyny i wyłupiaste oczy, którymi charakteryzuje się Ichabod Crane (crane - ang. żuraw). Patrząc na umiłowanego przeze mnie w tamtych czasach Johnnego, trudno nie dopatrzeć się komicznych min, gestów i nieporadnych ruchów, które jak najbardziej odpowiadają pierwowzorowi z opowiadania, jednak nie wzbudzają w nas lekkiego obrzydzenia.
 
Według mnie Ichabod z opowiadania jest paskudny i nieprzyjemny. Pomijam już jego aparycję, ale jego charakter i zachowanie są odpychające i niesmaczne. Belfer bowiem wie komu się przypodobać, z którymi uczniami się zadawać, aby dostać obiad i ciastka, a wybranka jego serca nie jest wcale celem jego zalotów ze względu na płomienne uczucia. Nauczycielowi chodzi jedynie o posiadłość i dochody, które objąłby w posiadanie po ślubie, a co za tym idzie i zmianę pozycji społecznej. Jest zarozumiały, cwany, oślizgły i komiczny, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Wiodąc prym jako człowiek wykształcony, zaraz po pastorze, stanowi osobistość Sennej Kotliny i wykorzystuje to najlepiej jak umie. 
 
Jego rywal natomiast, Brom Bones, czyli w zasadzie Abraham Van Brunt, który w filmie był osiłkiem i błaznem, w opowiadaniu okazuje się szorstki i nieokrzesany, ale w sumie dobroduszny i zabawny. Jest samcem alfa Kotliny, lekkim hulaką i uosobieniem męskości, ale cieszy się poważaniem społeczności i zyskał moją sympatię dużo szybciej niż pokraczny i fałszywy Ichabod. Brom również stara się o rękę Katriny Von Tassel i stąd się biorą wszystkie złośliwości między nim a Ichabodem.

Swoją drogą biedna Katrina jest opisana w sposób tak przedmiotowy, że aż boli. Irving zrobił z niej rozpieszczoną, pustą, kapryśną kokietkę, która zdając sobie sprawę, że jest najurodziwszą i najbogatszą panną w okolicy może sobie pozwalać na wszystko. To przykre. 

W każdym razie, fabuła rozkręca się tak jak w filmie i kończy jedynie na nieszkodliwym żarcie, którego w ekranizacji również doświadcza główny bohater. I to w zasadzie tyle. Żadnych nadprzyrodzonych przygód, a jedynie wykorzystanie legendy o Bezgłowym Jeźdźcu w celu wykurzenia konkurenta, którego panna i tak już spławiła.
Jeśli szukać innych ekranizacji, to wariacji na temat znajdziemy mnóstwo. Moje serce oddałam już raz na zawsze adaptacji Burtona, ale uwagę muszę poświęcić serialowi, który chyba najbardziej odbiega od oryginalnego opowiadania. Jeździec bez głowy w wersji telewizyjnej właśnie rozpoczął emisję 3 sezonu. Jeszcze nie obejrzałam żadnego odcinka, ale mam zamiar poświęcić na to niejednej weekend. Czy ktoś z Was uznaje to za ciekawą adaptację? Co sądzicie o przełamaniu ram czasowych i takiej wersji Ichaboda:
Dla zainteresowanych przeczytaniem opowiadania uwaga: ja dorwałam tekst w języku angielskim, ale gdzieś po internecie krąży wersja polska pt. Legenda o Sennej Kotlinie. Wystarczy zgooglować, a jakiś pdf na pewno wyskoczy ;)