niedziela, 14 czerwca 2015

"Dziewięcioro wrót", czyli jak mieć Lucyfera na szybkim wybieraniu

Tytuł: Klub Dumas
Autor: Arturo Pérez-Reverte
Rok: 1993


Niesamowita pozycja, na którą trafiłam przez zupełny przypadek. W krótkim opisie, który nie zdradzał w ogóle fabuły wyczytałam, że książka ta została zekranizowana przez Romana Polańskiego, a na okładce był wiecznie przystojny Johnny Depp. Odezwała się we mnie moja wewnętrzna psychofanka, która kiedyś uwielbiała tego aktora i myląc okładkę z filmem Sekretne okno, który chciałam obejrzeć, popędziłam do biblioteki. 


Pierwsze 50 stron pochłonęłam błyskiem. Jednak również wtedy zdałam sobie sprawę, że pomyliłam filmy. Ekranizacja ma tytuł Dziewiąte wrota. I to nie o ten film mi chodziło. Tym bardziej byłam rozczarowana, że widziałam Dziewiąte wrota wieki temu i strasznie, ale to przeokropnie mi się nie podobał. Jednak fabuła i język wciągnęły mnie tak bardzo, że postanowiłam dać książce szansę. I bardzo dobrze zrobiłam.

Główny bohater jest pośrednikiem w handlu książek, dokładniej łowcą starodruków i białych kruków, których bogaci ludzie poszukują, aby mieć się czym chwalić w towarzystwie lub chcą mieć czyste ręce, jeśli zdobycie takiej książki nastręcza trudności. W ręce naszego bohatera trafia "Wino andegaweńskie", czyli jeden z rozdziałów Trzech muszkieterów Aleksandra Dumasa (ojca). Jednocześnie dostaje on zlecenie porównania trzech egzemplarzy Dziewięciorga Wrót - książki, która ma być instrukcją jak przywołać Szatana! 
Niesamowitą frajdą dla czytelnika jest możliwość samodzielnego porównania dziewięciu rycin zawartych w tych trzech egzemplarzach, co czyni zagadkę jeszcze bardziej angażującą. W moim wydaniu (a podejrzewam, że w każdym innym również) zawarte są bowiem wszystkie potrzebne ilustracje i samemu można szukać różnic i posmakować emocji związanych z odkrywaniem tajemnicy!
  - (...) Pustelnik z Tarota, bardzo podobny do tego, czasem ma ze sobą węża, czasem kij, który go symbolizuje. W okultyzmie wąż i smok są strażnikami cudownej siedziby, ogrodu lub Runa, i śpią z otwartymi oczyma. Są Zwierciadłem Sztuki.
 - Ars diavoli - rzekł machinalnie Corso.

Podążamy zatem dwoma wątkami, które pięknie nam się przeplatają i zazębiają. Akcja jest wartka, a język przejrzysty i sarkastyczny. Żaden akapit książki nie pozostaje bez znaczenia, co czyni lekturę wybitnie intensywną. Np. gdy nasz bohater siedząc w ogródku barowym nie zwraca uwagi na warkot przejeżdżającego samochodu my powinniśmy, bo wszystko ma znaczenie dla rozwoju fabuły!

Czytając Klub Dumas dowiadujemy się szalenie ciekawych faktów dotyczących produkcji i fałszerstwa książek, ale również informacji dotyczących życia autora Trzech muszkieterów czy Hrabiego Monte Christo. Osobiście nie wiedziałam, że był on Mulatem, potrafił pisać wiele tytułów jednocześnie, publikując je odcinkami w gazetach i że pomagał mu praktycznie cały sztab pomocników, aby taka produkcja szła płynnie i dochodowo! 

Co więcej, intertekstualność książki budzi podziw! Nie mówię nawet o demonologicznej bibliografii, którą można stworzyć na podstawie Klubu Dumasa. (Znalazłam odniesienie do Malleus Maleficarum, który omawiałam na zajęciach o czarownicach!) Nawet nie o odwołania do Trzech muszkieterów czy książek o Sherlocku Holmesie. Autor wplata skomplikowane teorie literackie w fabułę tak zręcznie, że jesteśmy pod wrażeniem, że ktoś ujął je tak przejrzyście i przystępnie! (np. to, że bohater sam podejrzewa, że jest elementem fikcji literackiej! Postmodernizm aż miło!)

A odnajdując ironiczne odwołanie do starożytności i Laokoona ucieszyłam się jak dziecko:

 - Mam dla ciebie prezencik - powiedziała dziewczyna. (...)
 - Nie lubię prezentów - mruknął Corso posępnie. - Już kiedyś byli tacy, co przyjęli w podarunku drewnianego konia. Na etykiecie stało napisane: rzemiosło achajskie. Wyjątkowi debile.
 - Nikt się nie sprzeciwił?
 - Owszem, jeden, razem z dziećmi. Ale zaraz z morza wylazły jakieś paskudztwa i utworzyły z ową rodzinką zgrabną grupę rzeźbionych postaci. O ile pamiętam, w stylu hellenistycznym. Szkoła rodyjska. W tamtych czasach bogowie byli szalenie stronniczy. 

Nie zmienia to jednak faktu, że autor z nami pogrywa i zaczynamy zdawać sobie z tego sprawę dopiero na ostatnich 50 stronach. I przyznaję, że już dawno nie czułam się tak oszukana. Arturo Pérez-Reverte manipuluje fabułą tak wprawnie, że nie tylko główny bohater jest oszołomiony jej rozwojem, ale również czytelnik. Zabieg genialny, ale poczucie nabicia w butelkę pozostawia gorycz nie rozwiązanej prawidłowo zagadki.

Mimo to trzeba przyznać, że książka napisana jest rewelacyjnie! I na swój sposób przyjemnie jest być tak intelektualnie oszukanym. Bardzo miła odmiana dla pozycji, których zakończenie jesteśmy w stanie przewidzieć po pięciu rozdziałach, a liczne odwołania do demonologii i symboliki sprawiają, że książka zyskuje w moich oczach miano jednej z najlepszych przeczytanych w tym roku.