sobota, 21 lutego 2015

Boży bojownicy



Zatem ktoś mi wlazł na ambicje ostatnio i wykrzyczał mi, że czytam badziew dla nastolatek i że nie powinnam oceniać innych jak spędzają czas wolny. Zabolało. Bardzo. Bo na usprawiedliwienie muszę dodać, że na uczelni czytam bardzo wyrafinowaną i trudną literaturę, której nie umieszczam tutaj, ponieważ są to albo fragmenty tekstów historycznych, albo zaawansowane traktaty filozoficzne, od których poziomu staram się uciec. Żeby jednak się nie nazywało, że się całkowicie odmóżdżam, postanowiłam dokończyć drugi tom Trylogii husyckiej.

Tytuł: Boży bojownicy
Autor: Andrzej Sapkowski
Rok: 2004

Książkę zaczęłam jeszcze w tamtym miesiącu, ale szeroko zarysowane, a w zasadzie naszkicowane z najdrobniejszymi detalami tło historyczne trochę mnie znużyło. Pierwsze 200 stron tej książki ma skrawki fabuły. Sapkowski przechwala się do granic przyzwoitości jak dokładny zrobił research i ile źródeł zgłębił, żeby oddać sprawiedliwość opisywanej epoce do tego stopnia, że odłożyłam książkę w kąt i wróciłam do licealnych wampirów.

Później oczywiście nastoletnie burze nastrojów mi się przejadły i wróciłam do Bożych bojowników. Po tym rozległym wprowadzeniu następuje książka właściwa i znów zagłębiamy się w przygody Reynevana, który jeśli nie myśli prąciem, to unosi się dumą i honorem tam gdzie nie trzeba. Dodatkowo jak zwykle towarzyszy mu fortuna, której koło toczy się z taką prędkością, jakby zasilało je stado chomików, które nażłopało się redbulla. Na przemian nasz bohater ma albo gigantycznego pecha, albo niewiarygodne szczęście. Przeciętny bohater literacki (no przecież nie przeciętny człowiek!) już dawno zginąłby w pierwszym tomie. Ale tutaj nasza przechrzta radzi sobie świetnie. 

Dobrze się domyślacie, nie bardzo przepadam za jego postacią, a jego motywy są dla mnie co najmniej niezrozumiałe. No ale hej! Toż to książka! Osobiście jednak wolę postacie Samsona i Szarleja. Ale gdy trio jest w komplecie zaczyna być zdecydowanie zabawniej.

Skoro już o zabawie mowa, to trzeba przyznać, że humor Sapkowskiemu dopisuje. Nie jest to książka, która uznana będzie za komediową, ale niektóre akapity czyta się z rozbawieniem, a niektóre zdania sprawiają, że wybuchamy gromkim śmiechem. Przyznaję, że dla takich zdań warto przemęczyć się przez imbecylizm głównego bohatera. 

Ostatnie 150 stron jednak to obrazowy opis wojny, mordu i wszelkich brudów związanych z zabijaniem. I nie mówię tu tylko o dosłownych plamach na rynsztunku. Momentami są to opisy poruszające. Zwłaszcza ten, gdy Samson zaczyna sam kopać grób dla zabitych, a dołącza się do niego cała grupa mężczyzn. Są to też opisy tak szczegółowe, że obiad podchodzi do gardła. Ale nie na tyle obsceniczne, żeby mierziły aż nadto. Ostatnie 40 stron jednak pochłania się jednym tchem. Wątek robi się bowiem tak ciekawy, że od książki oderwać się już nie sposób. 

Na szczęście pojawia się też w książce odrobina magii. Nie tyle chodzi mi o alchemię i zaklęcia leczące kamienie nerkowe, ale magii, która wspomina o wierzeniach od dawna już zapomnianych. Szczególne wrażenie zrobił na mnie pewien fragment, który czytany po nocy nie da o sobie zapomnieć jeszcze przez dłuższy czas.

[SPOILER]

"...Nad jednym z takich strumieni Reynevan zobaczył Praczkę.
    Nie dostrzegł jej nikt oprócz niego i Samsona. Ona zaś, choć oddział forsował strumień w odległości dwudziestu zaledwie kroków, w ogóle nie podniosła głowy. Była bardzo szczupła, szczupłość figury uwydatniała dodatkowo obcisła suknia. Twarzy Reynevan nie widział - skryta była zupełnie przez długie, proste, ciemne włosy, opadające aż do wody, nad którą klęczała, pieszczone wolnym nurtem.W woskowobiałych, zanurzonych aż po łokcie rękach dzierżyła koszulę lub giezło, trąc je i wygniatając rytmicznymi, upiornie powolnymi ruchami. Z giezła, niby dym, wybuchały tętniące obłoczki krwi. Krew snuła się wodą, barwiła ją na ciemnoczerwono, różowa piana omywała kolana koni. 
    Powiał wicher, gwałtowny, zły wicher, zatargał zielonymi już gałęziami, zdarł ze zbocza jaru kurzawę zeschłych zeszłorocznych chwastów. Reynevan i Samson zmrużyli oczy. Gdy je otworzyli, widziadło znikło.
    Ale wodą wciąż płynęła krew. "

Widziadło oczywiście występuje jako zły omen. Jako omen zasadzki, o której czytając zlękłam się nie na żarty o zdrowie bohaterów. Zwłaszcza Samsona, bo przecież Reynevan musi przeżyć, bo trylogia bez trzeciego tomu, to nie trylogia. ;)

[/SPOILER]

Magia taka, o ile niestety jej mniej w tym tomie niż w pierwszym, pojawia się jednak znów pod koniec książki, gdy malowidła ożywają w danse macabre i kiedy Reynevan ma koszmar, a zjawy tańczą wśród dróg i cmentarzy ostrzegając go i doradzając co czynić. To kolejne z tych fragmentów, dla których warto tę książkę przeczytać :D 

Duży plus dla książki. Ogromny! I szczególne podziękowania dla rodziców mojego Wikinga, od których książkę dostałam! :)

I tak. Oczywiście, że trzeci tom pożyczam dzisiaj od mojego mężczyzny! Czego się spodziewaliście? ;)