wtorek, 25 sierpnia 2015

Birthday treat

Redhead jest po urodzinach. Co oznacza, że stos książek do przeczytania znacząco się powiększył! I nie tylko mowa o tych papierowych wydaniach. Postanowiłam odstąpić trochę od mojego tradycjonalizmu i po długich i wyczerpujących zmaganiach z testami technicznymi i opisami sprzętowymi zdecydowałam się na zakup czytnika ebooków. Wybór nie był prosty, ponieważ nie znając się ani trochę na temacie musiałam najpierw się dowiedzieć na co zwracać uwagę i co będzie mi osobiście potrzebne. Ale udało się! I oto dzięki miłości i szczodrości najbliższych mogę się pochwalić takim oto cudnym stosikiem:

Na pierwszy ogień poszedł Hardy.

Tytuł: Z dala od zgiełku
Autor: Thomas Hardy
Rok: 1874

Klasyka gatunku, której jako fanka literatury angielskiej nie mogłabym sobie odpuścić za żadne skarby. W związku z ekranizacją, która w Polsce niestety zaledwie po miesiącu zeszła z afisza, wydania tej książki mają okładkę związaną z filmem. 

Po doświadczeniach z Hardym i jego Tessą, trochę obawiałam się jak fabuła będzie się rozwijać. Tak jak głosi okładka, jest to klasyczna opowieść o miłości. Ale dla fanów współczesnych romansideł, romansów i literatury erotycznej będzie ona ogromnym rozczarowaniem. Książka pisana w XIX w. różni się przecież znacząco od współczesnych dzieł. I dobrze! Właśnie to uznaję za jej ogromny plus. 

Bałam się również, że przyzwyczajona do książek, które mają 500 stron, a których akcja dzieje się zaledwie w przedziale kilkudniowym, będę się nudzić opowieścią, która opisuje miesiące i lata, przybliżając czytelnikowi szczegóły istotne dla fabuły, ale też takie, które stanowią swego rodzaju tło społeczne i kulturowe. Wszystkie moje obawy jednak okazały się płonne.
I tak jak mój Wiking stwierdził, że mam hopla na punkcie literatury, której nikt by nie wziął do ręki, tak z dumą stwierdzam, że pozycja ta bardzo mi się podobała. Wprawdzie zdaję sobie sprawę, że po rozreklamowaniu ekranizacji wiele osób sięgnie po Z dala od zgiełku, to nadal jest to tylko mały odsetek miłośników książek. A jest przecież coś satysfakcjonującego w przeczytaniu książki niszowej, starej, klasycznej.

Jak bardzo inne, piękne i głębokie są dialogi i opisy w takiej pozycji! Można się przenieść w czasie, nie tylko poznając losy panny Everden, ale również zastanowić się jak taką książkę czytali ludzie, którym była ona współczesna...
Rozmarzona kończę post. Mam zamiar jakoś dotrzeć do filmu, aby tradycyjnie porównać go z książką, którą polecam wszystkim miłośnikom klasyki i literatury angielskiej. Bo czasem warto oderwać się od współczesności, nowoczesności i przenieść się w świat niestety zapomniany, ale jakże piękny, głęboki i magiczny.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Ostatnie poświęcenie. Dosłownie.

Zapowiadana przerwa od Gry o tron wygląda w ten sposób:

Tytuł: Ostatnie poświęcenie
Autor: Richelle Mead
Rok: 2010

Kolejna pozycja, której tytuł jest bardzo znaczący. Rozpoczęłam ją już jakiś czas temu, ale utknęłam w 1/5. Rzuciłam się w wir innych książek, innych zajęć i tak jakoś odkładałam na później i na później. Ale dosyć tego odwlekania. Ostatni tom Akademii wampirów nie przeczyta się sam. (I sam się nie odda do biblioteki). 

O ile W mocy ducha zniosłam całkiem znośnie jeśli chodzi o styl pisania, to tutaj w zasadzie mogę stwierdzić, że jest nawet odrobinę lepiej. Nadal odnajdujemy w tekście idiotyczne komentarze w najmniej odpowiednich momentach, ale na prawie 550 stron jest ich naprawdę niewiele. Dymitr nadal jest boski w walce, postacie wciąż są seksowne, gdy w ogóle o ich fizycznej atrakcyjności nie powinnyśmy myśleć, a jedwab nadal jest jedynym szlachetnym materiałem, w które obleka swoje wychudzone cielska arystokracja morojów. Swoją drogą byłoby miło, gdyby ktoś jednak zwrócił uwagę autorce, że monarcha może wyglądać równie dostojnie w wełnie czy żorżecie. Ale to jest najmniejszy problem. 
Znów początek książki mierzi tym, że wszystko jest nam przypominane i wykładane jak krowie na granicy. Mam bujną wyobraźnię, ale ciężko mi sobie wyobrazić sytuację, żeby ktoś przypadkowo zabrał się za czytanie 6 tomu cyklu nie znając treści poprzednich pozycji. Naprawdę ciężko. Ale cóż, widocznie takie przypadki się zdarzają i wydawnictwa, edytorzy i pisarze kładą nacisk na streszczenie głównych wątków w pierwszych rozdziałach. Zatem ok. Da się to przełknąć. 
Gorzej z najbardziej idiotycznym zdaniem w całej książce:
"Podejrzewałam, że ktoś mnie wrobił".
Uwaga spoiler!
Poprzedni tom kończy się morderstwem całkiem ważnej osobistości w świecie morojów i dampirów, a nasza główna bohaterka Rose Hathaway ląduje w areszcie, bo jest o tę zbrodnię podejrzewana na podstawie niepodważalnych dowodów. Ale jest dla nas oczywiste, bo narracja jest z punktu widzenia tej właśnie osóbki, że nie popełniła ona zbrodni, o którą jest oskarżana. Więc co do cholery ma znaczyć wyraz "podejrzewałam"!? Tzn., że jednak zachodzi taka możliwość? Że Rose w sumie nie jest pewna czy zabiła kogoś czy nie?  No to albo to zrobiłaś, albo jesteś wrabiana! Na litość boską, co tu podejrzewać? 
Po spoilerze.
Więcej uwag krytycznych jednak nie mam. Autorka przypomina sobie o duchach i wplata je ze średnią sprawnością w fabułę, ale jednak. Nie doszłam do wniosku, że połowę kartek można po prostu wydrzeć i wyrzucić do kosza, bo uwłaczają inteligencji czytelnika, więc to też duży plus. I na koniec przyznaję, że sama się w tę historię wciągnęłam i trudno było mi odłożyć książkę, skoro już tak daleko zabrnęłam. Bądź co bądź, w sumie kilka tygodni nad Akademią wampirów spędziłam. I cokolwiek bym złego o tym cyklu nie mówiła, to jednak nie był aż tak fatalny, skoro 6 pozycji przeczytałam.

(...) Nie wierzę w braterstwo dusz, nie do końca. To śmieszne sądzić, że tylko jedna osoba na świecie do nas pasuje. A co, jeśli twoja bratnia dusza mieszka w Zimbabwe? I umiera młodo? Myślę też, że powiedzenie "dwie dusze stają się jednym" jest śmieszne. Każdy musi pozostać sobą. Wierzę jednak w porozumienie dusz, które dopełniają się nawzajem.(...)


Trochę będzie mi brakować pewnie dowcipu Rose, trochę będę się złościć, czemu wątki postaci drugoplanowych nie był ładnie zakończone (nie wiemy co się z nimi dzieje już po punkcie kulminacyjnym). Ale chyba przygodę z całym cyklem mogę uznać za udaną. Jeśli doczekam się kiedykolwiek kolejnych ekranizacji, to z chęcią obejrzę. 

A póki co wakacje i nowe książki przede mną!

czwartek, 6 sierpnia 2015

Cienie śmierci

Tytuł: Uczta dla wron. Cienie śmierci
Autor: George R.R. Martin
Rok: 2005

Tak jak obiecywałam, po Nawałnicy mieczy szybko sięgnęłam po Ucztę dla wron i Cienie śmierci przeczytałam błyskawicznie. Głodna krwi przerzucałam kartkę za kartką i szukałam zwrotów akcji, którymi poprzedni tom był wyładowany po brzegi. I okazało się, że dobrnęłam do ostatniej strony i mój głód nie został zaspokojony. 
Wygląda na to, że tytuł nie kłamie. To są cienie śmierci. Cienie tych śmierci, które miały miejsce w Nawałnicy mieczy. Martin bowiem stara się jakby uspokoić fabułę. Wyjaśnia na spokojnie co się dzieje w Siedmiu królestwach po Krwawych i Fioletowych Godach. Dlatego akcja, mimo że nie jest wolna od intryg, toczy się powoli, wręcz sennie.

Ciekawym zabiegiem jest to, że Martin udziela głosu postaciom, których w ogóle nie znamy lub takim, które odgrywały dotąd role drugoplanowe. Dzięki temu mamy więcej punktów odniesienia i więcej perspektyw, ale też i dłużyzn. 
Nie będąc fanką jednej postaci czułam się znużona jej zbyt licznymi rozdziałami, gdzie szwenda się od wsi do wsi i kogoś szuka. Owszem, poznajemy historię tej osoby zdecydowanie lepiej... ale to nadal postać drugoplanowa. Trochę jestem taką dysproporcją zawiedziona, bo bywają przecież sytuacje, gdzie zdobycie jakiegoś miasta w poprzednim tomie autor pominął całkowicie. Jeden rozdział był przed pełną przygód wyprawą, a następny (oczami tej samej postaci) już po wszystkim i tylko ze skrawków narracji dowiadujemy się jak cały proces przebiegł. 

Muszę jednak przyznać, że rozdziały z punktu widzenia bohaterów, których lubię czytałam dwa razy szybciej. W końcu dotarłam do takiego tomu Pieśni lodu i ognia, gdzie nie wszystko zostało mi zaspoilerowane w Internecie! Bardzo przyjemna odmiana, bo w końcu samodzielnie poznawałam przebieg wydarzeń. 

Nie obiecuję teraz, że od razu zabiorę się za kolejny tom. Być może przyda mi się przerwa, ale na pewno nie będzie ona trwała rok :)

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Krew i złoto

Tytuł: Nawałnica mieczy. Krew i złoto
Autor: George R.R. Martin
Rok: 2000

Okazało się, że poprzedni tom z Pieśni lodu i ognia przeczytałam rok temu. Długi rok, zapełniony przeróżnymi pozycjami, które do fantastyki nawiązywały lub wręcz przeciwnie - odbiegały tak dalece na ile to tylko możliwe. 

Jednak za książkę się zabrałam, ponieważ stworzyłam potwora. Czuję się jak dr Frankenstein, ponieważ stworzyłam dzieło z którego jestem zarówno dumna jak i się go boję. Otóż moja rodzicielka za fantastyką nie przepada. Otwarcie całe życie mówiła, że nie lubi, nie tknie, nie chce. I nawet jak parę lat temu pochłaniałam Grę o tron, podpytywała o czym jest książka, ale nie była skłonna do niej sięgnąć. 
Dopiero po latach, gdy serial osiągnął status fenomenu kulturowego i gdy ciężko jest przeglądać gazety, Internet, oglądać wiadomości lub rozmawiać ze znajomymi bez usłyszenia chociaż raz odniesienia do dzieł Martina, mama skusiła się na serial. Sama to zresztą doradzałam, bo jeśli książka miałaby jej nie odpowiadać, to łatwiej jest poświęcić 40 minut na odcinek niż męczyć się nad pozycją, która jest wszystkim tym czego po książce nie oczekujemy. 

I w ten oto sposób sezon pierwszy obejrzałyśmy z mamą w jeden weekend. Sezon drugi i trzeci w podobnym tempie został pochłonięty - po jednym odcinku do obiadu, po jednym odcinku po obiedzie i po dwóch odcinkach na wieczór. Ta dam! Nawet smoki jej nie przeszkadzają! Mamę wciągnęła fabuła. Do tego stopnia, że postanowiła czytać książki. Wprawdzie nie od początku, ale od tego momentu gdzie skończyłyśmy serial. 

A serial skończyłyśmy na trzecim sezonie, bo to ja nie przeczytałam kolejnych tomów. A nie lubię oglądać ekranizacji przed przeczytaniem książki. Dlatego dałam mamie fory i Nawałnicę mieczy. Sama rzuciłam się w wir innych licznych książek. A teraz nadrabiam lekturę, aby móc dalej oglądać serial. Bo mama się niecierpliwi :D
 
Recenzję kolejnych tomów sag uważam za coś strasznie trudnego do napisania. Nie chcę mówić o fabule, gdyż może czytać to ktoś kto dopiero pochłania wcześniejsze tomy. W moim przypadku jednak znów okazało się, że fabułę znałam. Siedząc ciągle w Internecie widziałam gify i zdjęcia z serialu. Widziałam komentarze fanów. Po emisji każdego nowego odcinka cały Internet staje się jednym wielkim spoilerem. Co mnie zdziwiło natomiast, to fakt, że nawet sceny, których się spodziewałam zrobiły na mnie ogromne wrażenie. To tylko świadczy o kunszcie pisarza, że będąc na coś przygotowaną, odczuwałam tak silne emocje! A może to ja za bardzo się zżywam z postaciami? Sama nie korzystam z przestrogi, której udzieliłam rodzicielce po pierwszym odcinku serialu: "nie przywiązuj się do bohaterów!"

Oczywiście też skoro przeczytałam Krew i złoto, zabieram się za Ucztę dla wron! Widocznie tylko w wakacje jest mi dane czytać Pieśń lodu i ognia.. but damn, this is fun! :)