czwartek, 28 sierpnia 2014

Oh Lord, jakże trudna jest miłość, gdy buzują hormony... 30letniej autorki

Tytuł: Delirium
Autor: Lauren Oliver



Książkę dorwałam prawie dwa lata temu na jakiejś wyprzedaży w empiku. Coś w stylu kup 2 książki, a za 3 zapłacisz grosz. A że gdzieś wcześniej widziałam pozytywne opinie, recenzje i zachęty (prawdopodobnie na tumblerze - i to mnie zgubiło), to postanowiłam zainwestować. I trochę żałuję.

Jest to typowa literatura z półki dla młodych dorosłych, co powinno się interpretować jako literaturę trochę innych (niższych) lotów niż Dzieci z Bullerbyn. Po sensacji jaką wywołał Zmierzch, wszystkie panny po 30stce, które uwierzyły w swój talent pisarski, bo miały tysiące lajków swojego smętnego fanfiction, jakimś cudem dotarły do wydawców i przerobiły swoje smuty na materiał, który idzie jak ciepłe bułeczki w Stanach. Chyba muszę podkreślić, że to o Stany chodzi, bo tylko tam młodzież może mieć tak niewygórowane wymagania literackie, żeby pożerać książki takiej jakości tomami. O tak, tomami, ponieważ z tego smuta też będzie trylogia. I jestem w stanie się założyć, że powstanie też film.

Rzecz dzieje się w dość odległej przyszłości, gdzie miłość traktowana jest jako choroba, na którą dostaje się szczepionkę po 18nastce. Do tego czasu zakochanie się nie do końca jest możliwe, ponieważ szkoły nie są koedukacyjne, a wszyscy dorośli (oczywiście pozbawieni emocji) kontrolują i patrolują wszystko co się da. Jest też oczywiście głusza, dzicz i bezeceństwo za murami miasta, gdzie podobno żyją ludzie, którzy nie chcieli się poddać zabiegom i wierzą w prawdziwe uczucie. Głowna bohaterka oczywiście jest osierocona (bo po co dać jej rodziców, którzy utrudnialiby rozwój fabuły), spotyka chłopaka, bum! I już wiadomo jak to się kończy.

Sztampowe cytaty z Shakespeare'a i poezji Dickinson mają czytelnika omamić, że ktoś zrobił jakiś research w kwestii literatury mówiącej o miłości, jednak nie bardzo mydli to oczy.

Książka jest słaba jak kompot ze ścierki. Ale może ja już po prostu nie "łykam" tego typu książek, bo jestem za stara. Jeśli ktoś czytał i mu się podoba, to super! Oznacza to, że nie zmarnował czasu.

Swoją drogą jednak zastanawiam się na ile oryginalny jest pomysł autorki, skoro do kin właśnie wchodzi Dawca pamięci, który ma zaskakująco podobne podstawy fabuły, a książka na podstawie której powstał film została wydana w 1993. Rozumiem, że do plagiatu za daleko, ale może aż za bardzo ocieramy się o wyzbycie się emocji ze społeczeństwa i jednego samotnego buntownika, który oczywiście na pewno zmieni losy całego świata.

środa, 27 sierpnia 2014

Вишнëвый сад

Coś czuję, ze z chronologią to u mnie zawsze będzie słabo. Zapomniałam napisać, że w kwietniu przeczytałam

Tytuł: Wiśniowy sad
Autor: Antoni Czechow

Ponieważ wybyłam w tym roku do Warszawy, do Teatru 6 Piętro na spektakl Czechow żartuje i w pracy licencjackiej również o tym autorze wspominałam, to jakoś naszła mnie w tym samym czasie ochota na przeczytanie krótkiej sztuki.

Jest to jeden z popularniejszych tytułów tego autora. Wcześniej czytałam tylko kilka opowiadań i nie wiedziałam jak się odnieść do innych jego dzieł. Sztuka mówi o zubożeniu i rozpadzie szlachty i ziemiaństwa w Rosji. Mimo że język jest lekki, to poruszone zostają tematy dalece odbiegające od komediowych klimatów. Zakończenie natomiast wcale nie jest takie jakiego się spodziewałam.

Polecam każdemu, kogo ciekawią tego typu klimaty lub zainteresowany jest dramatem w ogóle.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Coś na sen

Pamiętacie jak czytałam Lśnienie? I dlaczego? Bo dostałam na święta kontynuację tej książki. Książki Stephena Kinga mają to do siebie, że z zasady są kobyłami. 500 - 700 stron to standard. Jeśli książka jest krótsza, to oznacza chyba tylko, że jest to raptem pierwszy tom serii. Tak było w przypadku Mrocznej Wieży.

Ponieważ wybyłam na wakacje, zaopatrzyłam się we wcześniej już opisane Never Let Me Go, Delirium i właśnie świąteczny prezent jakim był Doktor Sen.

Tytuł: Doktor Sen
Autor: Stephen King


Okładka trochę mrozi krew w żyłach i zapowiada bardzo krwawą kontynuację kultowego Lśnienia, ale sama w sobie nie jest tak bardzo... wstrząsająca jak bym się spodziewała po renomie autora. Danny, który uszedł z życiem z hotelu Panorama teraz jest dorosłym facetem, zmagającym się z alkoholizmem tak samo jak ojciec. Ale w przeciwieństwie do staruszka, on próbuje wyjść na prostą, chociaż nie wiadomo czy bardziej mu utrudniają to zadanie delirka po odstawieniu, czy jego tajemnicze zdolności, które stara się zagłuszyć właśnie alkoholem.

Więcej fabuły nie zdradzam, nie o to chodzi. Podstawową recenzję możecie przeczytać na stronach wszystkich dostępnych internetowych księgarni.

W książce jednak występują momenty straszne. Straszne w tym słowa znaczeniu, że można bać się wejść do łazienki w środku nocy bez zapalania świateł. Ale przede wszystkim największym walorem tej książki jest to, że trzyma w napięciu i naprawdę trudno się od niej oderwać. Język i budowanie akcji jest dopracowane do perfekcji. Z czystym sercem polecam, bo to dobrze spędzone godziny nad super lekturą :D

sobota, 16 sierpnia 2014

Never let me go

Jak już nasyciłam głód typowej fantastyki ze smokami przerzuciłam się na coś o subtelniejszej fantazji. Fakt ten jednak mógł tylko wpłynąć na to, że im bliżej książce do realnego świata, tym bardziej może poruszyć i wzruszyć.

Tytuł: Never let me go (English)
Autor: Kazuo Ishiguro



Parę lat temu obejrzałam film. Miał dobre recenzje, znanych aktorów i ogólnie przyjemnie się zapowiadał. Jeśli ktokolwiek z was go widział lub czytał tę książkę, może z łatwością się domyślić w jakie spazmy wpadłam, gdy dotarłam do końca. Nie będę tu nikomu zdradzać fabuły, ani tłumaczyć co kierowało, którym bohaterem. Pamiętam, że byłam zdruzgotana. W głębi duszy przecież każdy zawsze liczy na happy end.

Zazwyczaj unikam smutnych książek. A już prawie zawsze nie czytam ich, gdy wiem, że zakończenie doprowadzi mnie do łez. I nadal do końca nie wiem czemu chciałam przeczytać tę książkę. Było w niej coś fascynującego, magnetycznego. Dopiero po jej przeczytaniu miałam pewne poczucie wolności.. że spełniłam jakiś obowiązek, że poznałam historię, którą spodziewałam się ujrzeć zdeformowaną przez film. A jednak film jest świetną ekranizacją. Swoim specyficznym tempem i narracją przedstawia to co jest w książce. Poszukiwanie tego ludzkiego "ja" wewnątrz każdego z nas.

Nawet jak o niej piszę, zmienia mi się nastrój. Pamiętam jak dobrnęłam do ostatniej strony. Nie płakałam już tak jak na filmie. Wiedziałam na jakie emocje się przygotować. A jednak gdy odłożyłam książkę znów poczułam ogarniający mnie smutek.


piątek, 15 sierpnia 2014

Co nowego?

Macie czasem tak, że jak przeczytacie książkę, która jest wybitnie zła, to ogarnia was wściekłość? Ale taki rejdż was ogarnia, że chcecie coś zniszczyć? W sumie jest to ten sam stan, który osiągnęłam czytając Rozważną i romantyczną. Ugh! Przeczytałam właśnie coś, co znowu wyprowadziło mnie z równowagi.. ale o tym później.

Książki połykam jedna za drugą i w sumie szybciej je czytam niż dodaję tutaj posty. Ale spoko, spoko. Wszystko odnotowuję. Wiem co teraz opisać. Zatem.. po Starciu królów przyszła kolej na...

Tytuł: Nawałnica mieczy. Tom I. Stal i śnieg. 

Autor: George R.R. Martin



Oczywiście! Tak mnie zainteresowała fabuła (którą już znałam -.-), że zabrałam się za kolejny tom. Przebrnęłam błyskiem, bo tym razem już nie pozwoliłam sobie oglądać serial. (pomijam te spoilery, które są w internecie, tego nie da się uniknąć) Ale fabuła super, dzieje się. Polecam z czystym sercem. Chociaż po tym tomie musiałam chwilkę odpocząć. Dlatego następna książka wcale nie będzie z tej serii.